Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

piątek, 22 marca 2019

Maska do włosów Papaya Hair Food, Garnier Fructis

Moje włosy uwielbiają produkty Garnier Fructis, używałam wiele szamponów, odżywek czy masek i wszystkie sprawdziły się dobrze. Kiedy zobaczyłam, że na rynku pojawiły się maski Hair Food wiedziałam, że muszą być moje. Jednak byłam świadoma, że nie powinnam ich kupować, ponieważ moje zapasy są dość spore. Z pomocą przyszła mi Kornelia, która w prezencie urodzinowym przysłała mi wersję z papają. Powiem Wam, że już po pierwszym użyciu planowałam zakup pozostałych wersji i tak dzięki ostatniej promocji w Rossmannie trafiła do mnie bananowa i goi, ale o nich innym razem.


Maska umieszczona jest w dość sporym, bo jego pojemność to aż 390 ml, plastikowym słoiczku. Nakrętka łatwo się odkręca, nawet lekko wilgotnymi dłońmi. Dzięki dużemu otworowi maskę można bez problemu wydobyć do samego końca bez obawy, że coś może zostać na ściankach. Szata graficzna bardzo ładna, przyciąga oko. Na opakowaniu znajdziemy takie informacje jak skład, informacje o produkcie i sposób użycia. Na moim słoiczku akurat nie ma tych wiadomości w języku polskim, ale to zależy od miejsca zakupy. Egzemplarze zakupione w Rossmannie już taką informację mają.  


Konsystencja średnio gęsta, trzeba nakładać ją małymi porcjami na włosy, aby zamiast na nich produkt nie wylądował na podłodze. 
Zapach jest cudowny, Ci co ją mają to wiedzą! Jest słodki, owocowy, ale w tle jednak jest taka kwaśna nuta. Czasami zamiast na włosy wolałabym ją włożyć do ust, ale obawiam się, że nie skończyłoby się to dla mnie dobrze. Aromat utrzymuje się na włosach długo, szczególnie jeśli zbliżymy je do nosa. 


Produkt można stosować na trzy sposoby: jako odżywka, jako maska lub jako kuracja bez spłukiwania. Ja najbardziej polubiłam ją właśnie jako maskę, ale nakładać ją na dłużej niż proponuje producent, czyli 3 minuty. Zazwyczaj spłukuję ją dopiero po 15-20 minutach. Już podczas zmywania czuć różnicę, włosy są wygładzone, nie splątane, bez problemu można je przeczesywać palcami. Po wyschnięciu są one nawilżone, mięciutkie, końcówki zdecydowanie lepiej się prezentują. Włosy pięknie się błyszczą i zdrowo się prezentują. Ładnie się układają, są podatne na stylizacje. Maska nie obciąża pasm, nawet jeśli nałożyłam jej więcej niż zwykle. Nie przyspiesza przetłuszczania, spokojnie przy jej stosowaniu mogę myć włosy tak jak zwykle, czyli co 2-3 dni.


Wydajność zadowalająca, używam jej od końca stycznia naprzemiennie z odżywkami, a czasami inną maską i jest jej jeszcze w opakowaniu na 2-3 użycia. Jak wiecie, bo wspominam o tym właściwie za każdym razem, mam długie włosy i na jedno użycie potrzebuje dość sporo odżywki czy maski, więc tego typu produkty schodzą u mnie w dużych ilościach. W regularnej cenie kosztuje ona około 25 zł, ale na promocji można ją kupić poniżej 20 zł. Cena moim zdaniem jest korzystna jak na takie działanie. 
Z tego co wiem, na rynku pojawiła się również wersja aloesowa, którą pewnie prędzej lub później zakupię.


Znacie maski Hair Food? Lubicie? Która wersja podbiła Wasze serduszko?

Miłego dnia! :)

czwartek, 21 marca 2019

Książka na wieczór: Inna Blue, Amy Harmon

Jakiś czas temu trafiła do mnie książka "Inna Blue'' Amy Hermon. Jak wiecie jestem szczera, więc i w tym przypadku nie zamierzam ściemniać. Zaczęłam ją czytać i po kilku stronach miałam dość, dobrnęłam chyba do trzydziestej strony i ją odłożyłam. Stwierdziłam, że nie będę czytać czegoś na siłę, bo czułabym się jak w szkole zmuszona do czytania lektury. Po przeczytaniu Słodkiego Drania wróciłam do niej i wtedy przepadłam, czytałam ją z zapartym tchem właściwie do samego końca. 


O książce:
Tytuł: Inna Blue
Autor: Amy Harmon
Wydawnictwo: EditioRed
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 304
Data premiery: 12 marzec 2019
Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Blue Echohawk nie ma własnej historii. Poznała jedynie skrawki swojej przeszłości: została porzucona jako dwulatka, a jej matka nie żyje. Blue nawet nie wie, jak rzeczywiście się nazywa i kiedy się urodziła. Ma około dziewiętnastu lat, jest twarda, surowa i onieśmielająca. Nie wierzy w damskie przyjaźnie, a od mężczyzn oczekuje tylko krótkiego ukojenia. Jest nikim, a tak bardzo chciałaby być kimś. Blue musi się zbudować od nowa. To niezwykle trudne dla rozpaczliwie samotnej nastolatki. Tymczasem do jej szkoły trafia młody nauczyciel, pan Wilson. Od razu zauważa demonstracyjnie arogancką Blue, bez trudu dostrzega pod wyzywającym makijażem zagubioną dziewczynę, która bardzo potrzebuje pomocy. Jest zdecydowanie trudną uczennicą, a przy tym stanowi jego kompletne przeciwieństwo. Oboje nie mają najmniejszego pojęcia, dokąd zaprowadzi ich ta przedziwna, niecodzienna relacja.
To przejmująca historia o poszukiwaniu siebie - wbrew wszystkim i wbrew sobie. Mówi o wielkiej mocy przyjaźni, która potrafi rozkwitnąć w najbardziej nieprawdopodobnej sytuacji. O tym, że nadzieja pomaga w leczeniu źle zabliźnionych ran, a życie bez wiary jest tragiczniejsze od śmierci. A także o tym, jak trudno o zaufanie i jak niepostrzeżenie rodzi się miłość. I że tu zaczyna się droga do katastrofy...

Bez wiary i przeszłości. Inna niż wszyscy...



Blue Echohawk została porzucona przez swoją matkę w wieku około dwóch lat, zostawiła ją w aucie Jimmy'ego Echohawk. Mężczyzna zaopiekował się nią nie zgłaszając sprawy na policję, nazwał ją Blue, ponieważ cały czas powtarzała to słowo. Po śmierci Jimmy'ego opiekę nad dziewczynką przejmuje jego przyrodnia siostra. 
Akcja książki toczy się kiedy dziewczyna jest uczennicą ostatniej klasy liceum. Blue jest piękną, niebieskooką kobietą, która stara się być pewna siebie i stanowcza, chociaż tak naprawdę doskwiera jej samotność. Uwielbia rzeźbić w drewnie, czego nauczył ją Jimmy i temu poświęta wiele czasu. 
Kiedy w szkole pojawia się nowy nauczyciel historii Wilson Blue nie zmienia swojego zachowania, jest dla niego opryskliwa, mówi co myśli, jednak jego tam naprawdę to nie rusza. Stara się zrozumieć dziewczynę i chcę poznać jej historię, której tak naprawdę ona sama nie zna, bo nie wie kim naprawdę jest. 
Pewnego dnia, kiedy do ukończenia szkoły zostaje zaledwie kilka dni, Blue domyśla się, że jest w ciąży. Początkowo myśli, aby poddać się aborcji, jednak ostatecznie tego nie robi. Kończy szkołę, pracuję w restauracji oraz rzeźbi dalej w drewnie. Któregoś dnia odwiedza ją Wilson, który proponuje jej, aby wynajęła sobie mieszkanie w jego kamienicy, Blue ma wątpliwości, ale się zgadza. Ma tam własny kąt, czuje się bezpiecznie, spędza sporo czasu z Wilsonem. Ale co dalej?

Czy Blue zatrzyma dziecko? Czy zwiąże się z Wilsonem? Czy odkryje kim naprawdę jest? 

O tym dowiecie się sięgając po książkę, o ile to zrobicie. 


Książka ''Inna Blue'' chociaż na początku mnie nie powaliła na kolana to z każdą kolejną stroną było lepiej. Są momenty bardzo wzruszające, ale też takie kiedy można się uśmiechnąć. Wątek miłosny, nie jest tu na pierwszym planie, ale jednak się pojawia. Historia opowiada o dziewczynie, która nie wie kim jest, a mimo to potrafi być silna i radzi sobie jak mało kto. 
Jest to moja pierwsza książka tej autorki, ale myślę że nie ostatnia. Chętnie sięgnę po inne jej dzieła. 
Książkę polecam, ale uprzedzam, że nie jest to lekka powieść, daje do myślenia, a czasami nawet doprowadza do łez.

Dziękuję wydawnictwu Editio za książkę, fakt ten nie wpłynął jednak na moją opinię.


Znacie książki tej autorki? Polecacie jakąś w szczególności?

Miłego popołudnia! :)

środa, 20 marca 2019

Maseczki do twarzy Bling Pop i Cettua

Przychodzę do Was z kolejnym wpisem na temat maseczek, tym razem są to maski w płachcie z marki Bling Pop i Cettua, które otrzymałam jakiś czas temu w paczce od Aura Shop. Jak wiecie lubię taką formę tego typu produktów, ponieważ najczęściej nakładam je wieczorem i nie zawsze chce mi się je zmywać, a te mogę po prostu zdjąć i iść spać. 


Kolagenowa maska żelowa w płachcie, Bling Pop

Maska w płachcie rozjaśnia przebarwienia skóry i nadaje jej blasku. Ten rewelacyjny efekt osiągany jest dzięki czasteczkom Niacynamidu oraz ekstraktowi z otrębów ryżowych.
Skóra zdecydowanie bardziej rozświetlona i promienna.

Szata graficzna saszetki jest kolorowa, rysunek twarzy z dużym napisem przyciąga oko. Po otwarciu byłam trochę zaskoczona, ponieważ nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się, że będzie ona hydrożelowa, a okazała się zwykłym materiałem. Płachta jest dobrze nasączona żelową esencją, aż z niej kapie. Dobrze przylega do twarzy, spokojnie można w niej chodzić. Trzymałam ją na skórze ponad 20 minut, po zdjęciu była nadal mokra, więc położyłam ją sobie jeszcze na dekolt. Pozostawia na twarzy taką lekko klejącą się warstwę, ale że nakładałam ją wieczorem i szłam spać to nie przeszkadzała mi jakoś bardzo. Rano byłam w szoku, ale oczywiście pozytywnym. Maska bardzo dobrze nawilża i nawadnia i ujędrnia. Cera jest delikatnie rozjaśniona, odzyskuje swój naturalny blask. Chętnie do niej wrócę jak tylko nadarzy się okazja na jej zakup.


Odżywiająca i rozświetlająca maska w płachcie, Bling Pop

Maska zawiera bogaty w witaminę C ekstrakt z cytryny, dzięki czemu błyskawicznie odżywia, rozświetla i wyrównuje koloryt skóry.

Podobnie jak w przypadku maseczki kolagenowej szata graficzna kolorowa, rzucająca się w oczy. Powiem Wam szczerze, że sceptycznie podchodzę do kosmetyków z dodatkiem cytryny, ponieważ obawiam się paskudnego zapachu przypominającego kostkę z WC. Na szczęście w tym przypadku aromat jest całkiem przyjemny, kwaśny, owocowy, utrzymuje się kilka minut po czym się ulatnia. Płachta jest dość cienka, dobrze nasączona esencją. Materiał dobrze przylega do skóry, nie zsuwa się. Po około 20 minutach materiał nadal jest mokry. Pozostałości serum szybko wchłaniają się w skórę. Maska odżywia cerę, delikatnie ją rozświetla i wyrównuje koloryt. Myślę, że jest to fajna maseczka, która idealnie sprawdzi się przed jakimś większym wyjściem.


Maska rozświetlająca, Cettua

Maseczka do twarzy koreańskiej marki Cettua o działaniu rozjaśniającym i odżywiającym. Zawiera wyciąg z grejpfruta, który zmniejsza przebarwienia skóry i ujednolica karnację. Olejek jojoba i wyciąg z róży odmładzają i dają efekt świetlistej skóry. Produkt nie zawiera parabenów, dodatków zapachowych oraz pigmentów. Produkt przebadany dermatologicznie.

Saszetka w pomarańczowym kolorze, na której umieszczony jest rysunek toaletki. Przyznaję, że ładnie się prezentuje, ale nie wiem czy zwróciłabym na nią na sklepowej półce. Maska ma postać cienkiej, dobrze nasączonej tkaniny. Dobrze przylega do twarzy, nie zsuwa się. Esencja ma dziwny, nie zbyt przyjemny zapach, na szczęście nie utrzymuje się jakoś szczególnie długo. Po około pół godziny płachta częściowo jest sucha, serum które pozostaje na skórze szybko się wchłania. Maseczka dobrze nawilża skórę, odżywia ją. Buzia jest delikatnie rozświetlona, zdrowo się prezentuje. Jeśli chodzi o działanie to maseczka jest bardzo fajna, jednak nie sięgnę po nią ponownie ze względu na zapach.



Oczyszczająca maska w płachcie z węgla bambusowego, Cettua

Maska w płachcie z węgla bambusowego marki Cettua sprawi, że Twoja skóra będzie wyglądała zdrowo i świeżo!
Dlaczego Bambusowy węgiel?
Węgiel bambusowy zawiera węgiel aktywny oraz szereg minerałów.
To doskonały naturalny absorbent, gwarantujący skuteczne oczyszczenie, poprzez usunięcie zaskórników i brudu z porów oraz nadmiaru sebum i toksyn. Po zastosowaniu skóra jest idealnie czysta.
Węgiel bambusowy nie podrażnia nawet wrażliwej skóry i charakteryzuje się właściwościami silnie nawilżającymi.


Saszetka maseczki jest w kolorze czarnym z narysowaną toaletką. Szata graficzna jest ładna, ale nie rzuca się jakoś szczególnie w oczy. Co mnie zaskoczyło po otwarciu to to, że materiał jest czarny, nie jest to spotykane zbyt często w maseczkach. Płachta jest dobrze nasączona esencją o dziwnym, jakby drzewnym zapachu, na szczęście nie utrzymuje się on zbyt długo. Materiał bardzo dobrze przylega do twarzy, spokojnie można w niej chodzić, nic się nie zsuwa. Po aplikacji czuć przyjemne chłodzenie, ukojenie. Maseczka delikatnie oczyszcza i odświeża cerę. Skóra jest nawilżona, zdrowo się prezentuje. Moja cera lubi produkty z węglem i w tym przypadku maseczka również się sprawdziła. 




Jak często sięgacie po maseczki?

Miłego popołudnia! :)

wtorek, 19 marca 2019

Olejek pod prysznic Isana - hit czy kit?

Markę Isana znają wszyscy doskonale, podejrzewam że większość z Was miała przynajmniej jeden żel z tej marki. W ich ofercie znaleźć można również olejek pod prysznic, który często spotkać można na blogach lub instagramie. Czy faktycznie jest taki dobry? Coś musi w tym być, bo przecież zużyłam już go kilka butelek, ale czy pod prysznicem? O tym w dalszej części wpisu.


Olejek umieszczony jest w plastikowej, przeźroczystej butelce o pojemności 200 ml, przez co widać ile produktu zostało w środku. Zamknięcie typu flip-top z jednej strony jest wygodne, łatwo je otworzyć, a z drugiej niestety nie jest szczelne i po kilku użyciach lubi przeciekać jeśli się przewróci. Otwór jest dość duży, także trzeba uważać, aby nie wylać od razu pół butelki. Moim zdaniem wygodniejsze byłoby opakowanie z pompką. Szata graficzna przyjemna dla oka, na opakowaniu znajdują się naklejki z informacjami o produkcie oraz składem. Isana niedawno (no dobra, może kilka miesięcy temu) zmieniło trochę szatę graficzną tego produktu i moim zdaniem teraz są zdecydowanie ładniejsze. 


Jak na olejek przystało, konsystencja jest płynna, tłusta, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zapach jest trochę dziwny, ale nie jest brzydki i nie pachnie rybą, jak gdzieś czytałam, chociaż wiadomo każdy nos jest inny i inaczej odbiera aromaty. Można się do niego przyzwyczaić, nie unosi się jakoś długo w łazience.


Olejek początkowo wypróbowałam pod prysznicem, zgodnie z jego przeznaczeniem. Nie pieni się, z kontakcie z wodą emulguje, więc łatwo można go zmyć. Nie zostawia na skórze tłustej warstwy. Niby oczyszcza ciało, a jednak nie czuję się po nim zbyt świeżo jak w przypadku żeli pod prysznic. Nie zauważyłam również żeby w jakikolwiek sposób nawilżał czy natłuszczał skórę, po wyjściu z pod prysznica czuję potrzebę użycia balsamu. 

Dlaczego więc zużyłam kilka opakowań tego produktu, skoro się nie sprawdził?

Bo nie sprawdził się pod prysznicem, ale olejek jest idealny do mycia gąbek do makijażu oraz mocno zabrudzonych pędzli np. od pokładu. Bardzo dobrze rozpuszcza kosmetyki kolorowe. Zawsze miałam problem z doczyszczeniem gąbeczki, szampony czy mydła nie dawały rady z cięższymi fluidami, a teraz dzięki olejkowi mogę to zrobić szybko i dokładnie. W przypadku pędzli, szczególnie tych bardziej zbitych, trzeba pamiętać, aby porządnie je wypłukać, ponieważ jeśli tego nie zrobimy włosie może być tłustawe. 


W przypadku używania go tylko do gąbeczek i pędzli wystarcza na długo, spokojnie na kilka miesięcy, ale to też zależy od ilości pędzli i częstotliwości ich mycia. W regularnej cenie trzeba za niego zapłacić około 8 zł, więc moim zdaniem cena jest niska jak na tego typu produkt. Kupuję go zawsze kiedy widzę, że poprzedni się kończy i mogę go śmiało polecić, ale nie pod prysznic tylko go gąbek i pędzli.



Czego używacie do mycia pędzli i gąbeczek do makijażu?

Miłego dnia!

niedziela, 17 marca 2019

Kuracja do włosów Seboradin FitoCell

Jakiś czas temu zauważyłam pogorszenie stanu moich włosów, zaczęły się przerzedzać, pojawiało się mało babyhair. Wtedy nadarzyła się okazja wypróbowania kuracji Seboradin FitoCell i stwierdziłam, że może akurat produkty pozytywnie wpłyną na stan mojej fryzury. Czy tak się stało? O tym przeczytacie w dalszej części wpisu.


Komórki macierzyste to jedyny typ komórek w organizmie, który ma zdolność do odnawiania się. W kuracji Seboradin FitoCell zastosowane zostały innowacyjne, roślinne komórki macierzyste PhytoCellTecTM Malus Domestica, pochodzące z jabłoni szwajcarskiej. Badania naukowe potwierdziły, że bezpiecznie i pozytywnie wpływają na ludzkie komórki macierzyste, opóźniając proces ich starzenia się. Wykorzystanie roślinnych komórek macierzystych w kuracji do włosów zapewnia, że włosy stają się gęste, grube, silne, odporne na uszkodzenia, szybciej rosną i są bardziej elastyczne.Roślinne komórki macierzyste stymulują wzrost nowych włosów.


Szampon umieszczony jest plastikowej buteleczce o pojemności 200 ml. Zamknięcie typu press nie sprawia problemu, łatwo można wydobyć zawartość. Konsystencja szamponu średnio gęsta. Ma przyjemny słodki zapach, który unosi się w łazience podczas mycia. Szampon w kontakcie z wodą dobrze się pieni. Używałam go regularnie, jednak od czasu do czasu sięgałam po inny kosmetyk do mycia, ponieważ moje włosy nie lubię monotonii. Produkt bardzo dobrze oczyszcza włosy, aż stają się skrzypiące. Przy pierwszym użyciu obawiałam się, że mogę mieć problem z ich rozczesaniem, jednak nic takiego nie miało miejsca. Wydajność zadowalająca, wystarczył mi na kilka tygodni stosowania 2-3 razy w tygodniu. Szampon nie wywołał u łupieżu, ani żadnych podrażnień.


Maska umieszczona jest w tubie wykonanej z miękkiego plastiku o pojemności 150 ml. Zamknięcie na zatrzask nie sprawia problemu, łatwo wydobyć zawartość do samego końca. Maska ma kremową konsystencję, łatwo się rozprowadza. Przy pierwszych dwóch użyciach stosowałam ją zarówno na długość jak i na skórę głowy, jednak okazało się, że jest ona dla mnie zbyt słaba. Włosy były delikatnie nawilżone i za słabo dociążone. Stwierdziłam więc, że będę stosować ją co drugie mycie na skalp. Okazało się, że był to bardzo dobry pomysł. Maska świetnie nawilża i odżywia skórę głowy. Nie obciąża, włosy nie są przyklapnięte u nasady. Wystarczyła na kilka tygodni, chociaż gdybym stosowała ją również na długość pewnie skończyłaby się po niespełna miesiącu.


Serum otrzymujemy w małych tubkach z dzióbkiem, dzięki czemu aplikacja staje się łatwiejsza. W opakowaniu jest ich 15, a że powinno się je stosować codziennie wieczorem to wystarcza na piętnaście dni. Ja przyznaję się bez bicia, że zdarzyło mi się pominąć kilka dni, no ale cóż. Serum na konsystencje rzadkiego żelu, łatwo rozprowadza się na skórze głowie. Początkowo obawiałam się, że włosy rano będą nieświeże, ale okazało się, że włosy są ładnie odbite od nasady. Serum nie przyspiesza przetłuszczania się włosów, przy jego stosowaniu spokojnie mogłam myć włosy 2-3 razy w tygodniu tak jak dotychczas. Nie podrażnia, ani nie uczula.


Zauważyłam, że kuracja wzmocniła moje włosy u nasady. Zmniejszyła się ilość wypadających oraz co najważniejsze pojawiło się sporo babyhair, które rosną jak szalone i ciężko je okiełznać. Śmiało mogę ją polecić, chociaż trzeba przyznać, że nie należy ona do tanich, ponieważ taki zestaw kosztuje około 150 zł, a do pełnej kuracji potrzeba więcej niż po jednym opakowaniu. 



Miłego popołudnia! :)

piątek, 15 marca 2019

Pianka do mycia twarzy Moist Seaberry 2+, A'Pieu

Markę A'pieu znam od dawna, ale głównie testowałam ich maseczki do twarzy, jedne sprawdzały się lepiej, inne trochę gorzej, ale krzywdy mi nie zrobiły. Jakiś czas temu robiąc zakupy w jednym ze sklepów internetowcy wrzuciłam do wirtualnego koszyka Piankę do mycia twarzy Moist Seaberry 2+ z tej marki. Powiem Wam, że robiłam te zakupy na szybko i do samego końca myślałam, że jest to pianka Moist Strawberry, chyba za bardzo lubię truskawki i widzę je nawet tam, gdzie ich nie ma. 


Nawilżająca pianka do mycia twarzy na bazie ekstraktu z rokitnika (5,000 ppm). Produkt ma lekką, żelową konsystencję, dzięki czemu nie powoduje podrażnień. Pianka ma działanie oczyszczające, a dzięki zawartości olejku ze słodkich migdałów oraz miodu nie przesusza skóry. 
Główne składniki:
• Rokitnik
Jest bogatym źródłem witaminy C, dzięki czemu skutecznie dostarcza skórze substancji odżywczych. 
• Olejek z migdałów
Zapewnia optymalny poziom nawilżenia. 
• Miód
Odżywia skórę, nawilża oraz przywraca zdrowy, promienny wygląd.
Zalety:
Żelowa, lekka formuła, która zamienia się w gęstą piankę.


Piankę otrzymujemy w tubce wykonanej z miękkiego plastiku o pojemności 130 ml. Zamknięcie na zatrzask nie sprawie problemu, można spokojnie otworzyć je i zamknąć nawet kiedy mamy mokre dłonie. Otwór jest malutki, łatwo można wydobyć odpowiednią ilość produktu bez obawy, że wylejemy pół opakowania. Szata graficzna skromna, a jednak tubka przyciąga oko. Kolor czerwony wyróżnia się na półce i ładnie się prezentuje. Na opakowaniu znajdziemy takie informacje jak skład, sposób użycia i opis produktu. Polskie tłumaczenie znajduje się na naklejce, jak widać  podczas użytkowania zaczyna znikać i aktualnie jest mało widoczne. Na szczęście informacje o produkcie bez problemu można znaleźć w internecie.


Pianka do mycia twarzy zwykle kojarzy mi się z opakowaniem airless, kiedy po przyciśnięciu aplikatora otrzymujemy od razu puszystą konsystencje. W tym przypadku jest to gęsty, różowy żel, który trzeba spienić w dłoni przed aplikacją. 
Zapach niezbyt przyjemny, taki trochę mydlany. Unosi się on podczas mycia i chwilę po nim. Początkowo było to trochę uciążliwe, jednak jakoś się przyzwyczaiłam.


Piankę używam zarówno rano jak i wieczorem po wstępnym oczyszczeniu skóry płynem micelarnym lub w przypadku demakijażu olejkiem. Po spienieniu nakładam ją na skórę, masuję kilka chwil i dokładnie spłukuję. Żel dobrze oczyszcza buzię, usuwa pozostałości kosmetyków kolorowych i inne zabrudzenia. Trzeba uważać, aby nie dostała się do oka, ponieważ je podrażnia i powoduje szczypanie, pieczenie. Po spłukaniu skóra jest ściągnięta, wysuszona i aż prosi się o tonik i krem nawilżający. Szkoda, ponieważ producent tak zachwala, że dzięki olejowi ze słodkich migdałów i miodowi pianka oprócz oczyszczania ma nawilżać i odżywiać skórę. Może gdyby te składniki nie były na samym końcu składu to byłoby lepiej. Nie wymagam tego, aby żele do mycia twarzy ją nawilżały, bo od tego są inne produkty, ale bardzo nie lubię uczucia ściągnięcia po oczyszczaniu buźki. Używam jej naprzemiennie z innymi produktami, ponieważ nie lubię wyrzucać kosmetyków, ale więcej po nią nie sięgnę.


Wydajność świetna, chociaż w tym przypadku aż tak bardzo mnie to nie cieszy. Wystarczy dosłownie kropla jak ziarenko groszku, aby dokładnie umyć. Używam ją do dłuższego czasu i jeszcze wystarczy na kilka użyć, ale też czasami odstawiam ją i używam inny produkt. W regularnej cenie kosztuje około 25-30 zł, ale w promocji można ją kupić poniżej 20 zł. Moim zdaniem jednak nie jest warta swojej ceny. 
Do marki A'pieu się nie zrażam, każda firma ma lepsze i gorsze produkty. Niedługo napisze Wam o świetnej masce na noc z ekstraktem z ziemniaka z tej marki. 


Znacie markę A'pieu? Lubicie?

Miłego dnia! :)

czwartek, 14 marca 2019

Książka na wieczór : Słodki drań - Penelope Werd, Vi Keeland

Czytanie książek wciągnęło mnie na maksa, niestety nie mam na to tyle czasu ile bym chciała. Przeczytanie jednej książki zajmuje mi zwykle tydzień, czasem dłużej, czasem krócej. Wiadomo są rzeczy ważne i ważniejsze. Czasami wieczorem jestem tak zmęczona, że jedyne o czym myślę to łóżku. Cieszę się jednak, że udało mi się chociaż częściowo wrócić do tego zajęcia.
Dzisiaj słów kilka na temat ''Słodkiego drania'', przyznaję że książka bardzo mi się spodobała i przyjemnie się ją czytało do samego końca. Więcej dowiecie się w dalszej części wpisu.


O książce:
Tytuł: Słodki drań
Autor: Penelope Werd, Vi Keeland
Wydawnictwo: EditioRed
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 296
Data premiery: 13 marzec 2019
Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Stacja benzynowa gdzieś na pustkowiu Nebraski nie jest zbyt romantycznym miejscem, zwłaszcza kiedy jesteś w kiepskim humorze. Aubrey była. Znużona wielogodzinną trasą w perspektywie miała jeszcze wiele godzin dalszej jazdy. Uciekała przed swoją przeszłością, chciała ukoić złamane serce i rozpocząć nowe życie w Kalifornii. Chance, zarozumiały przystojniak z Australii, wkurzył ją od pierwszego wejrzenia. Był niesamowicie seksowny, ale do przesady arogancki. Dziewczyna przestałaby o nim myśleć pięć minut po odjechaniu ze stacji, gdyby nie problem z kołem, którego sama nie była w stanie zmienić. Również Chance nie mógł wyruszyć w dalszą podróż - nie umiał poradzić sobie z awarią motocykla. Chcąc nie chcąc, dalej pojechali razem.
Wkrótce Aubrey z zaskoczeniem odkrywa w tym pewnym siebie zarozumialcu najlepszego kompana podróży, jakiego mogłaby sobie wymarzyć. A i Chance wygląda na faceta, który również czuje do dziewczyny coś więcej. Wyprawa wydłuża się do kilku dziwnych, ale cudownych dni. Jest zabawnie, miło, a napięcie między nimi rośnie. Audrey coraz bardziej zakochuje się w przystojnym Australijczyku i wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego końca, gdy któregoś dnia, zupełnie nieoczekiwanie, Chance znika bez pożegnania...
To opowieść o zabawnych przypadkach, namiętności i pożądaniu, ale również o trudnych wyborach, cierpliwości i przyjaźni. O rozterkach, smutku i tęsknocie za ukochaną osobą. Ta historia pełna jest zaskakujących zwrotów akcji, uśmiechów, łez i radości. Od kart tej książki nie oderwiesz się aż do ostatniego zdania!

Po prostu zniknął... Tego się nie robi takiej dziewczynie!




Akcja książki zaczyna się na stacji benzynowej, gdzie Aubrey zatrzymuje się podczas swojej podróży do Kalifornii, gdzie zamierza zacząć nowe życie. W tym samym miejscu aktualnie znajduje się Chance, przystojniak z Australii, który irytuje dziewczynę od samego początku. Okazuje się, że oboje podróżują w tym samym kierunku, ale on ma problem ze swoim motocyklem, a jej przebiła się opona w aucie. Chance proponuje swoją pomoc w zamian za podwózkę, Aubrey ostatecznie się zgadza. Z każdym kolejnym kilometrem zbliżają się do siebie, chociaż on stara się trzymać dystans. Podczas podróży mają mały wypadek, Aubrey myśli, że potrąciła kozła i postanawia mu pomóc. Jak się jednak okazuje później, wcale nie ucierpiał, po prostu zemdlał z nerwów. Postanawiają go ''adopotować'' i zostaje ich wspólnym dzieckiem. Kiedy są już blisko celu postanawiają zboczyć z trasy i zatrzymać się na kilka dni w Vegas. Biorą ślub na niby, spędzają miło czas. W hotelu Aubrey stawia wszystko na jedną kartę, wchodzi do pokoju chłopaka nago i spędzają wspólnie noc. Rano jednak kobieta budzi się sama w pokoju, Chance zniknął razem ze swoimi rzeczami. Początkowo trudno jej w to uwierzyć, ale postanawia kontynuować podróż sama z kozłem, bo w końcu w Kalifornii czeka na nią praca i wynajęty dom. 
Dalej autorka przenosi nas dwa lata do przodu, kiedy Chance wychodzi z więzienia, trafił tam za pobicie. Stawił się w nim tego samego dnia kiedy zostawił Aubrey w hotelowym pokoju. Początkowo nie myśli o tym, aby ją odzyskać, ale jednak ostatecznie jedzie do jej miasta i zatrzymuje się w motelu. Obserwując ją dowiaduje się, że zatrzymała kozła oraz z kimś się spotyka. Chance nie chce się ujawniać, wychodzi to jednak przypadkowo kiedy kupuje w Starbucksu kawę. Kobieta ma do niego żal, że zostawił ją wtedy bez żadnych wyjaśnień. Przystojniak robi wszystko aby ją odzyskać, odwiedza ją w pracy, porządkuje jej ogród, sadzi kwiaty, kosi trawę...

Czy uda się mu ją odzyskać? Czy Aubrey zerwie ze swoim obecnym partnerem i zwiąże się z Chancem? 
O tym dowiecie się z książki, nie chcę zdradzać szczegółów do końca. :)


''Słodki drań'' jest książką, która wciąga od pierwszej strony, ciężko ją odłożyć. To opowieść o zabawnych przypadkach, namiętności i pożądaniu, ale również o trudnych wyborach, cierpliwości i przyjaźni. Pojawiają się niej wątki erotyczne, jednak jest ich mało i są mało rozbudowane. Pokazuje, że trzeba walczyć do samego końca i można się poddawać, ale też trzeba wiedzieć kiedy odpuścić. Jest to moja pierwsza książka tej autorki, ale na pewno nie ostatnia, chętnie sięgnę po inne pozycje. Może coś polecacie?

Dziękuję wydawnictwu EditioRed za książkę, fakt ten jednak nie wpłynął na moją opinię!



Co aktualnie czytacie?

Miłego dnia! 

środa, 13 marca 2019

Przegląd maseczek #5

Maseczki ostatnio schodzą u mnie w dużych ilościach, staram się je używać co drugi dzień i przyznaje, że moja skóra jest mi za to wdzięczna. Plusem jest też fakt, że stopniowo zmniejszają mi się zapasy i będę mogła pozwolić sobie na nowości, których ostatnio sporo pojawia się na rynku. 


Maska do twarzy w płacie Sweet Animal Mask Jednorożec, Muju

Twoja skóra bywa sucha, matowa, poszarzała? Chciałabyś olśniewać promienną, piękną cerą? Sięgnij po naszego Jednorożca i sprawdź jego upiększające zdolności. Ten słodki zwierzak kryje w sobie składniki o właściwościach nawilżających, rozświetlających i wygładzających:
Korzeń marchewki – wygładza i nawilża, odpowiednio pielęgnuje opaloną skórę, zapewniając piękny koloryt.
Panthenol – nadaje skórze miękkości i gładkości, redukując oznaki starzenia.
Anyż gwiazdkowy – odświeża, łagodzi i rozjaśnia skórę, dodając jej blasku.
Dzięki bawełnianej tkaninie, maseczka zapewnia bardziej intensywną pielęgnację skóry, a wizerunek Jednorożca sprawia, że dbanie o skórę staje się również świetną zabawą.

Maseczki Muju były jakiś czas temu dostępne w Biedronkach, chociaż może w niektórych nadal można je dostać, nie jestem pewna, Kupiłam je zaraz po tym jak się pojawiły, więc za sztukę zapłaciłam około 10 zł. Wzięłam wszystkie trzy dostępne wersję, czyli Gepard, Zebra i Jednorożec, jednak dzisiaj o tej ostatniej. Maska umieszczona jest w różowej saszetce z uroczą szatą graficzną. Materiał jest dość cienki, ale łatwo się rozkłada i dopasowuje do twarzy. Nadruk jest mało widoczny, a szkoda. Płat jest mocno nasączony esencją o trochę dziwnym zapachu, na szczęście szybko się ulatnia. Po zdjęciu materiału skóra jest odświeżona, nawilżona i wygładzona. Buzia zdrowo się prezentuje, jest rozświetlona. 


Błyskawiczna maseczka peel-off z ekstraktem z grejpfruta, Efektima

Działająca maseczka w formie żelu. Złuszcza martwe komórki naskórka, wygładza, odmładza i dodaje skórze witalności. Zawiera wyciąg z grejpfruta, który ze względu na właściwości oczyszczające i ściągające idealnie odświeża i liftinguje cerę. Formuła maski dodatkowo wzbogacona została w wyciąg z papai, dzięki któremu wzmocnione zostało działanie przeciwstarzeniowe i nawilżające. Efektem zabiegu jest widoczna poprawa elastyczności skóry. Cera jest wyjątkowo gładka, świetlista i odmłodzona.

Maseczki peel-off to rodzaj, który lubię najmniej, ale od czasu do czasu po nie sięgam. Jakiś czas temu w prezencie otrzymałam tą z Efektimy i postanowiłam wypróbować. Saszetka ma ładną szatę graficzną, przyciąga oko. W opakowaniu znajduje się 7 ml produktu, co spokojnie wystarcza na jedną aplikacje. Maseczka ma postać gęstego, różowego żelu o przyjemnym, grejpfrutowym zapachu. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ zazwyczaj maski peel-off śmierdzą alkoholem. Maska bez problemu rozprowadza się równomiernie na skórze. Po około 20 minutach zasycha i bez problemu można ją zdjąć w dwóch częściach. Skóra jest po niej odświeżona, delikatnie oczyszczona i wygładzona. Maseczka nie nawilża, koniecznie trzeba użyć po niej kremu. 


Maska bąbelkowa Oczyszczanie i Energia 24K złoto + aktywny węgiel, AA Bubble Mask

Poddaj się niezwykłemu doświadczeniu pielęgnacyjnemu z bąbelkową maseczką oczyszczająco-odświeżającą AA Bubble Mask. Aktywny tlen - w kontakcie z Twoją skórą - tworzy lekko musująca piankę, która deliaktnie bąbelkuje, zwiększa swoją objętość, a jendocześnie zmienia kolor. Innowacyjna formuła ANTYOX&DETOX stymuluje mikrocyrkulację i dotlenia skórę, zwiększając wchłanianie substancji aktywnych zamkniętych w maseczce. W efekcie Twoja cera będzie doskonale oczyszczona i odżywiona.

Maski bąbelkowe znają już chyba wszyscy, co raz więcej marek wypuszcza je na rynek, chociaż marka AA była jedną z pierwszych. Maska Oczyszczanie i Energia umieszczona jest w podwójnej saszetce w żółtym kolorze, który wyróżnia się z daleka ze sklepowej półki. W każdej części znajduje się 4 ml produktu, co wystarcza na jedną aplikacje. Maseczka ma postać czarnego żelu, który należy nałożyć na wilgotną skórę. Już po chwili zaczyna zmieniać się białą piankę. Bąbelkowanie jest bardzo fajnym uczuciem, takie delikatne mrowienie, łaskotanie. Po zaprzestaniu musowania wykonuję krótki masaż i zostawiam ją jeszcze na kilka minut po czym dokładnie zmywam ciepłą wodą. Maseczka dobrze oczyszcza skórę, delikatnie ją wygładza. Cera odzyskuje energię i blask. Początkowo myślałam, że to tylko taki gadżet, a działanie znikome, ale jednak się pomyliłam, bo maska jest bardzo fajna.


Normalizująca maska głęboko oczyszczająca, Tołpa

Normalizująca maska głęboko oczyszczająca marki Tołpa złuszcza zrogowaciały naskórek i głęboko oczyszcza pory. Adsorbuje sebum i normalizuje jego wydzielanie. Reguluje rogowacenie, poprawia teksturę naskórka i redukuje liczbę zaskórników. Zapobiega powstawaniu grudek i krostek oraz przyśpiesza eliminację zmian. Przeciwdziała tworzeniu się przebarwień potrądzikowych. Wspomaga regenerację mikrouszkodzeń. Pozostawia skórę gładką, odtoksycznioną i długotrwale matową.

Maseczka Tołpy kusiła mnie od dawna, jednak na jej zakup zdecydowałam się dopiero na jakiejś promocji. Umieszczona jest ona w podwójnej saszetce, w każdej części znajduje się 6 ml produktu co wystarcza na równomierne pokrycie twarzy. Zaraz po aplikacji pojawia się delikatne szczypanie, o czym wspomina producent, że coś takiego może wystąpić. Nie jest to jakieś bardzo uciążliwe, ale jednak przyjemne też nie jest. Maseczka zasycha, trochę uciążliwie się ją zmywa, jednak przy pomocy chusteczki lub gąbeczki idzie szybko. Po jej usunięciu skóra jest lekko zaczerwieniona, jednak na szczęście szybko znika. Maseczka genialnie oczyszcza skórę i ją wygładza. Dobrze pochłania nadmiar sebum dzięki czemu mniej się przetłuszcza, szczególnie w strefie T. Po maseczce koniecznie trzeba użyć kremu nawilżającego, ponieważ skóra jest lekko ściągnięta. Chętnie wrócę do niej za jakiś czas. 


Pamiętacie o regularnym stosowaniu maseczek? Jaką ostatnio używałyście?

Miłego dnia! :)

wtorek, 12 marca 2019

Żele pod prysznic #3: Biolove, Isana

Ostatnio kończy mi się sporo produktów, z czego jestem dumna, ponieważ marcowe denko będzie spore, ale przez to robią mi się zaległości na blogu i nie wiem, kiedy to wszystko opiszę. Nie będę jednak narzekać, tylko biorę się za pisania. Na pierwszy ogień idzie zbiorowy post na temat żeli pod prysznic, bo takowego już jakiś czas nie było. W ostatnim czasie podczas kąpieli towarzyszyły mi żele Biolove oraz oczywiście kochana przeze mnie Isana.


Żele pod prysznic Karambola i Borówka, Biolove

Naturalny żel pod prysznic zapewnia optymalne nawilżenie nie podrażniając skóry. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników.

Żele Biolove zakupiłam na jakiejś promocji w sklepie internetowym Kontigo w zeszłym roku, wrzuciłam wtedy do wirtualnego koszyka kilka wersji i te są już ostatnie. Mają one wygodne opakowania o pojemności 250 ml, które dobrze leżą w dłoni. Szata graficzna przyciąga oko, szczególnie te owoc
e, aż chciałoby się zjeść. Oba żele mają dość lejącą konsystencję. W kontakcie z wodą dobrze się pienią, jednak najlepiej używać ich na myjkę, wtedy wydajność wzrasta. Dobrze oczyszczają i odświeżają skórę. Nie wysuszają, ale też nie nawilżają, użycie po kąpieli balsamu jest konieczne. Oczywiście warto wspomnieć również o zapachu, który w obu wersjach jest cudowny! Nie wiem jak pachnie w rzeczywistości Karambola, ale ten aromat jest bardzo ładny, słodki, owocowy. Niestety szybko się ulatnia, po wyjściu z pod prysznica jest już właściwie nie wyczuwalny. Pod tym względem lepiej spisała się Borówka. Zapach tej wersji to petarda, chyba najlepszy ze wszystkich żeli Biolove jakie miałam. Serio, aż chciałoby się zjeść! Pyszna, słodka, naturalna borówka. 
Niedawno zauważyłam, że Biolove wypuściło na rynek nowe wersje zapachowe tych żeli, m.in. śliwkę, którą na pewno kiedyś wypróbuję. 


Kremowy olejek pod prysznic do skóry suchej, Isana Med

Wyjątkowo bogata formuła z cennymi olejkami sojowymi oraz migdałowymi delikatnie i dokładnie oczyszcza skórę nie powodując jej wysuszenia. Daje skórze dodatkową porcję pielęgnacji, dzięki czemu staje się ona gładka i aksamitna w dotyku. Wartość pH 5,5. 
Tolerancja skórna potwierdzona dermatologicznie.

Zazwyczaj sięgam po żele o intensywnych zapachach, ale od czasu do czasu mam ochotę od nich odpocząć, wtedy sięgam po kremowy olejek z Isany. Ma on bardzo delikatny, kremowy aromat, który otula ciało, ale nie jest nachalny. Produkt ma konsystencje mleczka, które jest lekko tłuste. W kontakcie z mokrą skórą właściwie się nie pieni. Dobrze oczyszcza ciało z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Po spłukaniu skóra jest delikatna w dotyku, miękka, delikatnie nawilżona. Zazwyczaj nie nakładam po nim balsamu i nie czuję z tego powodu dyskomfortu. 
Olejek zakupiłam z polecenia koleżanki, podejrzewam że normalnie nie zwróciłabym na niego uwagi w Rossmannie. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Buteleczka o pojemności 250 ml ze skromną szata graficzna, bez kolorowych nadruków. W tym przypadku akurat najważniejsze jest zawartość, którą bardzo polubiłam.


Żel pod prysznic Festival Love, Isana 

Żele pod prysznic Isana dostarczają skórze tego czego, potrzebuje. Ich składniki zapewniają wyczuwalną świeżość i całodniowe dobre poczucie perfekcyjnie wypielęgnowanej skóry. Żel pod prysznic Isana Love Festival budzi marzenia o słonecznych godzinach wieczornych. Receptura zawierająca delikatny kompleks pielęgnacyjny oczyszcza i pielęgnuje skórę, a jednocześnie uwodzi zmysły słonecznym zapachem jaśminu. Doznaj lata, które nigdy się nie kończy. pH neutralne dla skóry. Produkt przebadany dermatologicznie.

Kolejny produkt Isany, tym razem jeśli chodzi o szatę graficzną to różnica kolosalna, jest kolorowa, przyciąga oko. Plastikowa butelka o pojemności 300 ml, dobrze leży w dłoni, bez problemu można wydobyć zawartość. Konsystencja żelowa, w kontakcie z wodą dobrze się pieni. Zapach cudowny, pod prysznicem mam wrażenie jakbym przenosiła się na plażę z drinkiem w ręku. Przeważa aromat jaśminu, jednak w tle pojawiają się owocowe nuty. Unosi się on przez jakiś czas w łazience po kąpieli oraz na ciele. Żel dobrze oczyszcza i odświeża skórę. Nie podrażnia, ani nie wysusza. Zawsze staram się używać po kąpieli balsam, ale czasem mi się po prostu nie chce i nie czuję z tego powodu dyskomfortu. Wersja Festival Love aktualnie nie jest dostępna, a szkoda, bo zapach jest naprawdę cudowny. Mam nadzieję, że kiedyś wróci do oferty.


Z wszystkich czterech żeli jestem zadowolona, zresztą mało kiedy zdarza mi się w tej kategorii jakiś bubel. Nie jestem bardzo wymagająca jeśli chodzi o produkty do mycia, ma przyjemnie pachnieć, dobrze oczyszczać i nie wysuszać. Te właśnie to robią. Wiem, że wiele osób nie przepada za Isaną, ale trzeba pamiętać, że każda skóra jest inna. U jednym sprawdza się to, u innych co innego i nie można o tym zapominać. Na rynku jest tyle produktów, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


Jaki żel pod prysznic aktualnie używacie?

Miłego dnia! :)

poniedziałek, 11 marca 2019

Płyn micelarny do twarzy i oczu Skin Crystal Care, Farmona

Płyny micelarne to produkty, po które sięgam codziennie, więc schodzą one u mnie dość szybko. Aktualnie w mojej łazience można znaleźć tego typu produkt z Farmony, a dokładnie Skin Crystal Care. Powoli dobija on już dna, więc jest to idealny moment, aby napisać o nim kilka słów. Czy się sprawdził? Czy jestem zadowolona? Tego dowiecie się w dalszej części wpisu.


Płyn micelarny umieszczony jest w przeźroczystej, plastikowej butelce o pojemności 200 ml. Wyposażona jest ona w pompkę, która szczerze mówiąc niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Podczas naciśnięcia jednej dawki wydobywa się mało produktu, potrzeba ich kilka, aby wacik był mokry. Jeśli zbyt szybko naciskam pompkę to zaczyna ona pluć produktem i niekoniecznie ląduje tam gdzie trzeba. Jest to kwestia gustu, ale osobiście wolałabym, aby płyn można było po prostu wylewać na wacik przez niewielki otwór. Szata graficzna skromna, niczym się nie wyróżnia. Na opakowaniu znaleźć można informacje na temat produktu, sposób użycia oraz skład. 


Jak na płyn micelarny przystało, przypomina on wodę. Ma on jednak przyjemny, świeży zapach. Jest on dość intensywny, ale szybko się ulatnia, więc nie powinien nikomu przeszkadzać. Jeśli jednak wolicie bezzapachowe produkty do pielęgnacji twarzy to odpuście sobie jego zakup.


Używam go zarówno do porannego oczyszczenia twarzy z nocnych zanieczyszczeń jak i do demakijażu. W obu przypadkach radzi sobie dobrze. Oczyszcza i odświeża skórę, nie wysusza jej. Dobrze rozpuszcza kosmetyki kolorowe takie jak podkład, puder czy nawet tusz do rzęs. Obawiam się jednak, że z wodoodpornymi produktami nie dałby sobie rady, do tego lepiej sprawdzają się płyny dwufazowe. Brzmi dobrze, prawda? No a jednak się nie polubiliśmy. Dlaczego? A no dlatego, że podczas oczyszczania skóry płyn zaczyna się pienić na waciku, a ja strasznie tego nie lubię. Na szczęście nie podrażnia skóry ani oczu, nawet jeśli odrobina dostanie się pod powiekę to nie czuję dyskomfortu. 


Tak jak mówiłam u mnie tego typu produkty schodzą szybko i taki o pojemności 200 ml starcza na jakieś 3 tygodnie, tak samo jest w tym przypadku. Cena to około 17-20 zł w zależności od miejsca jego zakupu. W sklepie internetowym Lavenda możecie go kupić za 16,99 zł. Patrząc na działanie to płyn jest dobry, jednak nie sięgnę po niego ponownie ze względu na to, że się pieni, no i aplikator.


Miłego dnia! :)

czwartek, 7 marca 2019

Odżywczy krem do stóp, Neutrogena

Jeśli chodzi o kremy zarówno do rąk jak i stóp to niestety nie jestem regularna w ich stosowaniu. Zawsze sięgam po nie dopiero wtedy jak stan skóry w tych miejscach się pogarsza. Szukam, więc takich produktów, które będą działać już od pierwszego użycia. Czasami się udaje, a czasami niekoniecznie. A jak się sprawdził Odżywczy krem do stóp z Neutrogeny? O tym w dalszej części wpisu.


Krem umieszczony jest w tubce wykonanej z miękkiego plastiku w pojemności 50 ml. Ma odpowiedniej wielkości otwór, więc bez problemu można wydobywać odpowiednią ilość produktu właściwie do samego końca. Tubka dodatkowo umieszczona jest w kartoniku, który z tego co pamiętam nie był zafoliowany. Znajdziemy na nim informacje na temat produktu oraz skład. Szata graficzna skromna, opakowanie nie rzuca się bardzo w oczy na sklepowej półce.


Krem na gęstą konsystencje, jednak łatwo rozprowadza się na stopach w wmasowuje w nie. Ze względu na bogatą formułę trzeba mu dać trochę czasu na wchłonięcie, nawet jeśli nałożymy niewielką ilość. 
Zapach taki trochę kremowy z dodatkiem mentolu. Gdybym miała się nim smarować gdzieś w okolicy nosa to pewnie by mi przeszkadzał, ale w przypadku stóp aż tak bardzo go nie czuję. Utrzymuje się on jakiś czas na skórze oraz na pościeli, jeśli stosujemy go wieczorem.


Jak już wspominałam na początku, nie jestem regularna jeśli chodzi o stosowanie kremów do stóp, dlatego kiedy widzę, że coś nie tak dzieje się ze skórą w tych okolicach nakładam grubą warstwę produktu na noc i zakładam skarpetki. Już po pierwszym użyciu odżywczego kremu widać różnicę, ale zwykle stosuję go w taki sposób kilka dni z rzędu. Produkt bardzo dobrze nawilża i odżywia skórę. Zmiękcza stopy, stają się one miękkie i delikatne w dotyku. Przy pierwszych użyciach byłam w szoku jak dobrze sprawdził się szczególnie na piętach. Krem koi wysuszoną skórę i przyspiesza gojenie ewentualnych pęknięć, które na szczęście zdarzają się u mnie bardzo rzadko.


Ciężko mi określić jego wydajność, bo tak jak pisałam nie stosuję go codziennie, a jak już używam to grubą warstwą. W mojej łazience stał kilka miesięcy. Myślę, że stosowany w niewielkiej ilości codziennie spokojnie starczy na kilka tygodni. Jego cena to około 15 zł w zależności od miejsca zakupu. jak za taką kwotę to jest on naprawdę genialny. polecam! Ja teraz skusiłam się na coś innego, ale tylko ze względu na to, że uwielbiam testować nowości, ale być może kiedyś do niego wrócę.


Macie swój ulubiony krem do stóp?

Miłego dnia! :)