Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

poniedziałek, 22 lipca 2019

Sekrety Koreańskiego Piękna, czyli przełomowy przewodnik po pielęgnacji skóry i makijażu

Bardzo lubię wyłapywać nowinki na temat pielęgnacji, makijażu czy też testować nowości na rynku kosmetycznym. Zawsze można coś nowego się dowiedzieć, sprawdzić czy faktycznie efekty są widoczne, a czasem również wyłapać błędy jakie się popełnia. Moim największym błędem była niewłaściwa pielęgnacja cery kiedy na twarzy pojawił się pierwszy trądzik. Zmagałam się z nim długo, a Pani w drogerii polecała co raz to nowe wysuszające kosmetyki. Teraz już wiem, że cera trądzikowa oprócz oczyszczenia potrzebuje porządnego nawilżenia. 

Ostatnio trafiła do mnie książka Sekrety Koreańskiego Piękna - przełomowy przewodnik po pielęgnacji skóry i makijażu, Kerry Thompson & Coco Park Wydawnictwa Quello. Nadaje się ona zarówno dla osób, które poznały już sekrety urody Koreanek jak i dla tych, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki. Książka pomaga zmienić swój rytuał pielęgnacyjny na bardziej skuteczny. 
Jakie są moje wrażenia po jej przeczytaniu? Bardzo dobre! Książka napisana jest w zrozumiałym języku, szybko się ją czyta. Można się dowiedzieć z niej sporo rzeczy, ale przyznaję, że o niektóre zagadnienia nie były dla mnie nowością.




Co można znaleźć w książce?
- Koreańska kultura piękna - mamy tu informacje na temat początku kultury piękna, koreańskich kosmetyków i najpopularniejszych marek
- Koreańska pielęgnacja - w tym rozdziale znaleźć można: informacje na temat koreańskiego rytuału, wskazówki jak rozpoznać typ cery i problem skórny, składniki kosmetyków, kategorie produktów, informacje jak zbudować swój rytuał piękna, a także przykładowe rytuały znanych zagranicznych blogerek 
- Koreański makijaż - w trzecim rozdziale mamy kategorie produktów do makijażu, konkretne kosmetyki do make-up polecane przez autorkę oraz przykładowe koreańskie makijaże 
- Materiały dodatkowe - w ostatnim rozdziale znaleźć można sklepy internetowe, gdzie kupić koreańskie kosmetyki, a także tłumaczenie składu ( z jednej strony w języku polskim a z drugiej w języku koreańskim).




 W książce zawarte są wszystkie najważniejsze informacje na temat koreańskiego rytuału pielęgnacyjnego. Co najciekawsze, autorki nie twierdzą, że zachodnie kosmetyki są złe, spokojnie w rytuale można łączyć je z tymi koreańskimi. Najważniejsze jest to, aby potrafić rozpoznać czego w danym momencie potrzebuje nasza cera i jej to dać oraz dbać o odpowiednią ochronę przeciwsłoneczną. Typowy koreański rytuał piękna może składać się od pięciu do nawet dwunastu etapów. Początkowo wydawało mi się sporo, ale kiedy bliżej przyjrzałam się swojej pielęgnacji to stwierdziłam, że wcale tak nie jest.  Jedną z zasad o której warto pamiętać to to, żeby nakładać na początku kosmetyki o lekkiej konsystencji, a dopiero później te gęstsze, które odpowiednio zabezpieczą wilgoć naszej skóry.


W mojej kosmetyczce nie ma zbyt wielu typowo koreańskich kosmetyków, najczęściej są to maseczki. Czy planuje to zmienić? Kusi mnie wiele kosmetyków z Korei i pewnie niektóre z nich przetestuję, jednak myślę że nie przejdę w 100% tylko na tamtejsze produkty. Rytuał piękna spokojnie można stworzyć z tego co można dostać u nas w Polsce bez konieczności sprowadzania, chociaż trzeba przyznać że z miesiąca na miesiąc dostępność jest coraz łatwiejsza. 

Jeśli interesujecie się pielęgnacją, ciekawi Was świat K-Beauty to zachęcam do zakupu tej książki, nie pożałujecie. 


Znacie tą książkę? Używacie koreańskich kosmetyków?

niedziela, 21 lipca 2019

Idealne mleczko do ciała na lato od Le Petit Marseillais

W słoneczne dni (na szczęście powoli do nas wracają) kiedy eksponujemy większe obszary ciała lubię używać wszelkiego rodzaju balsamy i mleczka z drobinkami, które pięknie rozświetlają skórę i podkreślają opaleniznę. Idealnie w tym celu sprawdza się Mleczko nawilżające rozświetlenie Olejek Morelowy, Biała Lilia i Masa Perłowa z Le Petit Marserillais o którym postanowiłam napisać coś więcej.  


Mleczko umieszczone jest w buteleczce wykonanej z pomarańczowego plastiku o pojemności 250 ml. Pod światło bez problemu można zobaczyć ile kosmetyku jest jeszcze w środku. Opakowanie wyposażone jest w pompkę, która ułatwia wydobywania mleczka, nie zacina się, ani nie pluje produktem. Moim zdaniem jest to bardzo wygodne rozwiązanie w przypadku balsamów, aplikacja przebiega szybciej. Na tylnej części butelki umieszczone są informacje na temat kosmetyku oraz skład. Szata graficzna skromna, ale ze względu na kolor przyciąga oko. 

Balsam ma średnio gęstą konsystencje, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Zapach bardzo przyjemny, połączenie słodkiej moreli i delikatnej lilii. Owocowo-kwiatowy aromat z nutą zmysłowości, który długo wyczuwalny jest na skórze to najlepsze słowa, które moim zdaniem opisują zapach mleczka.


Po mleczko nie sięgam codziennie, a tylko przed jakimś większym wyjściem czy po prostu kiedy chcę, aby moja skóra nabrała pięknego, naturalnego blasku. Podczas aplikacji nie żałuję go sobie, ma lekką konsystencję dzięki czemu szybko się wchłania. Balsam dobrze nawilża ciało i zapewnia komfort przez wiele godzin, myślę jednak że dla osób z bardzo suchą skórą mógłby być za słaby. Mleczko ma w sobie sporo drobinek rozświetlających, są one bardzo malutkie, nie jest to chamski brokat z jakim czasem można się spotkać w tego typu produktach. Na skórze pozostaje piękna złota poświata, która błyszczy się w słońcu i w sztucznym oświetleniu, a dodatkowo podkreśla opaleniznę. Kosmetyk zdecydowanie lepszy efekt daje na ciemnej karnacji, jednak osoby z jasną karnacją również bez obaw mogą po niego sięgać. Balsam nie pozostawia plam na skórze czy ubraniach. Nie uczula, ani nie podrażnia.


W moim przypadku ciężko stwierdzić konkretnie jego wydajność, ponieważ tak jak wspomniałam wcześniej nie sięgam po niego codziennie. Myślę jednak, że przy regularnym stosowaniu powinien wystarczyć na około miesiąc w zależności od ilości nakładanej na ciało. Przeglądając internet niestety nie znalazłam ceny za 250 ml być może ta pojemność nie jest już dostępna, można jednak kupić 400 ml za około 22 zł. Aktualnie w Rossmannie jest nawet na nie promocja i do 31.07 możecie zakupić mleczko za 15 zł.


Lubicie takie rozświetlające kosmetyki do ciała?

niedziela, 14 lipca 2019

Mojito, a może Pina Colada? - Maseczki Leaders Cosmetics

W ostatnim tygodniu na moim intagramie mogliście zobaczyć zestaw cudownych maseczek Leaders Cosmetics. Trafiły do mnie trzy serię: Juicy, Skin Clinic & Skin Renewal oraz Daily Wonders. Nie mogłam się powstrzymać i od razu rozpoczęłam testy. Najbardziej zaciekawiła mnie seria Juicy i to właśnie od niej zaczęłam. W jej skład wchodzą dwie maseczki, a dokładnie Mojito i Pina Colada, brzmi smakowicie prawda? Oba koktajle bardzo lubię, ale czy moja skóra je polubiła? O tym w dalszej części.


Maseczki umieszczone są w saszetkach o bardzo kolorowej szacie graficznej, która przyciąga oko. Łatwo się otwiera i bez problemu można wyciągnąć z niej płachtę. 
Podczas użycia pierwszej byłam zaskoczona, ponieważ okazało się że materiał jest sztywny, twardy, ciężko byłoby dopasować ją do twarzy. Wystarczyło jednak wcześniej zerknąć na instrukcje, żeby wiedzieć że właściwa maska zabezpieczona jest z obu stron materiałem, który należy zdjąć przed aplikacją. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotykam się z taką formą, ale ma to swoje plusy, ułatwia rozłożenie materiału, nic się nie rozrywa. 
Maseczki są takie jakby żelowe, dobrze nasączone esencją, łatwo dopasować je do twarzy. Po aplikacji spokojnie można zająć się codziennymi obowiązkami, ponieważ płachta nie zsuwa się, nie trzeba jej co chwilę poprawiać. W saszetce zostaje też sporo esencji, którą można wykorzystać podczas porannej czy wieczornej pielęgnacji. 


Mojito Clearing Mask ma cudowny zapach, idealne połączenie limonki, mięty i... alkoholu. Nie jest to taka intensywna nuta alkoholu jak to czasem bywa, tylko delikatne dopełnienie drinku Mojito. Jeśli tak samo jak ja lubicie taki koktajl w wersji dla dorosłych to zapach maseczki Wam się spodoba.
Na twarzy trzymałam ją jakieś pół godziny, czyli trochę dłużej niż zaleca producent. Po zdjęciu płachty na skórze pozostało sporo esencji, która wchłania się w ciągu kilkunastu minut. Cera jest po niej delikatnie oczyszczona, odświeżona i promienna. Skóra jest przyjemnie nawilżona, nawodniona, nie potrzebowałam dodatkowego kremu do twarzy. Cudowny zapach dodaje energii, więc maska dobrze sprawdzi się rano, aby pobudzić nas do życia. 


Pina Colada Bright Mask ma przyjemny, owocowy zapach, przeważa ananas. Mi osobiście Pina Colada kojarzy się z ananasem i kokosem, jednak ten drugi jest wyczuwalny, ale bardzo słabo. Osoby, które nie przepadają za nim na pewno będą zadowolone, ja trochę czuję się zawiedziona, ale nie zmienia to faktu, że aromat mi się podoba. 
Po około pół godziny trzymania płachty na twarzy jest ona nadal mokra, a po zdjęciu na skórze zostaje sporo esencji, która na całkowite wchłoniecie potrzebuje 20-30 minut. Maseczka dobrze nawilża, cera staje się promienna i odzyskuje naturalny blask. Zaczerwienienia w okolicy nosa i na policzkach zostały ukojone i rozjaśnione. 


Obie maski sprawdziły się u mnie bardzo dobrze, jestem zadowolona z ich działania. Cudowne zapachy umilają pielęgnację. Myślę, że wrócę do nich za jakiś czas. Już nie mogę się doczekać testów kolejnej serii maseczek Leaders Cosmetics.

Znacie maseczki Leaders Cosmetics? Lubicie?

piątek, 12 lipca 2019

Książka na wieczór: Nieuchwytny - James Patterson, David Ellis

Kilka dni temu skończyłam czytać kolejną książkę z Wydawnictwa Albatros dlatego też pora na jej recenzję. Już teraz mogę powiedzieć, że naprawdę warto ją przeczytać, fani kryminałów z wątkiem sensacyjnym będą zadowoleni. Mowa o książce Nieuchwytny, której autorami są James Patterson oraz David Ellis. Jest to moje pierwsze spotkanie z ich twórczością, ale już wiem, że nie ostatnie.


O książce:
Tytuł: Nieuchwytny
Autorzy: James Patterson, Davis Ellis
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384
Data premiery: 19 czerwca 2019
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller 

Kiedy pracownica FBI Emmy Dockery odkrywa brakujące ogniwo łączące setkę nierozwiązanych spraw, nikt jej nie wierzy. Do czasu, aż dowody stają się zbyt przekonujące, aby je ignorować…
Wszyscy myślą, że Emmy Dockery zwariowała. Owładnięta obsesją na punkcie odkrycia związku między setkami podejrzanych podpaleń, Emma rzuciła pracę badaczki w FBI. Teraz za dnia nieustannie ogląda porozwieszane po całej sypialni wycinki z gazet, a nocą przed oczami stają jej koszmary pochłaniającego wszystko ognia…
Nawet były chłopak Emmy, agent Harrison „Books” Bookman, nie wierzy, że setki porwań, gwałtów i morderstw są ze sobą powiązane. I nie uwierzy, dopóki Emmy nie znajdzie dowodów, których nie będzie mógł dłużej ignorować. Coraz więcej osób ginie w tajemniczych okolicznościach, wszystkie zbrodnie nie zostają rozwiązane. Bez motywów, bez narzędzi zbrodni, bez podejrzanych.
Czy to możliwe, aby za tymi okrutnymi morderstwami stała jedna osoba?


Emmy Dockery to analityczka pracująca na co dzień w FBI. Po śmierci siostry bliźniaczki, która zginęła w pożarze, kobieta została zawieszona w obowiązkach, ponieważ za wszelką cenę próbowała udowodnić, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. Postanowiła więc prowadzić śledztwo na własną rękę. Emmy powiązała ze sobą pięćdziesiąt trzy pożary w których zginęło pięćdziesiąt trzy osoby. W każdym z tych przypadków wyglądało to tak samo, ofiara mieszkała sama, pożar wybuchał w łazience, zwłoki znajdowano zwęglone na łóżku. Według policji oraz straży pożarnej wyglądało to na nieszczęśliwe wypadki, jednak analityczka sądziła inaczej. 

Niestety, nikt nie chce jej uwierzyć i rozpocząć oficjalnego śledztwa. O pomoc postanowiła poprosić byłego narzeczonego Harissona "Booksa" Bookmana, który kiedyś również pracował w FBI, ale po rozstaniu rzucił tą pracę. Nie jest łatwo go przekonać, ale ostatecznie się zgadza, dzięki niemu FBI wyraża zgodę na oficjalne śledztwo. Niestety, po pierwszych sekcjach zwłok okazuje się, że są to nieszczęśliwe wypadki, nie znaleziono śladów udziału osób trzecich. W tym samym czasie giną kolejne osoby...

Emmy jednak się nie poddaje, dzięki małemu podstępowi śledztwo nabiera tempa. Szczegółowa sekcja zwłok wykonana przez znaną patolog sądową ukazuje, że ofiary giną przed wybuchem pożaru, a przed śmiercią są okaleczane i maltretowane. 

Czy Emmie i jej zespołowi uda się złapać morderce? Ile osób musi zginąć, aby się to udało? 
Tego dowiecie się z książki.


Książkę czyta się dość szybko, podzielona jest na krótkie rozdziały. Jedne z nich ukazują śledztwo, życie codzienne Emmy, drugie zaś są tzw. "sesjami Grahama" nagrywane przez morderce, który opowiada o tym jak wypatruje swoje ofiary itd. Na początku sam jednak wspomina, że nie wszystko co mówi jest prawdą, ale jego słuchacze nie wiedzą w których momentach kłamie, a w których nie. W książce jest parę wątków odrażających, ale wiadomo że sięgając po thrillery czy kryminały trzeba się z tym liczyć. Moim zdaniem książka jest świetnie napisana, kiedy już wydawało mi się co będzie dalej następował zwrot akcji i musiałam od nowa w myślach rozwiązywać zagadkę. 
Jeśli lubicie takie książki to śmiało możecie zapisać sobie ten tytuł na liście książek do przeczytania. 


Co aktualnie czytacie?

środa, 3 lipca 2019

PIXI Peel & Polish, peeling enzymatyczny czy mechaniczny?

Pamiętacie o regularnym złuszczaniu martwego naskórka? Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju peelingi zarówno te do ciała jak i twarzy, zazwyczaj sięgam po te z ostrymi drobinkami, jednak czasami mam ochotę na coś delikatniejszego. Aktualnie do usuwania martwego naskórka z twarzy używam Peelingu enzymatycznego PIXI Peel & Polish, a że powoli dobija już dna to jest to odpowiednia pora aby napisać o nim coś więcej. Jeśli jesteście ciekawi jak się u mnie sprawdził to zapraszam do dalszego czytania.


Peeling enzymatyczny o podwójnym działaniu już po jednym zastosowaniu rozświetla, odbudowuje, zmiękcza i wygładza skórę. Naturalne enzymy usuwają martwe komórki, kwas mlekowy i celuloza delikatnie złuszczają, a ekstrakty cukru wygładzają i usuwają ziemistość, pozostawiając cerę promienną, ożywioną i wyrównaną.. Profesjonalny peeling jak w salonie bez wychodzenia z domu!

Owocowe enzymy usuwają martwe komórki, a składniki fizycznie złuszczające usuwają zanieczyszczenia
Zamyka pory, wygładza teksturę skóry
Bezzapachowy

Kluczowe składniki
Kwas mlekowy złuszcza i rozjaśnia
Ekstrakt z papai poprawia teksturę skóry
Ekstrakt z cukru trzcinowego przywraca naturalny blask


Peeling umieszczony jest w podłużnej tubce wykonanej z miękkiego plastiku o pojemności 80 ml. Kanciasty korek łatwo się odkręca, pod nim znajduje się niewielki otwór dzięki czemu łatwo wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku. Szata graficzna skromna, ale całkiem ładnie się prezentuje. Na opakowaniu opis produktu i sposób użycia jest w języku angielskim, jednak polskie tłumaczenie bez problemu można znaleźć w internecie.

Kosmetyk ma lekką, średnio gęstą konsystencje w brzoskwiniowym kolorze. Podczas pierwszego użycia byłam zaskoczona, ponieważ jak się okazało peeling ma zatopione w sobie małe drobinki, nie są one bardzo ostre, ale do najdelikatniejszych też nie należą. Zapach przyjemny, taki trochę owocowy, nie potrafię go do końca opisać.


Tak jak wspomniałam wcześniej, produkt ma drobinki, więc nie jest to taki typowy peeling enzymatyczny tylko połączenie enzymatycznego z mechanicznym. Aktualnie na rynku jest niewiele takich kosmetyków, chociaż pewnie z czasem będzie się ich pojawiało więcej. Peeling należy nałożyć na oczyszczoną, suchą skórę, potrzymać 2-3 minuty aby enzymy mogły rozpuścić martwy naskórek i spłukać lub wykonać przed tym masaż i pozwolić zadziałać drobinkom. Ja stosuję go tym drugim sposobem i uwielbiam efekt jaki daje ten produkt. Skóra po użyciu jest świetnie wygładzona i oczyszczona. W dotyku jest mięciutka, delikatna, aż chciałoby się cały czas głaskać po twarzy. Peeling delikatnie rozjaśnia cerę i wyrównuje koloryt. Nie podrażnia, ani nie wysusza. Kosmetyk dobrze przygotowuje skórę na kolejne zabiegi pielęgnacyjne, ja zawsze wykonuje go przed maseczką, dzięki czemu składniki z niej są lepiej wchłaniane przez buźkę.


Wydajność świetna, na jedną aplikacje wystarcza ilość wielkości orzecha laskowego. Przy stosowaniu go 1-2 razy w tygodniu spokojnie wystarcza na jakieś 3-4 miesiące. Cena co prawda do najniższych nie należy, ponieważ za takie opakowanie trzeba zapłacić około 145 zł, jednak myślę że warto.


Znacie kosmetyki Pixi? Macie jakiegoś ulubieńca z tej marki?

wtorek, 2 lipca 2019

Żele pod prysznic #4: Isana

W moich zapasach żeli pod prysznic przeważają te z Isany, osoby które obserwują mnie na instagramie wiedzą, że kupuję właściwie każdą nową wersję jaka się pojawia. Teraz to się jednak zmieni, ponieważ muszę przyznać, że te żele mi się znudziły, mam ochotę na jakąś odmianę, ale najpierw zużyję to co mam, a to jeszcze trochę potrwa. W dzisiejszym wpisie możecie przeczytać właśnie słów kilka na temat trzech produktów do mycia z tej marki, a dokładnie o wersjach: Coffee & Vanilla, Andalusian Dream oraz Wild like the ocean. Jesteście ciekawi? Jeśli tak to zapraszam do dalszego czytania.


Żele Isany przyciągają oko kolorowymi opakowaniami, grafika przedstawia mniej więcej zapach jakiego możemy się spodziewać. Umieszczone są na nich informacje na temat produktu, sposób użycia oraz skład. Zarówno żel Coffee & Vanilla jak i Andalusian Dream umieszczony jest w plastikowej buteleczce zamykanej na zatrzask. Otwór odpowiedniej wielości ułatwia wydobycie, a pod koniec spokojnie można postawić opakowanie na nakrętce, aby zawartość spłynęła i można było ją wykorzystać do samego końca. Wild like the ocean zaś umieszczony jest w tubce wykonanej z miękkiego plastiku. Zamykanie na zatrzask nie sprawia problemu, nawet kiedy mamy mokre dłonie. Kiedy żel stoi pod prysznicem pod nakrętką zbiera się woda, czego nie lubię, no ale cóż.


Konsystencja żeli jest podobna, czyli żelowa, średnio gęsta, różnią się tylko kolorem. Produkty dobrze łączą się z wodą, nie spadają z dłoni czy myjki.
Jeśli chodzi o zapachy, to moim ulubieńcem okazał się Wild like the ocean, przeważa oczywiście kokos, a w tle wyczuwalna jest nuta jaśminu. Bardzo spodobało mi się to połączenie, chociaż początkowo podchodziłam dość sceptycznie. W Andalusian Dream przeważa cierpki zapach kwiatu pomarańczy z niewielkim dodatkiem słodkiej mandarynki. Jest przyjemny, jednak przy dłuższym stosowaniu staje się męczący. Jeśli chodzi o wersję Coffee & Vanilla to no cóż, spodziewałam się czegoś wow i trochę się zawiodłam. Zapach przypomina mi słodkie, waniliowe cappuccino i o ile w opakowaniu pachnie ładnie tak w kontakcie z wodą aromat ten się ulatnia i żel staje się taki nijaki. Z całej trójki wypadł on jak dla mnie najgorzej.


Jeśli chodzi o działanie to nie mam żadnych zastrzeżeń, wszystkie trzy żele spisują się tak samo. W połączeniu z wodą dobrze się pienią. Ja najbardziej lubię stosować je na myjkę, wtedy z niewielkiej ilości produktu tworzy się puszysta, otulająca chmurka. Żele dobrze odświeżają i oczyszczają skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Nie podrażniają skóry, ani jej nie wysuszają. Jeśli chodzi o wydajność to całkiem spoko, żel stosowany na gąbkę wystarcza na około 3 tygodnie.


Cena każdego z tych żeli regularnie wynosi około 4,50 zł. Bez problemu powinniście dostać jeszcze wersję Coffee & Vanilla oraz Wild like the ocean. Jeśli chodzi o Andalusian Dream to jest to żel z zeszłorocznej edycji limitowanej i aktualnie nie ma go w Rossmannie, ale kto wie, może za jakiś czas pojawi się ponownie. Z tego co wiem, już niedługo pojawią się nowe wersje żeli Isana, ale tym razem raczej odpuszczę, muszę zużyć to co mam i dać szansę innym markom. 


Lubicie żele Isana?

poniedziałek, 1 lipca 2019

Maseczki do twarzy Botanical Flow, Delia Cosmetics

Jakiś czas temu Delia wprowadziła na rynek nową serię kosmetyków do pielęgnacji twarzy, czyli Botanical Flow. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to wiecie, że jako ich ambasadorka otrzymałam paczkę w której znalazłam właśnie produkty z tej serii. W jej skład wchodzą kremy, sera, produkty do oczyszczania twarzy oraz maseczki i to właśnie na tych ostatnich się dzisiaj skupię. 
Do wyboru z linii Botanical Flow mamy dwie maseczki, a dokładnie: Oczyszczająca z zieloną glinką i naturalną wodą kokosową oraz Łagodzącą z czerwoną glinką i naturalnym olejem konopnym. Czy się u mnie sprawdziły? Która bardziej? O tym w dalszej części.


Maseczki umieszczone są w saszetkach o pojemności 10g, jest to idealna ilość aby pokryć twarz dość grubą warstwą produktu. Szata graficzna przyjemna dla oka, kojarzy się z naturą. Mi oczywiście ze względu na miłość do wszystkiego co kokosowe bardziej podoba się wersja oczyszczająca. Na tylnej części opakowania znaleźć można skład, informacje na temat kosmetyku oraz sposób użycia w języku angielskim, nie ma polskiego tłumaczenia. Osoby które mają problem ze zrozumieniem bez problemu znajdą polską wersję w internecie.


Maseczki mają kremową konsystencje, kolor różni się w zależności od glinki jaką znajdziemy w składzie. Oczyszczająca ma odcień pistacjowy, łagodząca zaś różowo-czerwony. Po nałożeniu na twarz trzymałam je około 15-20 minut, w tym czasie nie zasychają, nie tworzą skorupy jak często bywa w przypadku glinek. Niestety zarówno w przypadku maseczki oczyszczającej jak i łagodzącej po aplikacji pojawia się delikatne pieczenie, nie jest one silne, ale do najprzyjemniejszych też nie należy. Na szczęście wraz z upływającym czasie staje się ono coraz słabsze, aż wreszcie znika całkowicie. Podczas zmywania trochę się marze, dlatego najlepiej wspomóc się jakąś chusteczką czy gąbeczką.


Maseczka oczyszczająca ze względu na zawartość wody kokosowej ma słodkawy, ale naturalny zapach kokosa. Jest on cudowny, umila pielęgnacje. Produkt bardzo dobrze oczyszcza i odświeża skórę. Sprawia, że cera jest dobrze zmatowiona, a rozszerzone pory są mniej widoczne. Maseczka delikatnie nawilża buzie, po spłukaniu nie ma efektu ściągnięcia.

W przypadku wersji łagodzącej zapach jest bardziej świeży, ale również przyjemny. Po aplikacji trochę zaniepokoiło mnie to pieczenie, na szczęście nie potrzebnie, ponieważ po spłukaniu buzia nie była zaczerwieniona, a rumieńce które miałam wcześniej na policzkach stały się jaśniejsze. Maseczka odświeża cerę i ją nawilża. Dzięki zawartości oleju konopnego dobrze odżywia i regeneruje skórę. 


Maseczki są całkiem przyjemne, być może do nich wrócę, a w szczególności do wersji kokosowej. Gdyby nie to pieczenie to byłyby idealne, a tak to mają ode mnie małego minusa. Koszt takiej saszetki to 4,99 zł czyli mieści się w średnim przedziale cenowym.

Dodatkowo mam dla Was małą niespodziankę. Do końca lipca kupując kosmetyki Botanical Flow w sklepie internetowym www.sklep.delia.pl po wpisaniu kodu rabatowego: BOTANICAL10 otrzymacie 10% rabatu.


Znacie serię Botanical Flow?