Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

czwartek, 10 października 2019

Odżywka do włosów Olejek Rycynowy i Migdał, Garnier Botanic Therapy

Lubię kosmetyki do włosów Garniera, jedne sprawdzają się u mnie świetnie, inne trochę gorzej, ale zawsze chętnie po nie sięgam i testuje nowości. Odżywkę do włosów Olejek Rycynowy i Migdał z serii Botanic Therapy kupiłam na spontanie, akurat byłam na wakacjach, a kosmetyk który miałam ze sobą okazał się porażką, więc musiałam zaopatrzyć się w coś nowego. Dobrze, że w pobliżu był Rossmann, akurat ta była w jakiejś promocji, więc stwierdziłam, że to dobra okazja aby ją wypróbować. Czy moje włosy się z nią polubiły? O tym w dalszej części.


Odżywka umieszczona jest w takiej płaskiej butelce wykonanej z plastiku o pojemności 200 ml. Zamknięcie typu flip-top nie sprawia problemu zarówno przy mokrych dłoniach jak i długich paznokciach. Spokojnie można zabrać ją ze sobą w podróż bez obawy, że się otworzy i zawartość pobrudzi nam bagaż. Butelka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się z niej. Otwór ma odpowiednią wielość, bez problemu można z niej wydobyć tyle odżywki ile jest nam potrzebne. Szata graficzna prosta, a zarazem ładna, utrzymana w kremowo wiśniowej kolorystyce. Na opakowaniu można znaleźć informacje na temat kosmetyku, sposób użycia oraz skład.

Konsystencja jest gęsta, kremowa. Łatwo rozprowadza się na włosach. Zapach przyjemny, słodki, jakby lekko perfumowany. Utrzymuje się on jakiś czas na pasmach, jednak jest na tyle delikatny, że nie przeszkadza, ani nie gryzie się z perfumami. 


Odżywkę nakładam dość hojnie na umyte i lekko osuszone włosy ręcznikiem, zostawiam na kilka minut i dokładnie spłukuję. Już podczas zmywania, można poczuć że pasma są wygładzone, delikatne w dotyku, nie ma problemu z ich rozczesaniem. Po wyschnięciu jest jeszcze lepiej, włosy są mięciutkie, ładnie się układają i są podatne na stylizacje. Kosmyki pięknie się błyszczą i zdrowo się prezentują. Odżywka delikatnie nawilża, jednak nie jest to taki efekt jak w przypadku masek. Pomimo tego, że nakładam jej dość sporo, włosy są sypkie, nie przetłuszczają się szybciej niż zwykle. 

Jeśli chodzi o wydajność, to mi wystarczyła na na około 8-10 użyć, ale mam dość długie włosy i tak jak wspominałam wcześniej, nie żałuje sobie ilości podczas aplikacji. W przypadku krótszych włosów pewnie starczy na dłużej. Za odżywkę trzeba zapłacić około 10-12 zł, na promocji można dorwać ją taniej. Moim zdaniem jest to bardzo przyjemny kosmetyk, chętnie wypróbuję inne wersję odżywek z serii Botanic Therapy. 


Lubicie kosmetyki Garnier? Znacie serię Botanic Therapy?

środa, 9 października 2019

Książka na wieczór: Zjazd absolwentów, Guillaume Musso

Jesienne, długie wieczory to idealny moment aby schować się pod kocyk z gorącą czekoladą lub herbatą z miodem i książką. Co prawda ja teraz częściej siedzę z nosem w notatkach czy podręcznikach, ale wcale to nie jest dla mnie jakaś katorga, bo poszerzam wiedzę o to co naprawdę mnie interesuje, ale o tym to innym razem. Ostatnio niestety narobiłam sobie trochę zaległości jeśli chodzi o recenzowanie książek, a szkoda, ponieważ mam naprawdę kilka fajnych perełek które warto przeczytać. 

Dzisiaj o jednej z nich, a dokładnie Zjazd absolwentów, której autorem jest Guillaume Musso. Jest to pierwsza jego książka jaką miałam okazję przeczytać, wcześniej nie był mi znany. Teraz jednak śmiało mogę powiedzieć, że na pewno sięgnę też inne.


O książce:
Tytuł: Zjazd absolwentów
Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 320
Data premiery: 31 lipca 2019
Kategoria: literatura obyczajowa, romans


Dziewczyna, która znika w nocy.
Przyjaciele związani tragiczną tajemnicą.
Powrót do miejsca, w którym wszystko się zaczęło…
Riwiera Francuska – zima 1992 roku.
W mroźną noc, gdy kampus liceum zostaje sparaliżowany przez burzę śnieżną, dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell, jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole, ucieka z nauczycielem filozofii, z którym ma potajemny romans. Dla nastoletniej dziewczyny miłość oznacza wszystko albo nic. Nikt już nigdy jej nie zobaczy.
Riwiera Francuska – wiosna 2017 roku.
Kiedyś nierozłączni Thomas i Maxime – najlepsi przyjaciele Vinki – nie kontaktowali się ze sobą od czasów szkolnych. Spotykają się dopiero na zjeździe absolwentów. Zaraz po nim szkoła ma zostać rozebrana. Thomas i Maxine wiedzą, że w budynku ukryte są zwłoki. I że wkrótce nic już nie stanie na przeszkodzie, by prawda wyszła na jaw.

Książka jest jedną z tych po którą kiedy już się sięgnie to ciężko się oderwać. Interesująca fabuła sprawia, że w głowie co chwili pojawiał się nowy pomysł na zakończenie. Kiedy już myślałam, że wiem co będzie dalej pojawiały się kolejne poszlaki i musiałam kombinować od nowa. Muszę przyznać, że lubię takie książki, przynajmniej wiem, że coś się dzieje, a fabuła nie ciągnie się jak flaki z olejem. "Zjazd absolwentów" trzeba czytać ze skupieniem, ponieważ akcja częściowo rozgrywa się w roku 2017, a częściowo w 1992, mi to nie przeszkadza, ale wiem, że niektórzy nie przepadają za takim przeskakiwaniem w przeszłość. 

Książka przenosi nas na południe Francji, gdzie w jednej ze szkół organizowany jest zjazd absolwentów. Jedną z osób, które pojawiają się na tym wydarzeniu jest Thomas, popularny pisarz, który skrywa pewien sekret ze szkolnych lat. W 1992 roku był on zakochany w Vince, która w mroźną zimową noc nagle ginie. Według plotek uciekła z jednym z nauczycieli i ślad po nich zaginął, ale czy tak było naprawdę? Co naprawdę wydarzyło się tamtej zimy? Dlaczego u Thomasa powrót do szkoły wywołuje niepokój?

Nie chcę Wam za dużo zdradzać, bo to jednak nie o to chodzi, żeby poznać całą fabułę przed rozpoczęciem czytania. Mogę jednak powiedzieć, że książka jest świetna, bardzo mi się spodobała i mogę ją polecić. 


Co aktualnie czytacie?

wtorek, 8 października 2019

Genialny fixer za niespełna 20 zł, czy to możliwe?

Od jakiegoś czasu makijaż zarówno na co dzień jak i na większe wyjścia typu wesela czy osiemnastki wykonuję sama. Byłam kilka razy u profesjonalistek, niestety nigdy nie byłam w stu procentach zadowolona, zawsze miałam jakieś ale, a ostatni make-up jaki robiła mi dyplomowana wizażystka to była całkowita porażka. Wydałam ponad 100 zł, a po powrocie do domu miałam ochotę to wszystko zmyć, jednak nie było na to czasu. Straciłam zaufanie, makijaż wolę zrobić sama, chociaż nie jest idealnie to przynajmniej wiem, że będę się dobrze czuła. 
Długo szukałam dobrego fixera, który sprawdzi się właśnie na większe wyjścia i sprawi, że mój makijaż będzie trzymał się bez zarzutu przez wiele godzin. Próbowałam już wielu, dobrze sprawdzały się u mnie spraye z Avonu, Bielendy czy Wibo, ale jednak czegoś mi brakowało. W lipcu podczas zakupów w jednej z drogerii internetowej do wirtualnego koszyka trafił Make-up Fixing Spray z Golden Rose. Czytałam o nim sporo dobrego i po raz pierwszy użyłam go przy wykonywania makijażu na osiemnastkę, miał wysoko podniesioną poprzeczkę, ponieważ wtedy akurat panowały upały. Czy sobie poradził? Czy fixer za niespełna 20 zł może okazać się ideałem?


Fixer otrzymujemy w buteleczce o pojemności 120 ml wykonanej z granatowego, półprzeźroczystego plastiku. Bez problemu można zobaczyć ile kosmetyku jest jeszcze środku. Opakowanie wyposażone jest w atomizer, który wydobywa delikatną mgiełkę. Podczas użytkowania nie zacina się, ani nie pluje produktem. Szata graficzna prosta, bez udziwnień, ładnie prezentuje się na toaletce. Na butelce możemy znaleźć informacje na temat produktu, sposób użycia w języku angielskim oraz skład. Na moim egzemplarzu była też naklejka z polskim tłumaczeniem, niestety bardzo szybko wyblakła i teraz ciężko cokolwiek z niej rozczytać.

Spray ma wodnistą konsystencje. Zapach przyjemny, kwiatowy, wyczuwalny jest podczas aplikacji, później się ulatnia. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie to zaskoczyło, ponieważ większość fixerów niestety nie pachnie zbyt ładnie. 



Kosmetyk aplikuje na wykończony makijaż, na jedną aplikacje wystarczają 3-4 pompki. Fixer pięknie scala wszystkie warstwy makijażu, zdejmuje efekt pudrowości. Zapewnia delikatnie świetliste, naturalne wykończone. Produkt bardzo dobrze utrwala makijaż, przedłuża jego trwałość. Przetestowałam go zarówno na co dzień jak i na większe wyjścia, dał radę na osiemnastkę w czasie upałów jak i również na weselu i całonocnej zabawie. Make-up trzymał się bez zarzutu, nic się nie ścierało, jedynie strefa T delikatnie się świeciła, ale u mnie to norma. Warto również wspomnieć, że do tego makijażu nie użyłam jakiś drogich kosmetyków, większość pochodziło z drogerii, czyli łatwo dostępne, niezbyt drogie produkty. Spray nie powoduje uczucia ściągnięcia, ani nie wysusza skóry, nawet przy codziennym stosowaniu. 

Fixer jest bardzo wydajny, z opakowania ubywa powoli. W moim przypadku na pewno wystarczy na kilka miesięcy. Używam go za każdym razem kiedy się maluje, nie jest to jednak codziennie, ponieważ nie czuję potrzeby chodzenia po domu w makijażu. Kosmetyk można kupić za mniej niż 20 zł, więc za taką cenę naprawdę warto wypróbować. Polecam!


Znacie fixer z Golden Rose? Stosujecie tego typu produkty? Macie swojego ulubieńca?

poniedziałek, 7 października 2019

Odżywczy olejek do demakijażu, Nature Queen

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o olejkach do demakijażu byłam nastawiona sceptycznie, jakoś nie wyobrażałam sobie myć twarz czymś tłustym. Myślałam, że skóra będzie słabo oczyszczona, pory będą się zapychać, pojawią się wypryski. Jednak kiedy metoda ta zyskała na popularności postanowiłam, że spróbuję i co? Okazało się, że wszystkie moje obawy były nie potrzebne i od tego czasu sięgam po nie regularnie. 

W ostatnim czasie testuję Odżywczy olejek do demakijażu z Nature Queen o którym mowa będzie właśnie w dzisiejszym wpisie. Osoby, które śledzą mnie dłuższy czas wiedzą, że bardzo lubię tą markę, ich kosmetyki dobrze się u mnie sprawdzają. A jak jest w przypadku olejku? Czy spełnił on moje oczekiwania?


Olejek umieszczony jest w buteleczce wykonanej z przyciemnianego plastiku o pojemności 150 ml. Jest mała, zgrabna, nie zajmuje dużo miejsca, więc spokojnie można zabrać go ze sobą w podróż. Opakowanie wyposażone jest w pompkę, która wydobywa odpowiednią ilość kosmetyku. Niestety co jakiś czas zdarza się jej zaciąć przez co pluje zawartością i zamiast na dłoni może ona wylądować metr dalej. Nie wiem czy trafił mi się jakiś felerny egzemplarz czy one już tak mają, no ale cóż. Szata graficzna prosta, ale mi się podoba, ładnie prezentuje się w łazience. Na etykiecie możemy znaleźć informacje na temat olejku, sposób użycia oraz skład.

Konsystencja rzadka, tłusta, jak to na olejek przystało. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zapach dziwny, typowy do olejów, na szczęście szybko się ulatnia i podczas rozprowadzania na twarzy nie jest już wyczuwalny.


Olejek używam wieczorem, najczęściej w dni kiedy na mojej twarzy gości mocniejszy make-up. 1-2 pompki kosmetyku nakładam na twarz i zaczynam delikatny masaż, najczęściej trwa on dwie/trzy minuty. Następnie opłukuje skórę ciepłą wodą i dla pewności stosuję jeszcze żel lub piankę do mycia twarzy. Wtedy czuję, że moja buźka jest porządnie oczyszczona. Kilka razy zrezygnowałam z tego ostatniego kroku jednak brakowało mi uczucia odświeżenia, miałam wrażenie, że coś jeszcze zostało na skórze.
Produkt bardzo dobrze rozpuszcza zarówno makijaż twarzy jak i oczu, podkład, puder czy tusz do rzęs nie są mu straszne. Olejek radzi sobie również kosmetykami wodoodpornymi. Jest on delikatny, a zarazem skuteczny, nie wymaga pocierania skóry. Produkt nie podrażnia, nie uczula, ani nie wywołuje łzawienia oczu. Skóra po demakijażu jest miękka i delikatna, nie jest wysuszona czy ściągnięta. 


Wydajność produktu jest bardzo dobra, tak jak wspomniałam wcześniej na jedną aplikacje wystarczają 1-2 pompki kosmetyku. Spokojnie wystarczy na 2-3 miesiące, albo i dłużej regularnego stosowania. Kosmetyk należy zużyć w przeciągu 6 miesięcy od otwarcia, ale przy codziennym stosowaniu nie będzie to problemem. 
Koszt tego olejku w sklepie Nature Queen to 40,70 zł. Nie jest to jakaś wysoka kwota patrząc na działanie i wydajność. Jeśli więc lubicie olejki do demakijażu warto się na niego skusić.


Lubicie taką metodę zmywania makijażu? Macie swój ulubiony olejek do demakijażu?

niedziela, 6 października 2019

Szampon do włosów suchych i zniszczonych Nourishing Oil Care, Dove

Markę Dove zna każdy doskonale, ich produkty na rynku są od dawna i podejrzewam, że każdy z Was miał chociażby jeden ich kosmetyk. Ja kiedyś bardzo często sięgałam po żele pod prysznic, lubię też balsamy oraz serię dla dzieci. Do produktów do włosów podchodziłam dość sceptycznie, obawiałam się czy moja skóra głowy dobrze na nie zareaguje, czy włosy nie będą obciążone. Postanowiłam jednak się przekonać i zabrałam się za testy szamponu do włosów suchych i zniszczonych Nourishing Oil Care. Jak się sprawdził? O tym przeczytacie w dalszej części.


Szampon otrzymujemy w buteleczce lekko zwężanej ku górze wykonanej z kremowego plastiku. Zamknięcie typu flip-top bez problemu się otwiera, nawet przy długich paznokciach, a średniej wielkości otwór ułatwia wydobywanie zawartości. Kosmetyk występuje w dwóch pojemnościach, a dokładnie 250 ml oraz 400 ml, ja posiadam tą pierwszą. Na tylnej części butelki umieszczona jest etykieta składająca się z dwóch stron na której można znaleźć informacje na temat produktu, sposób użycia, oraz skład. Szata graficzna skromna, prosta, bez żadnych udziwnień. Mi się podoba, chociaż trzeba przyznać, że nie wyróżnia się jakoś szczególnie ze sklepowej półki. 

Konsystencja szamponu jest kremowa, niezbyt gęsta. Zapach przyjemny, jakby lekko kwiatowy. W opakowaniu jest on dość mocny, jednak w kontakcie z wodą staje się delikatniejszy. Aromat unosi się w łazience podczas mycia i jakiś czas po nim, na włosach się nie utrzymuje.


Szampon w kontakcie z wodą bardzo dobrze się pieni, wystarczy niewielka ilość na jedno użycie. Piana bez problemu wypłukuje się z włosów. Produkt bardzo dobrze oczyszcza pasma zarówno z wszelkiego rodzaju zabrudzeń jak i z kosmetyków do stylizacji. Włosy są pięknie odbite od nasady, można je łatwo rozczesać nawet bez użycia odżywki czy maski, chociaż ja i tak zawsze je nakładam. Kosmyki zachowują świeżość standardowo u mnie czyli przez 2-3 dni, potem wymagają ponownego umycia. Szampon nie podrażnił mojej skóry głowy, ani nie wywołał łupieżu. 
Nie jestem bardzo wymagająca jeśli chodzi o tego typu produkty, ale muszę przyznać że ten jest bardzo dobry, spełnia wszystkie moje oczekiwania i jestem skłonna do niego kiedyś wrócić.


Szampon jest bardzo wydajny, tak jak wspomniałam już wcześniej, wystarczy niewielka ilość na umycie moich długich włosów. Nie jestem wstanie określić jednak na ile dokładnie mi wystarczył, ponieważ co jakiś czas sięgałam też po inne szampony, a także widziałam że podbierała mi go mama. Jeśli chodzi o cenę to za opakowanie 250 ml trzeba zapłacić około 12 zł, a za 400 ml 16-17 zł, często można je jednak spotkać w promocji. 


Lubicie kosmetyki Dove? Znacie ich szampony?

sobota, 5 października 2019

Żele pod prysznic #5: Le Petit Marseiliais, Balea, Isana

Jeszcze jakiś czas temu w mojej łazience były właściwie same żele Isana, bardzo je lubiłam, jednak znudziły mi się i ostatnio nawet nowe wersje, które pojawiają się w Rossmannie mnie nie kuszą. Teraz chętnie kupuję inne, ale też staram się zużywać zapasy, które zrobiły się spore, bo przecież każda nowy wariant musiał wylądować w moim koszyku. 
W dzisiejszym wpisie słów kilka postanowiłam napisać o żelach z trzech firm, dokładnie Le Petit Marseiliais, Balea oraz Isana. Jesteście ciekawi? To zapraszam do dalszego czytania.


Żel pod prysznic Biała Brzoskwinia i Nektarynka z Le Petit Marseiliais umieszczony jest w plastikowej buteleczce o pojemności 250 ml, ale dostępna jest również wersja 400 ml. Opakowanie zamknięte na zatrzask, łatwo się otwiera, lecz jest na tyle szczelne, że spokojnie można zabrać kosmetyk w podróż. Konsystencja żelowa, gęsta, świetnie się pieni, dlatego wystarczy niewielka ilość do umycia całego ciała. Dużym plusem tego produktu jest zapach, no po prostu cudo, przyjemny brzoskwiniowy, naturalny aromat unosi się w łazience jeszcze jakiś czas po kąpieli. Żel dobrze oczyszcza i odświeża skórę. Nie wysusza jej ani nie podrażnia. Kosmetyk jest łatwo dostępny, można go kupić w wielu drogeriach i marketach, za 250 ml trzeba zapłacić około 9-10 zł.


Jak już jestem przy pięknie pachnących kosmetykach to przejdę do żelu pod prysznic Love Melon! z Balea. Zakochałam się w nim właściwie od pierwszego powąchania, kojarzy mi się z latem, taki słodki arbuz bez sztucznych aromatów. Fani tego owocu na pewno będą zadowoleni. Niestety jest to zapach, który wyczuwalny jest tylko podczas mycia, później się ulatnia. Żel umieszczony jest w plastikowej butelce o przepięknej, kolorowej szacie graficznej, która rzuca się w oczy. Opakowanie jest wygodne w użyciu, nie wyślizguje się z ręki, łatwo wydobywa się zawartość. Kosmetyk ma żelową konsystencje, w połączeniu z wodą tworzy przyjemną pianę. Produkt oczyszcza i odświeża ciało z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Nie zauważyłam, żeby wysuszał skórę, chociaż teraz staram się i tak po każdej kąpieli stosować balsam. 
Niestety w Polsce ciężko jest w dostępnością kosmetyków Balea, warto ich szukać w sklepikach z niemiecką chemią ja właśnie w takim się w nie zaopatruje. Za żel o pojemności 300 ml zapłaciłam 5,50 zł, więc cena spoko, chociaż wiem, że w DM można kupić je taniej.


Ostatnim żelem pod prysznic w tym zestawieniu jest Rainbow Cake z Isany, myślę że już każdy o nim słyszał, bo jakiś czas temu był bardzo popularny. Umieszczony jest on w standardowych dla tej marki opakowaniach, szata graficzna przyciąga oko szczególnie fanów słodkości. Zamknięcie typu flip-top nie sprawia problemów, łatwo się otwiera. Producent mówi, że jest to żel o zapachu puszystego ciasta tęczowego, brzmi cudownie, jednak w praktyce jest trochę gorzej. Aromat jest mocno słodki, mdły, przy dłuższym stosowaniu staje się męczący. Nie lubię marnować kosmetyków, więc używałam go co jakiś czas w chłodne wieczory. Na szczęście nie jest on jakoś bardzo wydajny, słabo się pieni. Najczęściej stosuję żele na myjkę dzięki czemu zużywam mniejszą ilość kosmetyku, jednak tym razem stosowałam go bezpośrednio na ciało. Żel dobrze oczyszcza skórę z różnych zabrudzeń, nie wysusza jej. Produkt kosztuje około 4 czy 5 zł, była to wersja limitowana, chociaż chyba jeszcze jest dostępny, ponieważ ostatnio widziałam go w Rossmannie. 


Znacie któryś z tych żeli? Jaki żel pod prysznic aktualnie używacie?

piątek, 4 października 2019

Denko Wrzesień 2019

Dawno na moim blogu nie pojawiał się wpis z denkiem, powiem Wam szczerze, że na jakiś czas odpuściłam odkładanie pustych opakowań, wszystko lądowało w koszu. Postanowiłam jednak wrócić do tego, a dlaczego? Ponieważ mam wtedy większy pogląd na to ile zużyłam i ile przybyło w danym miesiącu oraz na co ewentualnie mogę sobie pozwolić podczas zakupów w drogerii. Zazwyczaj jest tak, że więcej przybywa, no ale cóż, mam nadzieję że kiedyś uda mi się to zmienić. A Wy odkładacie puste opakowania? Lubicie wpisy z denkiem?

We wrześniu ilość pustych opakowań nie powala, wręcz bym powiedziała że jest kiepsko, bo tylko 11 sztuk w tym tylko cztery maseczki. Niestety ostatnio zaniedbałam ich stosowanie i koniecznie muszę się poprawić w październiku.


1. Żel pod prysznic Rainbow Cake, Isana - kiedy ta wersja pojawiła się w Rossmannie zrobił się szał na instagramie, sama więc zapragnęłam go mieć, niestety wielkiej miłości nie było. Co prawda żel spełniał swoje zadanie, czyli dobrze oczyszczał i nie wysuszał, ale niestety na dłuższą metę słodki, mdły zapach był męczący.

2. Żurawinowy żel pod prysznic Lovely, Isana - kolejny żel z Isany tym razem w tubce. Całkiem przyjemny kosmetyk, miał śliczny żurawinowy zapach. Dobrze oczyszczał i nie wysuszał skóry. Minusem okazała się wydajność, żel szybko ubywał z opakowania. 

3. Żel do golenia z masłem shea Satin Care, Gillette - dobry żel do golenia, spełniał swoje zadanie. Zmiękczał włoski, zapewniał odpowiedni poślizg maszynce, nie wysuszał skóry. Lubię żele do golenia z tej marki, chętnie do nich wracam.

4. Antyperspirant Sexy Bouquet, Rexona - moje ulubione antyperspiranty, zmieniam tylko wersję. Sexy Bouquet miała delikatny, kwiatowy zapach, który nie gryzł się z perfumami. Dobrze chronił przed poceniem i nieprzyjemnym zapachem. 


5. Woda micelarna z naturalną wodą kokosową Botanical Flow, Delia (recenzja) - kosmetyk, który już dawno powinien trafić do denka, ale nie wiem czemu kiedy zostało go na dnie włożyłam go do szafki i zapomniałam. Kosmetyk świetnie radził sobie z demakijażem zarówno twarzy jak i oczu. Nie podrażniał, ani nie wysuszał. Dodatkowo bardzo ładnie pachniał naturalnym kokosem.

6. Żel do mycia twarzy Glow Tonik Cleansing Gel, Pixi (recenzja) - kolejny kosmetyk, którego resztka zalegała w łazience. Po tym produkcie spodziewałam się czegoś lepszego, ale no cóż, nie zachwycił mnie. Niby dobrze oczyszczał skórę, jednak brakowało mi odświeżenia. Po za tym po spłukaniu pozostawiał uczucie ściągnięcia, buzia prosiła się o dawkę nawilżenia.

7. Szampon oczyszczający Aktywny Węgiel i Melisa, Alterra (recenzja) - dobry szampon do stosowania raz na jakiś czas, kiedy włosy potrzebują porządnego oczyszczenia. Dobrze się pienił, nie plątał pasm przy myciu. Niestety przy częstszym użytkowaniu wysuszał skórę głowy i powodował jej swędzenie. 


8-11. Maseczki do twarzy Lirene, Ziaja, Images
O maseczkach niedługo pojawi się zbiorczy post, więc nie będę się tutaj dużo rozpisywać. Genialnymi maseczkami okazała się Oczyszczająca z zieloną glinką z Lirene oraz Uspokajająca z Ziaji. Niestety znalazł się również bubel, a dokładnie Regenerująca z olejkiem rozmarynowym z Lirene, była to maska algowa. Mój stan cery pogorszył się po niej, skóra była wysuszona, pojawiły się drobne wypryski. 


A jak tam Wasze wrześniowe denka?