Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

wtorek, 9 kwietnia 2019

Co warto kupić na promocji -55% w Rossmannie?

Dostałam na Instagramie wiele wiadomości dotyczących tego co polecam kupić na najbliższej promocji w Rossmannie. Stwierdziłam, że zrobię taki wpis na blogu, być może komuś pomogę w wyborze kosmetyków. Jak już pewnie wiecie promocja rusza w piątek 19 kwietnia tuż przed świętami. Z tego co mi wiadomo niektóre osoby, będą mogły skorzystać z niej wcześniej, bo już od 16 kwietnia. Osoby te zostaną poinformowane w aplikacji o tym, że mają tzw. status VIP. Nie wiem jednak na jakiej zasadzie są oni wybierani, pewnie są to najaktywniejsi członkowie Klubu Rossmann. 
Skorzystać z niej mogą wszyscy członkowie Klubu Rossmann, nie ma jednak jeszcze regulaminu, więc nie wiem czy tak jak poprzednio będzie można skorzystać 3 razy, czy mniej. Promocja wynosi -55%  od ceny regularnej, przy zakupie minimum trzech różnych produktów. 
Nie wiem, czy będę z niej tym razem z niej korzystać, chociaż przyznaję, że kusi mnie kilka nowości. W tym wpisie skupię się jednak na produktach, które sama używałam i mogę śmiało polecić. Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam na dalszą część wpisu.



Zacznijmy od podkładów, u mnie w ostatnim czasie królują te Bourjois, które idealnie sprawdzają się na co dzień. Healthy Mix (recenzja) zapewnia świeży i naturalny wygląd przez wiele godzin. Co prawda nie ma mocnego krycia, ale ładnie wyrównuje koloryt i ukrywa drobne niedoskonałości. Na ostatniej promocji skusiłam się dzięki dobrym opiniom na Krem BB Healthy Mix (recenzja) okazało się, że jest tak samo dobry jak podkład, a nawet lepszy. Krem ma większe krycie niż podkład, trzeba go jednak dobrze przypudrować, aby trzymał się cały dzień na twarzy. Moim najnowszym odkryciem z tej marki okazał się Podkład 123 Perfect, ma o wiele silniejsze krycie niż powyższy. Na co dzień wystarczy, że nałożę cienką warstwę produktu. Zastyga do matu, zauważyłam że nawet nie muszę używać pudru, jedynie pod oczy aby utrwalić korektor.  Kolejnym podkładem idealnym na co dzień, lecz już jednak trochę cięższym jest Stay Matte z Rimmel, ma on konsystencje musu i moim zdaniem najlepiej rozprowadza się palcami. Dobrze kryje niedoskonałości, a przypudrowany utrzymuje się cały dzień. Trzeba jednak pamiętać o dobrym nawilżeniu skóry, ponieważ zdarza mu się podkreślać suche skórki.Ostatnim już podkładem jaki polecam z drogerii Rossmann to Revlon Colorstay, który idealnie sprawdzi się na większe wyjścia. Testowałam go już do makijaży na wesela, osiemnastki i za każdym razem byłam zadowolona. Podkład świetnie kryje nie tworząc przy tym efektu maski. Trzyma się bez zarzutu przez wiele godzin, ewentualnie trzeba przypudrować go w ciągu imprezy w strefie T, ale to normalne. Niestety szafa Revlonu nie jest dostępna w każdym Rossmannie.

Długo zastanawiałam się nad tym, czy mogę polecić jakiś korektor z tej drogerii i doszłam do wniosku, że tak, ale tylko jeden. Jest to produkt marki Rimmel, a dokładnie Korektor Match Perfection. Używałam go pod oczy, ładnie kryje cienie i nie wchodzi w zmarszczki. Może być też wykorzystywany do konturowania i rozjaśniać wybrane obszary. 

W przypadku pudrów oczywiście musiał się tu znaleźć wszystkim dobrze znany i niezastąpiony Puder prasowany Stay Matte, Rimmel. Wiem, że ma on wielu przeciwników, jednak dla mnie to jest must have i zawsze muszę mieć go w swojej kosmetyczce. Dobrze utrwala podkład i korektor. Zapewnia zmatowienie na wiele godzin bez efektu maski. Na Bananowy puder sypki z Wibo szał już trochę ustał, jednak moim zdaniem warto na niego zwrócić uwagę, tym bardziej że na promocji zapłacimy za niego dosłownie kilka złotych. Puder w żółtawym odcieniu idealnie sprawdza się pod oczy, utrwala korektor, wzmacnia jego krycie. Ostatnio również zaczęłam stosować go na całą twarz i jestem zadowolona. 
Puder Mineral Loose Powder z Lovely to kolejne moje niedawne odkrycie. Pięknie stapia się z podkładem i zapewnia długotrwała zmatowienie, nawet w strefie T, która lubi się u mnie przetłuszczać. Nadaje się również pod oczy, ale w niewielkich ilościach, bo jeśli się z nim przesadzi to podkreśla lekko zmarszczki.



Większość z Was pewnie tak samo jak ja pod makijaż zawsze nakłada bazę u mnie aktualnym ulubieńcem jest Nawilżająca baza pod makijaż, Bielenda Glow Essence, o której zresztą pisałam wczoraj (recenzja). Baza ma postać kolorowych perełek, które w połączeniu nawilżają cerę, wyrównują koloryt i zapewniają skórze zdrowy blask. Podobne działanie ma Odżywczy primer i serum do twarzy 2w1 Unicorn Tears z Wibo, z tym że ma dość słodki, budyniowy zapach, co nie każdemu odpowiada. Dobrze sprawdza się właśnie jako baza pod makijaż, jako serum jest za słabe. Na większe wyjścia najlepiej sięgnąć po coś bardziej wygładzającego, czyli Kaszmirową bazę do każdego rodzaju cery Cashmere. Jest to baza sylikonowa, więc nie nadaje się do codziennego stosowania, ponieważ może zapychać. Na większe wyjścia jest u mnie jednak niezastąpiona. Świetnie wygładza, dobrze współgra z podkładem i przedłuża jego trwałość.  

Po utrwalacze do makijażu nie sięgam codziennie, tylko na większe wyjścia, jednak zdążyłam już kilka przetestować. Na promocji śmiało polecam zaopatrzyć się w Mgiełkę do utrwalania makijażu Fixer mist, Bielenda. Scala ze sobą wszystkie warstwy makijażu, usuwa pudrowy efekt ze skóry. Mgiełka sprawia, że makijaż wygląda dobrze przez wiele godzin.

Jeśli szukacie bronzera w neutralnym odcieniu i rozświetlacza o szampańskim kolorze to warto przyjrzeć się bliżej Palecie do konturowania Light, Wibo. Co prawda nie polubiłam się z różem, jest dla mnie za bardzo błyszczące, jednak dwa pozostałe wkłady jak dla mnie są idealne. Bronzer ładnie wygląda na skórze. Polecam go nawet osobom początkującym, ciężko zrobić sobie nim krzywdę. Rozświetlacz tworzy piękną taflę na skórze o szampańskim odcieniu, efekt ten można sobie stopniować.
Będąc już przy rozświetlaczach muszę wspomnieć również o produktach Lovely, czyli Highlighter o chłodnym odcieniu Silver i o ciepłym Gold, oraz Wibo Diamond Illuminator. Są to produkty tanie, a jednak bardzo dobre, śmiało mogę powiedzieć, że sprawdzają się tak samo jak produkty tego typu droższych marek. 



W przypadku tuszy do rzęs to możecie zauważyć na moim Instagramie, że najczęściej sięgam po te tanie, które na promocji można kupić za kilka złotych. Powiem Wam, że sprawdzają się one u mnie świetnie, więc po co przepłacać? Z Wibo najczęściej kupuję Growing Lashes Stimulator, ma malutką szczoteczkę, która dociera do każdej rzęsy. Pięknie wydłuża, pogrubia i rozczesuje. Z Lovely zaś uwielbiam Pump up oraz Lash Extension, obie mają wygodne, lekko łukowate szczoteczki. Kolejnym tuszem jaki mogę polecić do Lash Studio Designer z Miss Sporty, nie mam jednak pewności czy jest on jeszcze dostępny, ponieważ podczas pisania szukałam go w aplikacji i niestety nie mogłam znaleźć. Jeśli chodzi o trochę droższe produkty to sięgam również po Maybelline, a dokładnie Lash Sensational, ma on jednak dość sporą szczoteczkę, do której trzeba się przyzwyczaić. Tusz pięknie pogrubia i podkręca rzęsy,

Jestem fanką matowych pomadek, które niestety w Rossmannie nie są dostępne, jednak i w tej drogerii znalazłam kilka swoich tanich perełek. Z Lovely polecam Zestaw K'Lips, składa się on z konturówki i płynnej matowej pomadki, na ustach trzyma się wiele godzin. Moim ulubionym odcieniem jest Milky Brown. Warto zerknąć również na Pomadki Extra Lasting, jednak trzeba pamiętać o odpowiedniej pielęgnacji ust, ponieważ lubi trochę wysuszać. Będąc już przy matowych pomadkach polecam również Wibo Million Dollar Lips, to właśnie była moja pierwsza tego typu szminka i od tego czasu sięgam po nie regularnie. Jeśli jednak nie lubicie matu na ustach, a oprócz koloru potrzebujecie pielęgnacji to Wibo Juicy Color Lipstick sprawdza się idealnie, nawilża i nadaje delikatny odcień.

Uświadomiłam sobie właśnie, że na grafikach zapomniałam umieścić produktów do brwi, jednak nie będę już tworzyć osobnej, a tylko o nich napiszę bo to aby dwa kosmetyki. Oba pochodzą z marki Wibo i pewnie już wiecie o których mówię, prawda? Oczywiście jest to Pomada do brwi, która występuje w kilku odcieniach, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to mój ulubieniec od wielu miesięcy, ale ostatnio zaczęłam zdradzać ją z Kredką Feather Brow, która daje bardzo ładny, naturalny efekt i jest łatwa w obsłudze. 



Planujecie skorzystać z promocji? Co zamierzacie kupić?

Miłego dnia! :)

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Nawilżająca baza pod makijaż, Bielenda Glow Essence

Jak doskonale wiecie bardzo lubię markę Bielenda i chętnie sięgam po ich produkty. Jedne się u mnie sprawdzają świetnie, inne trochę gorzej, ale to jak w każdej firmie. Jakieś dwa lata temu na jakiejś promocji skusiłam się na Bazę pod makijaż poprawiającą koloryt cery Pearl Base. Polubiłam ją od pierwszego użycia, stosowałam ją nawet w dni kiedy nie nakładałam makijażu. Ostatnio postanowiłam wrócić do baz z tej marki, ale tym razem wybór padł na Nawilżającą bazę pod makijaż Glow Essence, które przeznaczona jest do cery pozbawionej blasku. Czy sprawdziła się u mnie tak samo dobrze? Czy jestem zadowolona? O tym w dalszej części wpisu.


Żelowo-perłowa baza pod makijaż umieszczona jest w szklanej buteleczce o pojemności 30g. Jest przeźroczysta, dzięki czemu widać ile produktu zostało w środku. Szata graficzna skromna, ale produkt bardzo ładnie prezentuje się na półce ze względu na perełkową zawartość. Opakowanie wyposażone jest w pompkę, która bez problemu wydobywa zawartość. Nie zacina się, ani nie pluje bazą. Na buteleczce można znaleźć informacje na temat produktu, sposób użycia oraz skład. 


Baza składa się z żelu i kolorowych perełek, a dokładnie żółte, złote, fioletowe, beżowe i różowe. Podczas wydobywania kuleczki zgniatane są przez pompkę i wydobywa się żelowa baza. Na skórze łatwo się rozprowadza i szybko w nią wchłania.
Zapach trochę perfumowany, ale przyjemny. Wyczuwalny jest podczas rozprowadzania na skórze, ale później się ulatnia. Myślę, że nie powinien on nikomu przeszkadzać, ponieważ nie jest nachalny.


Nawilżająca baza pod makijaż stosowana jest przeze mnie prawie codziennie, chociaż nie zawsze pod makijaż. Nakładam ją na oczyszczoną i stonizowaną skórę. Na jedno użycie wystarczają dwie pompki produktu. Baza dobrze nawilża cerę, rozświetla ją, sprawia, że wygląda zdrowo i promiennie.  Zawiera w sobie małe drobinki, które pięknie mienią się szczególnie w słońcu, ale spokojnie nie jest to chamski brokat, który wygląda tandetnie. Baza przygotowuję skórę pod makijaż, dobrze współgra z kosmetykami kolorowymi. Testowałam ją zarówno z podkładami jak i kremem BB i w każdym przypadku sprawdzała się dobrze, nic się nie ważyło ani nie rolowało. Makijaż spokojnie trzyma się cały dzień bez konieczności wielu poprawek, ewentualnie trzeba lekko przypudrować strefę T. Baza sprawdza się również do stosowania samodzielnie zamiast kremu. Sprawia, że moja cera nawet po nieprzespanej nocy wygląda dobrze.


Wydajność genialna, baza bardzo powoli ubywa z opakowania, spokojnie wystarcza na wiele tygodni codziennego stosowania. Patrząc na cenę to myślę, że naprawdę warto zwrócić na nią uwagę. Bazę pod makijaż Bielenda Glow Essence możecie kupić w sklepie internetowym Kosmetyki z Ameryki w cenie 27,49 zł.


Stosujecie bazy pod makijaż? Znacie bazę Bielenda Glow Essence?

Miłego dnia! :)

niedziela, 7 kwietnia 2019

Ratunek dla suchej skóry, czyli balsam do ciała Allerco

Zazwyczaj nie mam powodu, aby narzekać na stan mojej skóry, ale są dwa takie momenty w ciągu roku, że ciało, szczególnie nogi, jest bardzo suche, łuszczące się. Początkowo obwiniałam za to kosmetyki, ale pojawia się to to od kilku lat i to zawsze mniej więcej w tym samym czasie, więc stwierdziłam, że taka już moja uroda. Problem pojawia się jesienią, kiedy startuje sezon grzewczy, a później ponownie w okolicy marca/kwietnia, kiedy na zewnątrz robi się ciepło. Zawsze w tym okresie ratuję się silnie nawilżającymi balsamami lub masłami, aby zniwelować dyskomfort i przyspieszyć regeneracje naskórka. Tym razem z pomocą przyszedł mi Balsam do ciała Allerco.


Balsam Allerco umieszczony jest w plastikowej butelce o pojemności 250 ml. Zamknięcie typu flip top bez problemu można otworzyć nie obawiając się o połamanie paznokci. Otwór odpowiedniej wielkości, wydobycie zawartości nie sprawia problemu. Butelka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się z niej. Szata graficzna bardzo skromna, nie rzuca się w oczy, ale większość aptecznych kosmetyków już tak po prostu ma, najważniejsze jest działanie. Balsam dodatkowo umieszczony jest w kartoniku na którym znaleźć można wszystkie potrzebne informacje, czyli opis produktu, skład oraz sposób użycia.


Konsystencja produktu jest średnio gęsta, łatwo wydobywa się z opakowania, ale nie przecieka przez palca. Balsam jest lekko tłusty, ale nie należy się tego obawiać, ponieważ naprawdę dobrze się wchłania. 
Zapach nijaki, tzn coś dam delikatnie mój nos wyłapuję, ale raczej określiłabym to jako produkt bezzapachowy. 


Podczas pierwszej aplikacji przesadziłam z ilością produktu, przez co nie chciał się całkowicie wchłonąć, przy kolejnych użyciach byłam już mądrzejsza i nakładałam go małymi porcjami. Nie jest to balsam, który wchłania się momentalnie, trzeba mu dać kilka minut zanim włożymy ubranie. Na skórze pozostawia delikatny, ochronny film, nie jest on jednak tłusty, więc nie powinien nikomu przeszkadzać. Już po kilku użyciach zauważyłam widoczną poprawę na nogach, balsam bardzo dobrze nawilża i natłuszcza. Skóra przestała się łuszczyć, stała się miękka i delikatna w dotyku. Produkt zmniejsza dyskomfort jaki spowodowany jest suchą skórą, osoby które taką mają pewnie wiedzą o co mi chodzi. 
Balsam można stosować również u dzieci i niemowląt. Jednak mój synek jest na etapie, że nie da się go niczym posmarować. Na szczęście, nie ma problemu ze suchą skórą, więc nie jest to konieczne.


Wydajność zadowalająca, na jedną aplikację wystarczy niewielka ilość balsamu. Stosując go codziennie na całe ciało wystarczy na miesiąc, no może niespełna. Balsam do ciała Allerco kosztuję około 30 zł, myślę że za taką cenę opłaca się go kupić. Polecam szczególnie osobom, które borykają się z problemem suchej skóry na co dzień lub tak jak ja, raz na jakiś czas. 
Zamierzam zużyć go do końca i wrócić do niego jesienią, kiedy rozpocznie się sezon grzewczy i mój problem powróci.


Znacie markę Allerco? Sięgacie po ich produkty?

Miłego dnia! 

sobota, 6 kwietnia 2019

Przegląd maseczek #6

Powiedzcie mi, jak żyć? W zapasach mam wiele saszetek z maseczkami, a wchodząc do drogerii co chwilę spotykam jakieś nowe, które chciałabym mieć już teraz. Aktualnie choruję na maski bąbelkowe w płacie z Eveline i pewnie kupię je wcześniej niż później. Na szczęście po maseczki sięgam regularnie, więc na bieżąco do denka trafiają puste saszetki. W dzisiejszym poście oprócz maseczek do twarzy pojawi się również maska na usta, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Ale o tym w dalszej części wpisu.


Bubble Peeling, Oczyszczający peeling bąbelkowy, AA

AA Bubble Peeling to peelingująca maseczka z innowacyjną, dogłębnie oczyszczającą formułą Natural Detox Peel oraz aktywnym tlenem zmieniającym się w musującą piankę. Poczuj na własnej skórze działanie dwóch wyjątkowych peelingów bąbelkowych: elastyczność i gładkość oraz nawilżanie i świeżość. Wybierz swój ulubiony!

Kiedy podczas zakupów w Rossmannie zobaczyłam peeling bąbelkowy z AA od razu trafił do mojego koszyka tym bardziej, że akurat był w jakiejś promocji. Wiele razy wspominałam, że maseczki bąbelkowe z tej marki sprawdziły się u mnie dobrze, ale czy tak samo było w przypadku peelingu? Niestety niekoniecznie.
Peeling umieszczony jest w podwójnej saszetce, dzięki czemu wystarcza na dwa użycia. Ma postać czarnego żelu w którym zanurzone są małe drobinki i coś jakby brokat. Po aplikacji na skórę zaczyna bąbelkować, lubię to uczucie, przyjemne łaskotanie. Kiedy pianka opadnie należy wykonać około 2 minutowy masaż i tak też zrobiłam. Drobinki są małe, delikatnie masują buzie, ale nie nazwałabym tego peelingiem. Po zmyciu skóra jest wygładzona, delikatnie oczyszczona i... niestety wysuszona. Cera jest ściągnięta, prosi się o dawkę kremu nawilżającego. Po pierwszym użyciu myślałam, że może moja skóra ma gorszy dzień, jednak po drugiej aplikacji było jeszcze gorzej. 


Maseczka kojąca peel-off, kuracja łagodząca MilkyWay, Selfie Project

Łagodzący kompres, nawilża, regeneruje. Milky Way to idealny sposób na ugaszenie pragnienia skóry spragnionej nawilżenia, przesuszonej oraz zmęczonej po całym dniu noszenia makijażu lub po zarwanej nocym a także ukojenie cery podrażnionej i zaczerwienionej. Magiczny mleczny kompres. Maseczka kojąca peel-off działam niczym mleczny, otulający skórę kompres, który błyskawicznie koi, nawilża i wygładza skórę. Dzięki zawartości naturalnego mleczka owsianego przywraca jej komfort oraz równowagę. Delikatne mleczko owsiane jest cennym źródłem węglowodanów i lipidów, które intensywnie nawilżają, odżywiają, regenerują i uspokajają skórę. Safety first. W maseczce skoncentrowane są składniki aktywne, które intensywnie nawilżają i koją cerę. Nie zawiera substancji niekorzystnych dla młodej skóry: parabenów, SLS, SLES, oleju parafinowego. Produkty selfie project nie są testowane na zwierzętach.

Kolejna maseczka kupiona spontanicznie, bo wpadła mi w oko. Czy też tak macie, czy to jednak ze mną coś jest nie tak?
Maseczka umieszczona jest w ślicznej, błękitnej saszetce, która wyróżnia się na półce sklepowej. Ma ona postać gęstego, białego żelu, który niestety ciężko rozprowadzić równomiernie na skórze. W opakowaniu jest 10 ml maseczki, niby wystarcza, ale jakby było jej trochę więcej to byłoby lepiej. Zapach dziwny, nie spodobał mi się, na szczęście szybko się ulatnia. Do całkowitego zaschnięcia trzeba jej dać dobre pół godziny. Po tym czasie spokojnie można ją zdjąć w jednej części, co mnie zaskoczyło, bo wcześniejsze maseczki peel-off jakie miałam zawsze ściągałam w kilku kawałkach. Produkt oczyszcza i wygładza buzie, delikatnie ją nawilża. Nie zauważyłam jednak, aby działała kojąco jak mówi producent. Nie zrobiła mi krzywdy, ale też nie zrobiła czegoś wow, także nie sięgnę po nią ponownie.


Maska oczyszczająca na tkaninie #BravePanda, Selfie Project

Maska oczyszczająca na tkaninie #BravePanda błyskawicznie poprawia kondycję skóry. Delikatna tkanina z naturalnej bawełny doskonale dopasowuje się do kształtu twarzy, zapewniając przedłużony efekt działania. Botaniczne składniki aktywne równomiernie wnikają w skórę. Stop nudzie! Baw się pielęgnacją z wesołą maską #BravePanda! Ściąga i odblokowuje pory oraz ogranicza nadprodukcję sebum, zapewniając skórze optymalną równowagę. Bogata w naturalne, botaniczne składniki aktywne: Węgiel BioAktywny– odkrycie w walce z niedoskonałościami! Oczyszcza i działa antybakteryjnie. Pochłania zanieczyszczenia, pozostawia pory czyste i zwężone. Green Bamboo reguluje wydzielanie sebum i matuje skórę.

Kolejna maseczka Selfie Project, tym razem wyciągnięta z zapasów po jakimś roku, a może nawet i ponad. Nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że te maski kupiłam krótko po tym jak się pojawiły, a Panda to już ostatnia z całej czwórki. Lubię maski w płacie i chętnie po nie sięgam, te z nadrukami co prawda nie działają jakoś lepiej, ale są urocze!
W saszetce umieszczony jest dobrze nasączony materiał, łatwo można go rozłożyć i dopasować do twarzy. Podczas noszenia nie zsuwa się, nie trzeba z nią leżeć plackiem. Nadruk pozwala zamienić się nam chociaż na chwilę w pandę i pstryknąć kilka selfie. Maseczkę trzymałam na twarzy około 20 minut, po tym czasie częściowo była już sucha. Po zdjęciu skóra jest oczyszczona i odświeżona. Nie zauważyłam jednak nawilżenia, konieczne jest po niej użycie kremu nawilżającego.


Koreańska maseczka pielęgnująca usta, Avon

Sięgnij po maseczkę, która w kilka minut odmieni wygląd Twoich ust. Jej przyjemna, hydrożelowa formuła z miodem Manuka to źródło witamin, minerałów oraz substancji odżywczych, które pomogą przywrócić skórze optymalny poziom nawilżenia. Dzięki temu skutecznie wygładzi ją i zmiękczy, a specjalnie wyprofilowany kształt maseczki ułatwi Ci aplikację.

Lubię Avon i kiedyś bardzo często sięgałam po ich kosmetyki, a teraz znów do nich wróciłam po dłuższej przerwie. Do maseczek na usta podchodzę sceptycznie, miałam jakiś czas temu z innej marki i niestety nie zrobiła nic, jednak w tym przypadku było inaczej.
W czerwonej saszetce umieszczone jest małe, plastikowe pudełeczko, a w tym hydrożelowa maska w różowym kolorze. Płat dobrze przylega do ust, chociaż mówiąc szczerze wygląda to dość dziwnie, co zauważyłam dopiero po zrobieniu sobie w niej zdjęcia. Maskę trzymałam jakieś 15 minut, a dopiero później doczytałam, że producent zaleca 5 minut, na szczęście nie zrobiła mi krzywdy. Podczas trzymania 'żelka' na ustach czuć delikatne, ale przyjemne mrowienie. Po zdjęciu usta są bardzo dobrze nawilżone i wygładzone. Są delikatnie powiększone, wyglądają na pełniejsze. Myślę, że maska sprawdzi się idealnie przed jakimiś większymi wyjściami. Jak pojawi się w katalogu jakaś fajna promocja na nie to zrobię sobie zapas.

Jeśli nie macie w pobliżu siebie konsultantki, a chcecie zamówić kosmetyki marki Avon napiszcie na instagramie do Patrycjii lub zarejestrujcie się TUTAJRejestracja trwa tylko chwilkę, a dzięki niej możecie zamawiać kosmetyki Avon dla siebie i swoich znajomych nawet 40% taniej! 


Znasz którąś z tych maseczek? Jak wrażenia? Jaka maseczka ostatnio wylądowała na Twojej buźce?

Miłego dnia! 

piątek, 5 kwietnia 2019

Sukienki idealne na specjalne okazje

Ten rok obfituje u mnie w rodzinne uroczystości typu komunie, osiemnastki i wesela. Zawsze mam problem co ubrać na taką okazję i dużo wcześniej szukam odpowiednich sukienek, które będą eleganckie ale też wygodne. Ostatnio przeglądając internet natknęłam się na sklep TakeShop, który w swojej ofercie ma odzież damską i męską oraz różne gadżety i akcesoria. Ja jednak skupiłam się na przeglądaniu sukienek, bo ich potrzebuję najbardziej w najbliższym czasie. W oko wpadło mi kilka modeli i postanowiłam Wam je pokazać. 


Jako pierwsza w oko wpadła mi Sukienka z kwiatowym printem. Jest to sukienka mini, czyli taka jakie lubię najbardziej i najlepiej się w nich czuję. Górna część eksponuje ramiona, a rękaw 3/4 sprawdzi się w chłodniejsze dni. Jeszcze kilka lat temu na pewno nie zdecydowałabym się na ubranie sukienki w kwiatki, aktualnie bardzo lubię taki motyw, szczególnie właśnie jasne na ciemnym tle.



Spodobała mi się również koronkowa sukienka w modrakowym kolorze. Ma zabudowaną górę lekko prześwitującą koronką, co wygląda moim zdaniem bardzo elegancko. Dół delikatnie rozszerza się tu dołowi i kończy się przed kolanem, czyli tak jak lubię najbardziej. Występuje ona w czterech kolorach, a dokładnie czarny, biały, modrakowy i czerwony. Pierwsze dwa odcienie odrzuciłam od razu. Co do czerwieni, osobiście lubię ten kolor, ale słyszałam opinie, że na wesele nie wypada. Czy faktycznie tak jest? Co sądzicie? Byłam na wielu ślubach i za każdym razem kilka osób ubrane było w tym kolorze, więc sama nie wiem jak to jest. 



Długie, zwiewne sukienki podobają mi się od zawsze, ale... na kimś. Sama nie czuję się w nich dobrze, robiłam kilka podejść, jednak zadowolona nie byłam. Kto wie, może kiedyś się przekonam? Przeglądać sklep TakeShop moją uwagę przykuła właśnie ta długa sukienka w brzoskwiniowym kolorze. Głęboki dekolt i rozcięcie w dolnej części sprawia, że sukienka jest seksowna, ale nie prowokująca. Chciałabym zobaczyć jak w niej wyglądam i prawdopodobnie będę miała okazję, ponieważ podesłałam linka przyjaciółce i przyznała, że od dawna o takiej marzyła i chyba ją zamówi. 

A Wy lubicie długie sukienki? Po jakie sukienki sięgacie na większe wyjścia? Wpadła Wam któraś w oko?

Miłego dnia!

czwartek, 4 kwietnia 2019

Książka na wieczór: Umiera się tylko raz, Robert Dugoni


Ostatnio niestety mam mało czasu na czytanie, ale staram się sięgać codziennie po książkę, aby przeczytać chociaż kilka stron. Po krótkiej przerwie od kryminałów powróciłam do nich i przychodzę z kilkoma słowami na temat książki "Umiera się tylko raz" Roberta Dugoni. Słyszałam wiele pozytywnych opinii na temat tego autora, ale wcześnie nie czytałam żadnego z jego dzieł, aż do teraz. Jeśli jesteście ciekawi co sądzę o tej książce to zapraszam do dalszej lektury. 


O książce:
Tytuł: Umiera się tylko raz
Autor: Robert Dugoni
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 448
Data premiery: 13 marca 2019
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller


Kiedy w pozostawionej w chłodnych wodach cieśniny Puget pułapce na kraby zostaje odnalezione ciało kobiety, Tracy jest przekonana, że będzie to jedna z najtrudniejszych spraw w jej policyjnej karierze. Po pierwsze, musi zidentyfikować ofiarę. A sekcja zwłok ujawnia, że zamordowana włożyła wiele wysiłku w ukrycie swojej tożsamości. Najwyraźniej się kogoś bała…

Gdy ustalenia policji zaczynają wskazywać, że ofiarą może być kobieta, która przed kilkoma miesiącami zaginęła w górach, sprawa staje się dla detektyw Tracy Crosswhite bardziej osobista. Wciąż nękają ją bolesne wspomnienia w związku z morderstwem młodszej siostry i świadomością, że z winy policji przez dwadzieścia lat Tracy nie mogła zamknąć tej sprawy. A historia lubi się powtarzać. Choć śledczy wnikliwie badają przeszłość zabitej kobiety, znajdują więcej pytań niż odpowiedzi. Dopiero dociekliwość Tracy doprowadza do odkrycia pełnej niespójności historii, w której zdrada i chciwość odgrywają główną rolę.


Pewnego dnia w zatoce w pobliżu Seattle młody chłopak w klatce na kraby znajduję zwłoki kobiety. Śledztwem związanym z jej śmiercią zajmuje się detektyw Tracy Crosswhite. Pewnego dnia śledczy natrafiają na pewien trop i dowiadują się, że ofiarą prawdopodobnie jest Andrea Strickland, która już wcześniej została uznana za zmarłą podczas wspinaczki górskiej. Wraz z upływem czasu śledztwo staje się coraz bardziej zagmatwane, niejasne. Detektyw Crosswhite podchodzi do tej sprawy dość osobiście, ponieważ wiele lat temu straciła siostrę, która została zamordowana jako młoda kobieta. Początkowo wszystko wskazuje, że za zabójstwo odpowiedzialny jest mąż Andrei, przed którym chciała się ukrywać pod fałszywym nazwiskiem. Mężczyźnie zależało na pieniądzach żony, które miała na funduszu powiernicznym zostawionym przez zmarłych w tragicznych okolicznościach rodzicach. 
Czy ciało Andrei faktycznie było w klatce? A może kobieta żyje? Czy za wszystko odpowiedzialny jest jej mąż?
Na te pytanie nie będę odpowiadać, tego dowiecie się z książki, zapewniam, że jednak warto po nią sięgnąć!


Książka od pierwszych stron mnie zainteresowała, akcja właściwie ani na moment nie zwalniała tempa. Początkowo wydaje się, że wszystko jest jasne, a zakończenie można przewidzieć, nie jednak tak nie jest. Kiedy już byłam przekonana co będzie dalej następował zwrot akcji i wszystko się zmieniało. Zakończenie jest zaskakujące, nawet przez moment podczas czytania nie pomyślałam, że może wydarzyć się coś takiego. Nie chcę zdradzać zbyt dużo szczegółów, ponieważ wiem, że może to popsuć czytanie książki. Wiem sama po sobie, że nie lubię wiedzieć przed rozpoczęciem jakie będzie zakończenie. 
Jeśli lubicie kryminały to śmiało sięgajcie po tą książkę, nie zawiedziecie się. Sama chętnie sięgnę po inne pozycję tego autora.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros.

Lubicie kryminały? Co aktualnie czytacie?

Miłego dnia!

środa, 3 kwietnia 2019

Denko Marzec 2019

Marzec był dobrym miesiącem również jeśli chodzi o zużycia. Co prawda jak to zwykle u mnie bywa, znowu sporo przybyło, więc zapasy się zbytnio nie zmniejszyły, ale i tak jestem z siebie dumna. Jest to chyba największe denko ze wszystkich jakie wstawiałam na bloga czy instagrama i mam nadzieję, że nie ostatnie. 
Do kosza w tym miesiącu trafia aż 34 puste opakowania. Trzeba jednak pamiętać, że nie są to kosmetyki, które używałam tylko i wyłącznie w marcu, większość niż używałam w ostatnich miesiącach a teraz po prostu wykończyłam do końca. Nie ma co jednak przedłużać, bo i tak będzie to długi wpis.


1. Żel pod prysznic Festival Love, Isana (RECENZJA)
Żele Isana uwielbiam i wspominam o tym dość często. Festival Love oprócz tego, że dobrze oczyszczał i nie wysuszał skóry, to miał również cudowny zapach, dzięki któremu pod prysznicem czułam się jak na rajskiej plaży.

2. Żel pod prysznic Borówka, Biolove (RECENZJA)
Zapach tego żelu to petarda, śliczna, naturalna, słodka borówka, aż chciałoby się zjeść, serio. Dobrze się pienił i oczyszczał ciało. Najlepiej stosować go na myjkę, ponieważ wtedy jest bardziej wydajny.

3. Olejek pod prysznic, Isana (RECENZJA)
Polubiłam się z nim, ale nie pod prysznicem, a... do mycia gąbeczek i pędzli. Jak dla mnie najlepszy produkt do mycia akcesoriów jaki miałam. Już zaopatrzyłam się w kolejną butelkę.

4. Delikatne mydło do mycia rąk Time To Relax, Isana
Tak, znowu Isana, ale co zrobić skoro bardzo lubię tą markę? Mydełko miało przyjemny zapach białej herbaty. Dobrze oczyszało dłonie z wszelkiego rodzaju zabrudzeń. Mimo tego, że przy częstym stosowaniu trochę przesuszają dłonie to i tak sięgam po nie regularnie.

5. Peeling solny z organicznym olejem kokosowym, GlySkinCare (RECENZJA)
Mówiłam już, że lubię wszystko co kokosowe? Pewnie tak, ale powtórzę to raz jeszcze. Peeling miał cudowny zapach, słodki, kokosowy, który unosił się w łazience podczas złuszczania martwego naskórka. Produkt wygładza ciało, ale również nawilża dzięki olejom w składzie. Trzeba jednak uważać z siłą nacisku, bo można przesadzić z intensywnością zabiegu.


6. Złuszczający zabieg do stóp w postaci skarpetek, Marion
Są to moje pierwsze skarpetki złuszczające, jakoś wcześniej się ich bałam, ale wreszcie postanowiłam wypróbować. Wybór padł na Marion, a jak z działaniem? Nie wiem, robiłam je w piątek (29.03) i ciężko mi wypowiedzieć się na temat działanie. Coś zaczyna się dziać, kawałek naskórka zszedł z podeszwy, zobaczymy. Przygotuję o nich osobny wpis.

7. Odżywczy krem do stóp, Neutrogena (RECENZJA)
Genialny krem do stóp, jeden z lepszych jakie miałam. Dobrze nawilżał i odżywiał skórę stóp. Nakładałam go grubą warstwą na noc pod skarpetki, rano stopy były miękkie i delikatne w dotyku.

8. Zabieg do stóp SOS peeling + maska, Eveline
Przyjemny zabieg. Peeling co prawda nie był jakiś ostry, ale dobrze wygładzał skórę stóp. Maska za to dobrze nawilżyła i odżywiła. To nie moje pierwsze i pewnie nie ostatnie opakowanie, lubię wracać do tego zabiegu.

9. Maska do stóp Good Foot Podology, Delia
Saszetkę tą znalazłam w kalendarzu adwentowym, dołączone były do niej skarpetki. Maskę nałożyłam, założyłam dołączone foliowe skarpetki, na to normalne bawełniane i położyłam się spać. Rano szok, stopy mięciutkie w dotyku, nawilżone i odżywione. Chętnie wypróbuję inne produkty z tej serii.



10. Tajska maska do włosów, blask i siła, Planeta Organica (RECENZJA)
Maseczka o specyficznym zapachu, na dłuższą metę niestety męczący. Był to dobry produkt do stosowania raz na jakiś czas, wtedy dobrze nawilżała i wygładzała włosy. Niestety, przy zbyt częstym stosowaniu pasma strasznie się puszyły i ciężko było je okiełznać.

11. Maska do włosów z algami, Oh! my sexy hair
Skusiłam się na nią kiedyś w Rossmannie z racji tego, że miała bardzo korzystną cenę jak na taką pojemność. Niestety działanie bardzo słabe, maska delikatnie wygładzała włosy i ułatwiała ich rozczesywanie, no i to byłoby na tyle. Dokładałam do niej po kilka kropki olei i wtedy sprawdzała się lepiej. Najczęściej jednak sięgałam po nią do emulgowania podczas olejowania.

12. Trychologiczny peeling do skóry głowy Czystek i Czarnuszka, Biovax (RECENZJA)
Peeling mimo nie zbyt ostrych drobinek świetnie oczyszcza skórę głowy i usuwa martwy naskórek. Włosy są po nim odbite od nasady, wydaje się że jest ich więcej. Produkt bez problemu się wypłukuje.

13/14. Szampon i maska do włosów z roślinnymi komórkami macierzystymi, Seboradin FitoCell (RECENZJA)
Bardzo przyjemne produkty! Szampon dobrze się pienił i oczyszczał. Włosy nie były po nim splątane, bez problemu się rozczesywały. Maska za słaba na całą długość, ale za to idealnie sprawdziła się na skórę głowy. Nawilżała ją i odżywiała. Duet stosowany razem z serum przyczynił się do pojawienia się u mnie wielu babyhair.

15. Serum w olejku na końcówki, Dove (RECENZJA)
Idealny olejek do zabezpieczania końcówek i wygładzania włosów na długości. Bardzo wydajny produkt, wystarczył mi na kilka miesięcy. Planuję kupić go ponownie na jakiejś promocji.


16. Płyn micelarny do twarzy i oczu Skin Crystal Care, Farmona (RECENZJA)
Działanie było ok, dobrze rozpuszczał makijaż twarzy oraz oczu, ale niestety podczas używania się pienił, a tego strasznie nie lubię w micelach. Minusem również był aplikator, który podczas naciskania pluł produktem niekoniecznie na wacik.

17. Peeling do twarzy Drzewo Herbaciane. Kruidvat (RECENZJA)
Kupiłam go kiedyś w cenie na do widzenia i okazał się być przyjemnym produktem, Bardzo dobrze złuszczał martwy naskórek, na pewno nie sprawdziłby się u osób, które wolą delikatne peelingi. W opakowaniu miał mocny zapach olejku z drzewa herbacianego, na szczęście w kontakcie z wodą stawał on się mniej intensywny.

18. Aktywny żel peelingujący 2w1 do mycia twarzy Pure&Clear, Kolastyna (RECENZJA)
Chociaż zazwyczaj nie sięgam po tego typu produkty to z tym się polubiłam. Żel dobrze oczyszczał, a drobinki delikatnie wygładzały buzie. Niestety po dostaniu się choćby odrobiny żelu do oka strasznie piekło.

19. Pianka do mycia twarzy Moist Seaberry 2+, A'pieu (RECENZJA)
Pianka, czyli tak naprawdę gęsty żel, który w kontakcie z wodą tworzył pianę. Co prawda produkt dobrze oczyszczał skórę, ale przy tym niestety wysuszał, skóra była po nim ściągnięta, prosiła się o krem. Pianka była strasznie wydajna, chociaż w tym przypadku nie zaliczałabym tego do plusów.

20. Hydrolat z róży stulistnej, Bioleev (RECENZJA)
Bardzo przyjemny produkt, stosowałam go zamiast toniku. Hydrolat dobrze odświeżał, nawilżał i koił podrażnienia. Aplikator w postaci atomizera sprawiał, że aplikacja była łatwa i szybka.


21. Antyperspirant Cotton Dry, Rexona
Uwielbiam Rexonę i sięgam po ich antyperspiranty regularnie, chociaż czasami zdradzę je z inną marką. Cotton Dry miał przyjemny, delikatny aromat, dobrze chronił przed poceniem i przykrym zapachem.

22. Tusz do rzęs Collagen Lash Super Curl Up, Delia
Kolejny produkt z kalendarza adwentowego. Tusz miał wygodną, nie zbyt dużą sylikonową szczoteczkę. Dobrze rozdzielał, pogrubiał i wydłużał rzęsy. W ciągu dnia nie kruszył się, ani nie osypywał.

23. Maseczka do twarzy Supermud Clearing Treatment, Glamglow (RECENZJA)
Najlepsza maseczka oczyszczająca jaką miałam! Wyciąga wszystkie większe i mniejsze zanieczyszczenia. Buzia jest oczyszczona, wygładzona i delikatna w dotyku. Tylko ta cena...


24-34. Maseczki do twarzy
O większości z nich pisałam TUTAJTUTAJ i TUTAJ. Ogólnie maseczki sprawdziły się u mnie dobrze, żadna nie zrobiła mi krzywdy. Najbardziej zadowolona jestem z masek Cettua i Tołpy. Zawiódł mnie zaś Bubble Peeling z AA, spodziewałam się po nim czegoś lepszego. 


Jak tam Wasze zużycia marca? Ile opakowań wylądowało w koszu?

Miłego dnia!