Obserwatorzy

czwartek, 22 listopada 2018

Tonik. Mgiełka nawilżająca Resibo

Marka Resibo od dawna mnie kusiła i planowałam zakup jakiegoś produktu. Sama nie wiedziałam, który w pierwszej kolejności chciałabym wypróbować. Jakiś czas temu akurat kończył mi się tonik i podczas zakupów online wrzuciłam do wirtualnego koszyka mgiełkę nawilżającą właśnie z tej marki. Kosmetyki Resibo do najtańszych nie należą, więc przed zakupem oczywiście poczytałam trochę opinii na jego temat. Aktualnie tonik dobija już dna, więc jest to odpowiedni moment, aby napisać o nim coś więcej. 


Tonik przyszedł do mnie zapakowany w papierową tubę, czyli standard, większość kosmetyków Resibo ją posiada. Jest ona dość sztywna, także można ją sobie wykorzystać np. do przechowywania pędzli, czyli kredek dla dzieci. Sam tonik umieszczony jest w plastikowej buteleczce o pojemności 150 ml. Jest ona przeźroczysta, ale posiada naklejkę na której znajdziemy zapewnienia producenta i skład. Z boku opakowania możemy jednak zobaczyć ile toniku jeszcze zostało. Butelka wyposażona jest w atomizer, który działa bez zarzutu, jednak wydobywa zbyt silny strumień produktu, aby aplikować go bezpośrednio na twarz. Dlatego ja zawsze najpierw wydobywam go na wacik, a dopiero później przecieram nim skórę. Szata graficzna skromna, a jednak przyjemna dla oka, kojarzy się z naturą.


Jak to najczęściej w przypadku toników bywa konsystencja produktu jest wodnista, bezbarwna. Zapach przyjemny, kwiatowy, przeważa aromat róży. Ogólnie w większości kosmetyków różany zapach mnie zniechęca do zakupu, po prostu nie lubię go. W tym produkcie jest on jednak bardzo naturalny, naprawdę przyjemny, na pewno nie przypomina on babcinych perfum, jak to czasem bywa. Aromat ten wyczuwalny jest właściwie tylko podczas wydobywania toniku, po aplikacji się ulatnia, więc nikomu nie powinien on przeszkadzać.


Po tonik sięgam dwa razy dziennie po oczyszczeniu twarzy żelem do mycia twarzy. Produkt pozytywnie mnie zaskoczył już od pierwszego użycia. Mgiełka odświeża skórę i koi zaczerwienienia, które niestety ostatnio się u mnie pojawiają, szczególnie kiedy zbyt długo przebywam na zewnątrz. Jest to chyba pierwszy tonik jaki posiadam, który tak dobrze nawilża, aż byłam w szoku. Przeważnie po oczyszczeniu i stonizowaniu cery od razu musiałam nakładać krem, czułam że moja skóra tego potrzebuje. Od momentu kiedy używam toniku Resibo to uczucie zniknęło, są dni kiedy łapię się na tym, że zapominam o kremie. Skóra jest po nim mięciutka i gładka. Jeśli chodzi o działanie, to nie mogę się do niczego przyczepić, bo jest on naprawdę genialny!


Jak pisałam wcześniej, używam produktu na wacik, przez co zużywa się on szybciej, niż gdybym miała go aplikować bezpośrednio na skórę. Mimo wszystko jest on wydajny, używam go regularnie od ponad miesiąca i jeszcze jest go na kilka użyć. Tonik kosztuje około 50 zł, ale moim zdaniem naprawdę jest on warty tej ceny. Ja akurat upolowałam go na promocji, ale teraz byłabym wstanie zakupić go również za cenę regularną. Chętnie do niego wrócę za jakiś czas, bo nie wiem czy znajdę drugi tak dobry produkt w niższej cenie.


Co polecacie wypróbować z Resibo ?

poniedziałek, 19 listopada 2018

Odżywczy balsam do włosów suchych i farbowanych, Baikal Herbals

Moje włosy są długie i dość gęste, dlatego produkty do włosów kończą się u mnie szybko. Aktualnie na wykończeniu mam właśnie Balsam odżywczy do włosów suchych i farbowanych z Baikal Herbals, który jakiś czas temu otrzymałam w paczce od Kornelii. Moje włosy są i suche i farbowane, więc jest to produkt idealny dla mnie. A jak się sprawdził ? O tym przeczytanie poniżej.


,,Balsam Baikal Herbals zmniejsza kruchość włosów oraz ich podatność na łamanie i puszenie się. Ułatwia układanie i rozczesywanie włosów. Zawiera aktywne biologicznie ekstrakty i oleje roślin dziko rosnących nieopodal Bajkału. Regularne stosowanie balsamu sprawia, że włosy są lśniące, nawilżone, odżywione i elastyczne, a także podatne na układanie. Kolor włosów farbowanych jest zabezpieczony przed szybkim wypłukiwaniem się.''


Balsam otrzymujemy w buteleczce z kształcie walca. Wykonana jest ona z dość twardego, białego plastiku, przez co kiedy produktu jest już mało ciężko go wydobyć. Na szczęście bez problemu można podstawić butelkę ''na głowie'', dzięki czemu zawartość spłynie po ścianach. Balsam posiada nakrętkę, którą ciężko okręcić mokrymi dłońmi, ale jakoś daję sobie radę. Posiada spory otwór co ułatwia wydobywanie produktu. Informacje na butelce podane są w języku rosyjskich, jednak umieszczona jest również naklejka z polskim tłumaczeniem. Szata graficzna przyjemna dla oka, kojarzy mi się właśnie z naturą. Butelka zawiera 280 ml produktu.

Balsam ma dość gęstą, a zarazem lekką konsystencje, łatwo rozprowadza się na włosach. Ma przyjemny ziołowy zapach, który utrzymuje się na włosach jeszcze jakiś czas po wyschnięciu. Muszę przyznać, że jeszcze jakiś czas temu, takie aromaty nie przeszłyby u mnie, teraz jednak zioła w kosmetykach mi nie przeszkadzają. 


Balsam nakładam na umyte, osuszone włosy na około 5-10 minut po czym dokładnie spłukuję. Już podczas zmywania czuję różnicę, kosmyki są wygładzone, delikatne, nie są splątane. Po wysuszeniu włosy są mięciutkie, ładnie się błyszczą i dobrze układają. Nie puszą się, co niestety u mnie często się zdarza szczególnie teraz w okresie jesienno-zimowym. Balsam delikatnie nawilża kosmyki. Produkt nie obciąża, nawet jeśli nałożyłam go więcej niż zwykle włosy nie były przetłuszczone, wyglądały świeżo. Według producenta balsam zabezpiecza przez przez szybkim wypłukiwaniem się koloru, szczerze mówiąc nie zauważyłam różnicy. W ostatnim czasie farbuje włosy na ciemny fiolet i ten kolor ma to do siebie, że dość szybko się wypłukuje i nie znalazłam jeszcze kosmetyku, który by to opóźnił.


Tak jak pisałam na początku, u mnie tego typu produkty kończą się dość szybko. Balsam ten wystarczył mi na około dwanaście użyć, czyli to jest całkiem dobry wynik jak dla mnie. Wszystko zależy od tego jakiej długości i gęstości mamy włosy. Jego koszt to około 10-15 zł, myślę że za taką cenę warto go wypróbować.


Miłego dnia ! :)

czwartek, 15 listopada 2018

Solne peelingi do ciała Nature Queen : Imbir, Bambus, Jagody Acai

Wiele razy wspominałam Wam na Instagramie, że nie mogłam przekonać się do peelingów solnych, zawsze mi coś w nich nie pasowało, ale zmieniło się to kiedy poznałam produkty Nature Queen. Markę tą poznałam jakoś w marcu, do testów otrzymałam wtedy imbirowy peeling, w którym zakochałam się od pierwszego użycia. Kilka tygodni temu wygrałam w konkurs i otrzymałam paczkę z trzema peelingami tej firmy, bardzo się z tego powodu ucieszyłam i stwierdziłam, że jest to dobra okazja, aby wstawić tutaj ich porównanie. 


Peelingi umieszczone są w plastikowych słoiczkach o pojemności 250 ml. Lubię taką formę opakowania, ponieważ wiem, że bez problemu wydobywam produkt do samego końca, nic się nie marnuje. Opakowanie posiada dwa zabezpieczenia przed osobami, które chcą sobie przetestować produkt jeszcze w sklepie. Między nakrętką, a słoiczkiem znajduje się naklejka, która przerywa się podczas pierwszego otwarcia. Drugie zabezpieczenie znajdziemy pod wieczkiem, jest to sreberko, teraz już większość produktów je posiada i bardzo dobrze. Na opakowaniu znajdziemy takie informacje jak zapewnienia producenta, skład, pojemność. 


Peelingi mają podobną konsystencję. Zawierają mnóstwo drobinek soli, które umieszczone są w oleju. Przed użyciem trzeba je delikatnie wymieszać, ponieważ oleista warstwa zbiera się u góry, a sól opada na dno. Peeling Jagody Acai dodatkowo zawiera drobinki owoców, a Imbir ma w sobie cynamon. Produkty nie mają zbitej konsystencji, bez problemu można je nabrać palcami i rozprowadzić na skórze. 


Peeling solny Jagody Acai ma cudowny, jakby owocowy, ale jednak bardziej zmysłowy aromat. Początkowo w opakowaniu mnie nie zachwycił, jednak podczas użytkowania go polubiłam. Drobinek soli jest sporo, jednak nie są one bardzo ostre. Moc masażu można sobie stopniować w zależności od siły nacisku dłoni. Jak dla mnie jest on najdelikatniejszy z całej trójki, więc polecam go osobom, które nie lubią mocnych zdzieraków. Peeling bardzo dobrze oczyszcza skórę i usuwa martwy naskórek. Po zabiegu ciało jest gładkie i delikatne w dotyku. Dzięki zawartości olei nie mam potrzeby, aby dodatkowo nakładać balsam czy masło do ciała. 


Peeling solny Bambus ma cudowny, świeży zapach! Nie wiem jak pachnie bambus, ale ten aromat jest genialny, działa pobudzająco, aż chce się żyć. Utrzymuje się on na ciele oraz w łazience jeszcze przez długi czas. Podobnie jak Jagody Acai zawiera sporo drobinek soli, jednak są one bardziej ostre. Podczas zabiegu trzeba uważać, aby nie przesadzić z intensywnością masażu, ponieważ może się to skończyć zaczerwienioną skórą. Peeling bardzo dobrze usuwa martwy naskórek, pozostawia ciało oczyszczone, wygładzone i delikatne w dotyku. Produkt zawiera w sobie masło shea, dzięki czemu po spłukaniu nie czuję potrzeby, aby dodatkowo nakładać balsam. Wiadomo, że dla osób z bardzo suchą skórą, takie nawilżenie to jednak może być zbyt mało.


Peeling solny Imbir to mój hit na zimne, jesienne wieczory i ulubieniec z całej tej trójki. Ma cudowny, korzenny zapach w którym przeważa imbir i cynamon. Utrzymuje się on długo na skórze, rano po przebudzeniu jeszcze go czuję, także osoby, które nie lubią takich aromatów nie polubią się z nim. Peeling zawiera mnóstwo ostrych drobinek soli, które bardzo dobrze radzą sobie z usuwaniem martwego naskórka. Produkt świetnie rozgrzewa ciało, nie jest to jednak uczucie palenia, tylko przyjemne ciepło. Lubię go stosować szczególnie w te dni, kiedy porządnie zmarzłam. Po zabiegu skóra jest wygładzona, miękka i nawilżona. Tak samo jak w przypadku pozostałych wersji nie mam potrzeby, aby nakładać dodatkowo balsam. 


Jak można zauważyć, najbardziej polubiłam wersję imbirową, jednak Jagody Acai i Bambus również sprawdziły się u mnie bardzo dobrze. W przypadku peelingów solnych trzeba pamiętać, aby nie nakładać ich na uszkodzoną skórę, ponieważ to może zaboleć. 
Peelingi Nature Queen naprawdę polecam, myślę że każdy znajdzie wersję na siebie. Cena za sztukę to 24,99 zł, moim zdaniem naprawdę się opłaca. Chętnie do nich wrócę za jakiś czas, teraz wiadomo chcę dać szansę jeszcze innym firmom. 


Pozdrawiam, Ala.

niedziela, 11 listopada 2018

Peeling do twarzy Drzewo Herbaciane, Kruidvat

Kosmetyki Originals z Kruidvat dostępne były jakiś czas temu w Rossmannie. Szczerze mówiąc jakoś bardzo mnie te produkty nie kusiły. chociaż ich cena była przystępna. Dopiero kiedy kosmetyki pojawiły się w cenie na do widzenia skusiłam się na dwa i dzisiaj postanowiłam napisać o jednym z nich. Dokładnie mowa o Peelingu do twarzy Drzewo Herbaciane, który używam od jakiegoś czasu i powoli dobija już dna. 


Peeling otrzymujemy w słoiczku wykonanym z przyciemnianego szkła z plastikową nakrętką. Zawsze przy tego typu opakowaniach mam obawy, że przypadkiem zrzucę go na płytki i się rozbije, na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Słoik ma pojemność 100 ml, bez problemu można wydobywać z niego produkt do samego końca. Na opakowaniu znajduje się naklejka z polskim opisem produktu, sposobem użycia, a pod nią umieszczony jest skład. Szata graficzna skromna, ale przyjemna dla oka, muszę przyznać, że naprawdę mi się podoba i ładnie prezentuje się w łazience.


Peeling ma konsystencje gęstego kremu z mnóstwem drobinek, które mają za zadanie usuwać nasz martwy naskórek. Bez problemu można go nabrać z opakowania i rozprowadzić na skórze. Drobinki nie rozpuszczają się, więc długość zabiegu można sobie dopasować pod siebie.
Peeling w opakowaniu ma intensywny zapach olejku z drzewa herbacianego, jednak w kontakcie z wodą aromat staje się słabszy i nie przeszkadza w aplikacji. Nie jest on jakiś męczący, ale szczerze mówiąc w pielęgnacji twarzy jednak wolę bezzapachowe kosmetyki, ewentualnie o jakimś bardzo delikatnym aromacie.


Peeling rozprowadzam na wilgotnej skórze i masuje kilka minut. Pierwsze dwa czy trzy użycia próbowałam go na suchą buzie, jednak okazał się zbyt mocny. Produkt ma w sobie mnóstwo drobinek, które bardzo dobrze radzą sobie z usuwaniem martwego naskórka. Trzeba uważać z siłą nacisku, ponieważ można sobie zrobić nim krzywdę. Jeśli wolicie delikatne zdzieraki to nie jest to produkt dla Was. Po peelingu skóra jest dobrze oczyszczona, odświeżona i wygładzona. Cera przygotowana jest do dalszej pielęgnacji, czyli w moim przypadku jest to zawsze maseczka. Dzięki usunięciu martwego naskórka substancje z kolejnych kosmetyków lepiej wnikają. Scrub nie podrażnił mojej cery, ani nie spowodował wysypu nieprzyjaciół.  
Według producenta jest to produkt odpowiedni dla cery trądzikowej, moim zdaniem osoby z problematyczną cerą mogą sobie zrobić nim więcej szkody niż pożytku. W przypadku trądziku zdecydowanie lepiej sięgać po delikatniejsze produkty, jak np. peeling enzymatyczny. 


Peeling jest wydajny, na jedno użycie wystarczy niewielka ilość produktu. Używam go kilka tygodni, a jeszcze jest go trochę w opakowaniu.
Nie pamiętam ile dokładnie za niego zapłaciłam, ale myślę że było to około 5 zł. Za tą cenę myślę, że się opłaca, ale raczej nie kupię go ponownie. Nie do końca przekonał mnie ten zapach olejku z drzewa herbacianego. Z tej marki mam jeszcze maseczkę węglową, ale o niej innym razem.


Pozdrawiam, Ala. 

sobota, 3 listopada 2018

Pomarańczowy mus do ciała, Biolove

Nawilżanie skóry jest bardzo ważne, szczególnie teraz w okresie grzewczym moje ciało ma gorszy czas i strasznie się przesusza. Dlatego też regularnie sięgam po wszelkiego rodzaju balsamy, masła do ciała. Pomarańczowy mus z Biolove jest ze mną już od dłuższego czasu, jednak latem po niego nie sięgałam, dlatego dopiero teraz pojawia się jego recenzja.


,,Lekki mus do ciała wzbogacony naturalnym olejkiem pomarańczowym o silnym działaniu antycellulitowym. Olej sojowy łagodzi stany zapalne i odmładza skórę.''


Mus otrzymujemy w plastikowym słoiczku z aluminiową nakrętką. Lubię tego typu opakowania, ponieważ wiem że wydobywam produkt do samego końca bez rozcinania pudełka. Słoik łatwo się odkręca i zakręca. Szata graficzna bardzo ładna, przyciąga oko. Na opakowaniu znajdziemy informacje takie jak skład, sposób użycia i producenta, nie ma jednak słowa na temat jak produkt ma działać. Trochę szkoda, bo żeby sprawdzić taką informacje musimy zajrzeć na stronę sklepu Kontigo, no cóż. 


Produkt ma postać zbitego musu, pod wpływem ciepła skóry zaczyna się topić, więc łatwo go nabrać i rozprowadzić na ciele. Mus ma cudowny pomarańczowy zapach, nie ma on sobie sztucznych nut, jak dla mnie cudo! Utrzymuje się on jeszcze jakiś czas po aplikacji. Myślę, że osoby które lubią cytrusowe aromaty będą z niego zadowolone. 


Mus trzeba nakładać w niewielkich ilościach, ponieważ nie potrzeba go dużo na daną partię ciała. Kilka razy przesadziłam z ilością i musiałam długo czekać, aż się wchłonie. Mus po rozprowadzeniu na suchej skórze przynosi ulgę. Ciało jest po nim bardzo dobrze nawilżone, mięciutkie i pachnące. Przy regularnym stosowaniu można zauważyć, że znika problem z suchymi miejscami, szczególnie chodzi mi o łokcie, kolana. Według producenta jest to produkt antycellulitowy, jednak w tym temacie nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ nie mam takiego problemu.


Wydajność bardzo dobra, na jedno użycie wystarczy niewielka ilość i mimo tego, że słoiczek zawiera tylko 150 ml produktu, to wystarcza on na długo. Kosztuje on w cenie regularnej 24,99 zł, ale często można dorwać go w promocji. Mus dostępny jest również w innych wersjach zapachowych.


Miłego dnia! :)

środa, 31 października 2018

Szampon i odżywka oczyszczająca Cameleo Detox, Delia Cosmetics

Osoby, które śledzą mnie na Instagramie mogły zauważyć, że na początku października otrzymałam paczkę od Delia w której znalazłam dwie serie kosmetyków do włosów, a dokładnie Cameleo Detox oraz Cameleo Aqua Action. Na pierwszy ogień poszła u mnie ta seria detox, ponieważ kiedy rozpoczyna się sezon grzewczy moja skóra głowy szaleje i szybciej się przetłuszcza. W skład tej linii wchodzi aż pięć kosmetyków, ale dzisiaj skupię się tylko na szamponie i odżywce.


Szampon umieszczony jest w butelce z ciemnego plastiku o pojemności 250 ml. Wyposażona jest w pompkę, która działa bez zarzutu wydobywając produkt ze środka. Moim zdaniem jest to bardzo wygodne rozwiązanie. Odżywkę otrzymujemy w tubie z miękkiego plastiku o pojemności 200 ml. Otwarcie typu flip-top nie sprawia problemu, nawet jeśli mamy wilgotne dłonie. Niewielki otwór sprawia, że bez problemu możemy wydobyć odpowiednią ilość produktu. Na opakowaniach znajdziemy wszystkie potrzebne informacje takie jak zapewnienia producenta oraz skład. 



Szampon ma płynną, żelową konsystencje. Podejrzewam, że gdyby nie pompka to podczas używania wylewałabym zdecydowanie za dużo produktu. Odżywka ma rzadką konsystencje, jednak nie wylewa się sama z opakowania po otwarciu. Łatwo rozprowadza się na włosach i nie spływa z nich.
Produkty mają przyjemny, słodki, lekko ziołowy zapach. Ciężko go opisać, ale polubiłam się z nim od pierwszego użycia. Aromat utrzymuje się na włosach przez jakiś czas jeszcze po wysuszeniu.



Szampon w połączeniu z wodą zmienia się w pianę, która później bez problemu się spłukuje. Podczas mycia czuć, że produkt bardzo dobrze oczyszcza włosy, są aż takie jakby skrzypiące, ale przy tym nie splątane. Początkowo obawiałam się, że szampon może być dla mnie zbyt mocny i będzie przesuszał skórę głowy, jednak na szczęście nic takiego nie wystąpiło. Włosy są po nim odbite od nasady, puszyste i miękkie. Mimo tego, że zawsze używam odżywki lub maski, raz postanowiłam zrobić eksperyment i po umyciu nałożyłam tylko olejek na końcówki. Włosy dobrze się układały, ładnie się błyszczały. Szampon zapewnia świeżość mojej fryzurze na 2-3 dni w zależności czy noszę kucyk, czy rozpuszczone. myślę jest to bardzo dobry wynik.


Odżywkę nakładam po myciu na kilka minut, jak wiecie mam włosy do pasa, więc trochę produktu potrzebuję na jedno użycie. Kosmyki bardzo dobrze chłoną kosmetyk. Podczas spłukiwania można zauważyć, że włosy są wygładzone, łatwo się rozczesują. Po wyschnięciu pięknie się błyszczą, są miękkie i puszyste. Odżywka delikatnie nawilża włosy, jednak nie jest to jakiś spektakularny efekt. Nie wymagam jednak tego od niej, ponieważ w tym celu stosuję maski. Produkt nie obciąża kosmyków, nawet jeśli nałożyłam jej trochę więcej. Używam jej zarówno z szamponem z tej samej serii jak i z innym i jestem zadowolona. Nie stosuję jej jednak co każde mycie, ponieważ nakładam ją naprzemiennie z maską.


Jeśli chodzi o wydajność, to jest ona w porządku. U mnie produkty dobijają już dna, a stosuję je od początku października, chociaż tak jak pisałam czasem sięgałam po inne kosmetyki. Zaznaczam jednak, że moje włosy są długie i gęste, więc produkty szybciej się u mnie kończą.
Każdy z tych produktów kosztuje około 20 zł, ale można dorwać je też taniej. Moim zdaniem warto wypróbować!


Znacie serię kosmetyków Cameleo Detox? Lubicie ?

poniedziałek, 29 października 2018

Kolorówka Wet n Wild

O kosmetykach kolorowych marki Wet n Wild słyszałam wiele dobrego, szczególnie na temat podkładu, ale jakoś zawsze nie było mi po drodze, aby go wypróbować. Kilka miesięcy temu podczas wizyty w Naturze skusiłam się na korektor i zakochałam się w nim od pierwszego użycia, już wtedy wiedziałam że nie będzie to ostatni produkt z tej marki jaki trafi do mojej kosmetyczce. Ucieszyłam się kiedy jakiś czas temu dostałam propozycję przetestowania kilku produktów tej marki i czekałam na paczkę. Produkty używałam już wiele razy, więc myślę że jest to idealny moment, aby napisać o nich coś więcej.


W paczce znalazłam cztery produkty, a dokładnie : Poczwórne cienie do powiek Walking On Eggshells, Rozświetlacz w płynie Hallo Goodbye, Tusz do rzęs Lash Renegade, Bazę pod cienie Photo Focus. W oko od razu wpadła mi mascara, albo raczej jej opakowanie, trochę inne niż wszystkie oraz rozświetlacz. Byłam bardzo ciekawa jak się spiszą, więc trafiły w widoczne miejsce, abym mogła po nie sięgać podczas wykonywania makijażu.


Tusz do rzęs otrzymujemy w czarno żółtym opakowaniu, jest ono bardziej kanciaste niż standardowe mascary. Łatwo się go odkręca, radzi sobie z tym nawet mój dwuletni synek, który ostatnio też chciał go wypróbować. Posiada sylikonową szczoteczkę w kształcie takiej jakby klepsydry. Początkowo musiałam się do niej przyzwyczaić, ponieważ ta kuleczka na czubku trochę mi przeszkadzała. Szczoteczka nabiera odpowiednią ilość tuszu, nie jest on ani za suchy, ani za mokry, od razu można go używać. 


Szczoteczka bardzo dobrze rozczesuje rzęsy. Ładnie je pogrubia i delikatnie wydłuża, nie są jednak posklejane, jak to często niestety bywa. Tusz nie daje efektu sztucznych rzęs, jak dla mnie jest on idealny do codziennych makijaży, bo na większe wyjścia lubię jednak mocniejszy efekt. W ciągu dnia nie kruszy się, ani nie osypuje, nie muszę się martwić, że nagle będę wyglądać jak panda z ciemnymi plamami pod oczami. Tusz łatwo usuwa się za pomocą płynu micelarnego lub dwufazowego. 


Paletka Walking On Eggshells składa się z czterech cieni do powiek, jeden matowy pozostałe trzy satynowe, błyszczące. Wykonana jest z delikatnego, przeźroczystego plastiku, łatwo się otwiera i zamyka. Plusem dla mnie jest to, że nie muszę zaglądać do środka, aby zobaczyć jakie kolory się w niej kryją. Na tylnej części opakowania mamy małe podpowiedzi na jaki obszar powieki nałożyć dany cień. Kolorystyka palety beżowo brązowa, idealna do codziennych makijaży, ale oczywiście nada się również na większe wyjścia, jeśli ktoś lubi delikatne odcienie na powiekach.


Cienie mają dobrą pigmentacje, ale i tak zawsze nakładam je na bazę, więc jest jeszcze lepiej. Dobrze się ze sobą łączą, ale nie robią plamy w jednym kolorze. Wiadomo, że są to delikatne odcienie, więc raczej nikt krzywdy nie powinien sobie nimi zrobić. Kiedy nabieram je na pędzelek trochę się pylą, jednak podczas nakładania na powiekę nie osypują się. 


Baza pod cienie Photo Focus umieszczona jest w tubce, która dodatkowo włożona jest w kartonik. Pod nakrętką znajduje się mały dzióbek, dzięki czemu można wydobyć odpowiednią porcję bazy. Ma ona postać gęstego kremu, wystarczy malutka ilość na jedną powiekę. Baza ma lekko beżowy kolor, ładnie wyrównuje koloryt i delikatnie rozjaśnia skórę. Według producenta można stosować ją właśnie jako bazę pod cienie lub solo. 



Baza bardzo dobrze podbija pigmentacje cieni, próbowałam z różnymi markami i każdym przypadku byłam zadowolona. Cienie dobrze się na niej rozcierają, nie robią plam. Baza przedłuża trwałość, makijaż trzyma się na niej bez zarzutu wiele godzin, przetrwa nawet całonocną zabawę. Produkt sprawdza się zarówno do makijażu dziennego, jak i wieczorowego. Jest bardzo wydajna, podejrzewam że wystarczy mi jeszcze na długo.



Jeśli chodzi o rozświetlacze to najczęściej sięgam po te prasowane, jednak w swojej kolekcji mam również płynne, Hello Halo jest właśnie tym drugim typem. Umieszczony jest on w małym opakowaniu o pojemności 15 ml. Aplikuje się go za pomocą takiej trochę większej pacynki jak w przypadku błyszczyków. Łatwo się go rozprowadza i rozciera, dobrze współpracuje z podkładami, nie robi w nich dziur. Rozświetlacz tworzy taflę błysku, ale nie jest to taki chamski brokat jak niestety czasem bywa. Efekt ten możemy sobie stopniować nakładając mniej lub więcej produktu. Polubiłam się z nim, jednak mimo wszystko jednak wolę prasowane rozświetlacze. 



Znacie kosmetyki Wet n Wild? Lubicie?

Miłego dnia! :)