Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

wtorek, 2 lipca 2019

Żele pod prysznic #4: Isana

W moich zapasach żeli pod prysznic przeważają te z Isany, osoby które obserwują mnie na instagramie wiedzą, że kupuję właściwie każdą nową wersję jaka się pojawia. Teraz to się jednak zmieni, ponieważ muszę przyznać, że te żele mi się znudziły, mam ochotę na jakąś odmianę, ale najpierw zużyję to co mam, a to jeszcze trochę potrwa. W dzisiejszym wpisie możecie przeczytać właśnie słów kilka na temat trzech produktów do mycia z tej marki, a dokładnie o wersjach: Coffee & Vanilla, Andalusian Dream oraz Wild like the ocean. Jesteście ciekawi? Jeśli tak to zapraszam do dalszego czytania.


Żele Isany przyciągają oko kolorowymi opakowaniami, grafika przedstawia mniej więcej zapach jakiego możemy się spodziewać. Umieszczone są na nich informacje na temat produktu, sposób użycia oraz skład. Zarówno żel Coffee & Vanilla jak i Andalusian Dream umieszczony jest w plastikowej buteleczce zamykanej na zatrzask. Otwór odpowiedniej wielości ułatwia wydobycie, a pod koniec spokojnie można postawić opakowanie na nakrętce, aby zawartość spłynęła i można było ją wykorzystać do samego końca. Wild like the ocean zaś umieszczony jest w tubce wykonanej z miękkiego plastiku. Zamykanie na zatrzask nie sprawia problemu, nawet kiedy mamy mokre dłonie. Kiedy żel stoi pod prysznicem pod nakrętką zbiera się woda, czego nie lubię, no ale cóż.


Konsystencja żeli jest podobna, czyli żelowa, średnio gęsta, różnią się tylko kolorem. Produkty dobrze łączą się z wodą, nie spadają z dłoni czy myjki.
Jeśli chodzi o zapachy, to moim ulubieńcem okazał się Wild like the ocean, przeważa oczywiście kokos, a w tle wyczuwalna jest nuta jaśminu. Bardzo spodobało mi się to połączenie, chociaż początkowo podchodziłam dość sceptycznie. W Andalusian Dream przeważa cierpki zapach kwiatu pomarańczy z niewielkim dodatkiem słodkiej mandarynki. Jest przyjemny, jednak przy dłuższym stosowaniu staje się męczący. Jeśli chodzi o wersję Coffee & Vanilla to no cóż, spodziewałam się czegoś wow i trochę się zawiodłam. Zapach przypomina mi słodkie, waniliowe cappuccino i o ile w opakowaniu pachnie ładnie tak w kontakcie z wodą aromat ten się ulatnia i żel staje się taki nijaki. Z całej trójki wypadł on jak dla mnie najgorzej.


Jeśli chodzi o działanie to nie mam żadnych zastrzeżeń, wszystkie trzy żele spisują się tak samo. W połączeniu z wodą dobrze się pienią. Ja najbardziej lubię stosować je na myjkę, wtedy z niewielkiej ilości produktu tworzy się puszysta, otulająca chmurka. Żele dobrze odświeżają i oczyszczają skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Nie podrażniają skóry, ani jej nie wysuszają. Jeśli chodzi o wydajność to całkiem spoko, żel stosowany na gąbkę wystarcza na około 3 tygodnie.


Cena każdego z tych żeli regularnie wynosi około 4,50 zł. Bez problemu powinniście dostać jeszcze wersję Coffee & Vanilla oraz Wild like the ocean. Jeśli chodzi o Andalusian Dream to jest to żel z zeszłorocznej edycji limitowanej i aktualnie nie ma go w Rossmannie, ale kto wie, może za jakiś czas pojawi się ponownie. Z tego co wiem, już niedługo pojawią się nowe wersje żeli Isana, ale tym razem raczej odpuszczę, muszę zużyć to co mam i dać szansę innym markom. 


Lubicie żele Isana?

poniedziałek, 1 lipca 2019

Maseczki do twarzy Botanical Flow, Delia Cosmetics

Jakiś czas temu Delia wprowadziła na rynek nową serię kosmetyków do pielęgnacji twarzy, czyli Botanical Flow. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to wiecie, że jako ich ambasadorka otrzymałam paczkę w której znalazłam właśnie produkty z tej serii. W jej skład wchodzą kremy, sera, produkty do oczyszczania twarzy oraz maseczki i to właśnie na tych ostatnich się dzisiaj skupię. 
Do wyboru z linii Botanical Flow mamy dwie maseczki, a dokładnie: Oczyszczająca z zieloną glinką i naturalną wodą kokosową oraz Łagodzącą z czerwoną glinką i naturalnym olejem konopnym. Czy się u mnie sprawdziły? Która bardziej? O tym w dalszej części.


Maseczki umieszczone są w saszetkach o pojemności 10g, jest to idealna ilość aby pokryć twarz dość grubą warstwą produktu. Szata graficzna przyjemna dla oka, kojarzy się z naturą. Mi oczywiście ze względu na miłość do wszystkiego co kokosowe bardziej podoba się wersja oczyszczająca. Na tylnej części opakowania znaleźć można skład, informacje na temat kosmetyku oraz sposób użycia w języku angielskim, nie ma polskiego tłumaczenia. Osoby które mają problem ze zrozumieniem bez problemu znajdą polską wersję w internecie.


Maseczki mają kremową konsystencje, kolor różni się w zależności od glinki jaką znajdziemy w składzie. Oczyszczająca ma odcień pistacjowy, łagodząca zaś różowo-czerwony. Po nałożeniu na twarz trzymałam je około 15-20 minut, w tym czasie nie zasychają, nie tworzą skorupy jak często bywa w przypadku glinek. Niestety zarówno w przypadku maseczki oczyszczającej jak i łagodzącej po aplikacji pojawia się delikatne pieczenie, nie jest one silne, ale do najprzyjemniejszych też nie należy. Na szczęście wraz z upływającym czasie staje się ono coraz słabsze, aż wreszcie znika całkowicie. Podczas zmywania trochę się marze, dlatego najlepiej wspomóc się jakąś chusteczką czy gąbeczką.


Maseczka oczyszczająca ze względu na zawartość wody kokosowej ma słodkawy, ale naturalny zapach kokosa. Jest on cudowny, umila pielęgnacje. Produkt bardzo dobrze oczyszcza i odświeża skórę. Sprawia, że cera jest dobrze zmatowiona, a rozszerzone pory są mniej widoczne. Maseczka delikatnie nawilża buzie, po spłukaniu nie ma efektu ściągnięcia.

W przypadku wersji łagodzącej zapach jest bardziej świeży, ale również przyjemny. Po aplikacji trochę zaniepokoiło mnie to pieczenie, na szczęście nie potrzebnie, ponieważ po spłukaniu buzia nie była zaczerwieniona, a rumieńce które miałam wcześniej na policzkach stały się jaśniejsze. Maseczka odświeża cerę i ją nawilża. Dzięki zawartości oleju konopnego dobrze odżywia i regeneruje skórę. 


Maseczki są całkiem przyjemne, być może do nich wrócę, a w szczególności do wersji kokosowej. Gdyby nie to pieczenie to byłyby idealne, a tak to mają ode mnie małego minusa. Koszt takiej saszetki to 4,99 zł czyli mieści się w średnim przedziale cenowym.

Dodatkowo mam dla Was małą niespodziankę. Do końca lipca kupując kosmetyki Botanical Flow w sklepie internetowym www.sklep.delia.pl po wpisaniu kodu rabatowego: BOTANICAL10 otrzymacie 10% rabatu.


Znacie serię Botanical Flow? 

niedziela, 30 czerwca 2019

Czy warto wybrać się na depilacje laserową?

Lato w pełni, słońce przygrzewa. Na co dzień stawiamy na zwiewne stylizacje, które odsłaniają większą część ciała, krótkie spodenki, spódniczki, topy to codzienność. Najpierw jednak warto zadbać o piękną, gładką skórę bez zbędnego owłosienia. Metod depilacji jest wiele, do wyboru mamy tradycyjne golenie maszynką, kremy do depilacji, wosk, pastę cukrową, a także depilację laserową o której właśnie będzie ten wpis. 



Depilacja laserowa to zabieg do którego wykonania wykorzystywana jest wiązka światła lasera. Przenika ona w głąb skóry niszcząc cebulki włosa wraz z ich korzeniami, dzięki czemu owłosienie nie odrasta a ciało pozostaje gładkie. Warto pamiętać, że czym włoski są ciemniejsze i grubsze tym efekt jaki uzyskujemy dzięki zabiegowi jest lepszy. Aby usunąć owłosienie z danej partii ciała nie wystarczy jednak jeden zabieg, ponieważ laser działa tylko na włosy w fazie wzrostu, przez co trzeba go powtarzać, ile razy dokładnie Wam nie powiem, ponieważ jest to ustalane indywidualnie. Sesje depilacji laserowej wykonywane są co 5-6 tygodni. 

Depilacji laserowej można poddać właściwie całe ciało, wykluczone są jedynie okolice brwi. Dlaczego? A no dlatego, że są one umieszczone za blisko oczu i może dojść do uszkodzenia wzroku. Podczas zabiegu zarówno pacjent jak i obsługa muszą mieć założone specjalne okulary ochronne, aby odpowiednio zadbały o oczy.

Pamiętajcie jednak, że niestety nie każdy może zdecydować się na taką formę depilacji. Przeciwwskazaniami do zabiegu jest m.in. ciąża, cukrzyca, bielactwo, padaczka, łuszczyca czy także przyjmowanie leków fotouczulających. Depilacji nie powinno się również przeprowadzać na opalonym ciele, ponieważ ze względu na większą ilość melaniny laser może nawet poparzyć skórę. 

Decydując się na zabieg depilacji laserowej warto wybrać sprawdzony salon/gabinet w którym pracują profesjonaliści. Jednym z takich miejsc jest DepiCare, na ich stronie znajdziecie dowiecie się jeszcze więcej na temat depilacji oraz znajdziecie ich aktualny cennik.


Co myślicie na temat depilacji laserowej? Myślicie nad takim zabiegiem, a może już z niego skorzystałyście? Jak wrażenia?

sobota, 29 czerwca 2019

Książka na wieczór: Twoja kolej na śmierć, Peter James

Jestem ciekawa jak to jest u Was. Czy sięgacie regularnie po książki? Lubicie czytać? Jaki gatunek jest Waszym ulubionym?
Ja miałam długą przerwę w czytaniu, zawsze twierdziłam że nie mam na to czasu, że są inne ważniejsze rzeczy do zrobienia. Powiem Wam jednak, że odkąd zaczęłam czytać chociaż po kilka stron dziennie czuje się lepiej. Książki pomagają rozwijać naszą wyobraźnię, poszerzają słownictwo i poprawiają ortografię. Najczęściej sięgam po kryminały, thrillery, czasami po coś lżejszego, co zresztą pewnie zauważyliście jeśli obserwujecie mnie już dłuższy czas. 
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki "Twoja kolej na śmierć", którą napisał Peter James. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że jest genialna i warto po nią sięgnąć, o ile oczywiście lubicie thrillery. Jeśli chcecie się dowiedzieć o niej więcej to zapraszam do dalszej lektury.


O książce:
Tytuł: Twoja kolej na śmierć
Autor: Peter James
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: miękka
Ilość stron: 464
Data premiery: 5 czerwca 2019
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Czy w spokojnym nadmorskim kurorcie pojawił się pierwszy seryjny zabójca od 80 lat…?
Ostatnie słowa, które wypowiedziała narzeczona do Jamiego Balla, padły w trakcie przerażającej rozmowy telefonicznej. Chwilę wcześniej Logan Somerville wjechała na znienawidzony przez siebie parking podziemny pod budynkiem, w którym mieszkali. Bała się tego miejsca. Kilka sekund po tym, jak Jamie usłyszał w słuchawce krzyk ukochanej, połączenie zostało przerwane. Policja błyskawicznie przyjechała na miejsce, ale Logan już tam nie było. Samochód stał jak gdyby nigdy nic, zaparkowany na swoim miejscu. W środku leżał telefon.
Tego samego popołudnia robotnik pracujący w parku w innej części miasta wykopał zwłoki dwudziestokilkuletniej kobiety. Jak się okazało, nie żyła od 30 lat. Komisarz Roy Grace nie pomyślał nawet, że te dwa zdarzenia mogło coś łączyć. Jednak niedługo później kolejna kobieta mieszkająca w Brighton zaginęła, a w innej części miasta ponownie znaleziono ciało.
W tym samym czasie do drzwi znanego londyńskiego psychiatry zapukał człowiek, który twierdził, że ma informacje o Logan. Od tego wydarzenia Roy Grace nie mógł spać spokojnie. Coś podpowiadało mu, że w słowach nieznajomego tkwi klucz do rozwiązania zagadki przestępstw z Brighton – teraźniejszych i przeszłych…


Kiedy zobaczyłam na okładce informacje, że na całym świecie zostało sprzedane ponad 18 milionów egzemplarz podejrzewałam, że to musi być świetna. Nie czytałam wcześniej książek tego autora, więc nie wiedziałam czego się spodziewać, jednak z każdą kolejną stroną wiedziałam, że chcę przeczytać inne jego dzieła.

Głównym bohaterem książki jest nadinspektor Roy Grace, który wraz ze swoim zespołem zmierzyć musi się z seryjnym mordercom zwanym wypalaczem, który pojawia się w nadmorskim kurorcie. Ofiary są przez niego starannie wybierane, są do siebie podobne, muszą być młode i mieć długie brązowe włosy. Zanim je porywa skrupulatnie nad nimi pracuje, wie o nich wszystko, gdzie mieszkają, pracują, z kim się spotykają itd. Morderca nazywa ofiary swoimi projektami, które gwałci, torturuje, a ostatecznie zabija. Twierdzi, że każda z tych kobiet jest jego własnością, dlatego też na ich ciele wypala gorącym żelazem napis "I nie żyjesz"

Śledztwo wcale nie jest takie łatwe jakby początkowo się wydawało, seryjna morderca doskonale wie co robi i jak ma się ukrywać. Co ciekawe, początkowo nikt z policji nie zdaje sobie sprawy, że wypalaczem jest osoba na którą często napotykają. 

Kto okaże się sprytniejszy, czy będą to detektywi, czy jednak morderca? Czy uda im się go złapać, a może mimo wszystko ucieknie? Ile kobiet uda mu się zabić? Dlaczego to robi?
Na te pytania będziecie mogli sobie odpowiedzieć po przeczytaniu książki.


Książkę czyta się dość szybko, podzielona jest na rozdziały, jedne opowiadają o postępie w śledztwie policjantów i ich życiu, drugie zaś opisują postępowanie mordercy. Muszę przyznać, że thriller jest bardzo ciekawy, trzyma w napięciu i ciężko się oderwać od lektury. Nie jest to książka w której leje się dużo krwi, chociaż pewne momenty do najprzyjemniejszych nie należą i mogą trochę obrzydzać. Wiem jednak, że fanom takich książek to nie przeszkadza, bo w większości thrillerów, czy kryminałów takie wątki się pojawiają. Ja ze swojej strony polecam tą książkę całym serduszkiem!


Dziękuję Wydawnictwu Albatros za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki, fakt że otrzymałam ją w ramach współpracy nie wpłynął na tekst recenzji.

Co aktualnie czytacie?

czwartek, 27 czerwca 2019

Ratunek na poparzenia słoneczne, czyli żel Thermi

W Polsce lato w pełni, temperatury cały czas idą w górę, słoneczko świeci. Jak już wiele razy wspominałam, lubię taką pogodę, dopiero w takie dni czuję że żyję. No dobra, przyznaje, wczoraj kiedy termometr pokazywał już prawie czterdzieści kresek to tak miło nie było, ale narzekać nie będę. 
W takie dni bardzo łatwo o poparzenia słoneczne, które niestety do najprzyjemniejszych nie należą, chociaż powiem Wam, że tylko raz mi się to zdarzyło. Było to już kilka lat temu, spędziłam kilka godzin na plaży i to w największe słońce, po fakcie wiedziałam, że była to głupota, no ale cóż. Na szczęście ze względu na ciemną karnacje zaczerwienienia szybko zeszło i skóra nie zeszła. 
Wiem jednak, że wielu osobom poparzenia słoneczne zdarzają się o wiele częściej niż mi i szukają sposobu jak poradzić sobie z dyskomfortem. Znalazłam na to idealny produkt, a dokładnie żel pielęgnująco-łagodzący Thermi.


Żel umieszczony jest w białej tubce o pojemności 75 ml. Jest na tyle mała, że spokojnie można ją wrzucić do torebki, bagażu czy też do apteczki. Nakrętka łatwo się odkręca a pod nią znajduje się mały otwór przez którą bez problemu można wydobyć zawartość. Tubka dodatkowo umieszczona jest w kartoniku na którym znaleźć można informacje na temat produktu, wskazania oraz skład. Opakowanie jest przejrzyste i czytelne, szata graficzna skromna, ale ładna. 


Konsystencja żelowa, przeźroczysta, pod wpływem ciepła skóry zaczyna się topić. Na ciele łatwo się rozprowadza i szybko się wchłania. 
Produkt posiada bardzo delikatny, świeży, jakby lekko miętowy zapach. Wyczuwalny jest podczas wydobywania z opakowania, później się ulatnia, więc nie powinien on nikomu przeszkadzać.


Żel pielęgnacyjąco-łagodzący Thermi ma kilka zastosowań, u mnie w pierwszej kolejności był on wypróbowany na poparzenia słoneczne i muszę przyznać, że sprawdza się idealnie. Mój chłopak jakiś czas temu pracując na działce spalił sobie strasznie plecy, postanowiłam poratować go tym żelem i przy okazji sprawdzić czy działa. R. już podczas smarowania mówił, że czuje ulgę. Pojawiło się przyjemne chłodzenie, które zmniejszyło dyskomfort, a przy okazji produkt delikatnie nawilżył skórę. Kilka zastosowań w odstępie paru godzin i zaczerwienienie zniknęło, obyło się bez bąbli i schodzącej skóry.
Żel Thermi sprawdza się również na wszelkiego rodzaju podrażnienia, np. po depilacji. U mnie szczególnie latem po goleniu na nogach pojawiają się czerwone plamki, skóra swędzi. Wystarczy cienka warstwa żelu i problem po kilkunastu minutach znika.
Oprócz tego po żel warto również sięgać w przypadku ukąszeń owadów, np. komarów. Produkt pomaga zniwelować swędzenie i sprawia, że bąbel szybciej znika. 


Trzeba przyznać, że żel Thermi jest produktem uniwersalnym, ma wiele zastosowań. Moim zdaniem warto mieć go w swoim domu, tym bardziej że cena nie jest wysoka, kosztuje około 10 zł. Ja na pewno zaopatrzę się w kolejne opakowanie i zabiorę go ze sobą na wakacje.


Znacie żel pielęgnacyjno-łagodzący Thermi?

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Bielenda Cloud Mask, czyli maseczki bąbelkujące

Tak siedzę i się zastanawiam czy jest jakaś opcja, żeby wydłużyć dobę? Dwadzieścia cztery godziny to ostatnio dla mnie zdecydowanie za mało, przez co zaniedbuje niektóre sprawy, m.in. bloga. Mam nadzieję, że z czasem to się jednak unormuje i wpisy będą się znowu pojawiać regularnie.

Nie będę jednak przedłużać, przejdźmy od razu do tematu, czyli maseczek bąbelkujących Bielenda Cloud Mask. Kupiłam je kilka miesięcy temu w Rossmannie na jakiejś promocji, ostatnio jednak podjęłam decyzje, że czas je wypróbować i zabrałam się za testy. Jak się u mnie sprawdziły? Czy kupię maseczki ponownie? Tego dowiecie się z dalszej części wpisu.


Maseczki umieszczone są w saszetkach w kształcie chmurki o żywych, energetyzujących kolorach. Trzeba przyznać, że rzucają się w oczy z daleka i ciężko ich nie zauważyć będąc na zakupach w drogerii. Opakowania mają przejrzystą szatę graficzną, można znaleźć na nich opis produktu, skład oraz sposób użycia.
Maseczki mają płynną, żelową konsystencje w kolorze takim jak ich opakowania. Już po chwili od nałożenia zaczynają bąbelkować i pojawia się cudowne łaskotanie skóry, uwielbiam to uczucie. Biała piana jaka się pojawia jest lekka, a zarazem taka dosyć sztywna, nie spada z twarzy, można spokojnie w niej chodzić. Po zaprzestaniu bąbelkowania należy pozostałości wmasować w skórę, zostawić na kilka chwil i spłukać, co nie sprawia problemu. 


Jeśli chodzi o zapach to najintensywniejszy jest od podczas aplikacji, następnie stopniowo się ulatnia. 

Moje serduszko pod tym względem podbiła maseczka Mango Balango! Ma ona śliczny aromat owoców tropikalnych, przeważa mango jak sama nazwa zresztą wskazuje. Zapach jest naturalny, aż chciałoby się zjeść!

Merry Berry pachnie jagodami, jednak nie są one tak do końca naturalne, mają niestety dodatek sztucznego aromatu. Nie mówię, że jest zły, ale spodziewałam się czegoś lepszego.

W przypadku Banana Cabana to pierwsze co przyszło mi na myśl po aplikacji to syrop z dzieciństwa, nie pamiętam już czy był on na gorączkę czy na co, ale pachniał słodko, bananowo, a smaku był okropny. Aromat maseczki ma w sobie delikatną nutę sztuczności, ale to jak chyba większość produktów z tym owocem.

Ostatnia maseczka czyli Mohito Despacito ma zapach przyjemny, rześki, taka limonka z dodatkiem niewielkiej ilości cukru. 


Maseczki Cloud Mask umilają pielęgnację, stosować je można zarówno wieczorem dla zrelaksowania się po całym dniu obowiązków jak i rano, aby pobudzić się do życia. Myślę, że nawet osoby, które nie są przekonane do maseczek te polubią ze względu na śliczne opakowania, wygodne stosowanie i cudowną chmurkę jaką tworzą na twarzy. Jeśli chodzi o działanie to mają one podobne, nie różnią się od siebie jakoś szczególnie. Maseczki dobrze odświeżają, delikatnie oczyszczają i wygładzają skórę. Buzia jest przyjemna w dotyku, rozjaśniona i delikatnie nawilżona. To ostatnie jednak jest dla mnie zbyt słabe i nałożenie kremu jest konieczne, jednak to nie problem. 
Maseczki Cloud Mask bardzo polubiłam i chętnie skuszę się na nie ponownie. Mam nadzieję też, że Bielenda pomyśli o kolejnych, nowych wersjach zapachowych. 


Znacie Cloud Mask? Lubicie maseczki bąbelkujące?

wtorek, 18 czerwca 2019

Pudełko BeGlossy: Owocowe odkrycia

Od jakiegoś roku, a nawet i dłużej obiecywałam sobie, że nie zakupię więcej pudełek z kosmetykami w ciemno. Kiedyś przed kilka miesięcy subskrybowałam pewien box, niestety mówiąc szczerze więcej razy się byłam zawiedziona niż zadowolona. W weekend jednak na InstaStory u Izy zobaczyłam zapowiedź najnowszego, czerwcowego pudełka BeGlossy i przepadłam, było tak kuszące, że musiałam zamówić. Z racji tego, że znalazłam kod rabatowy, zapłaciłam za niego 39 zł. Czy było warto? O tym poniżej.


Pudełko BeGlossy: Owocowe odkrycia dotarło do mnie dzisiaj, od razu zabrałam się za zrobienie zdjęć i siadłam do pisania, żeby podzielić się z Wami pierwszy wrażeniem na jego temat. 
W środku znalazłam 6 kosmetyków pełnowymiarowych, a właściwie 7, ponieważ dwa są takie same oraz próbki, jako prezent od firmy. Dodatkowo klientki VIP, czyli osoby które posiadają aktywny pakiet na 6 lub 12 miesięcy, albo mają subskrypcję przez minimum 6 miesięcy, otrzymały Rozjaśniające serum z utrastabilną witaminą C z Bielendy Professional. Ja akurat do tych osób nie należę, a szkoda, ponieważ witaminę C w kosmetykach bardzo lubię.


W moim pudełku znalazł się :

Nawilżający żel pod prysznic Biała Brzoskwinia i Nektarynka, Le Petit Marseillais - ten żel już akurat miałam i bardzo dobrze go wspominam! Ma cudowny zapach, który umila kąpiel, dobrze oczyszcza i nie wysusza skórę. Żel zabiorę chyba ze sobą na wakacje, ponieważ ma szczelne i poręczne opakowanie.

Dezodorant w kulce Ipanema Nights, Fa - za dezodorantami w kulce nie przepadam, zdecydowanie wolę te w sprayu. Ten jednak chętnie zużyję, ponieważ zapach bardzo mi się podoba. Połączenie jaśminu i marakui to strzał w 10. Wersja ta występuje zamiennie z Amazonia Spirit. 

Pielęgnująca pomadka do ust Mango Shine, Nivea - ostatnio zastanawiałam się nad tą pomadką będąc na zakupach w Rossmannie, ale nie kupiłam. Cieszę się, że w pudełku znalazła się właśnie ta wersja, uwielbiam mango i mam nadzieję, że zapach nie będzie sztuczny.

Złuszczające kwasy w chusteczce do ciała, Tołpa - ten produkt akurat podoba mi się najmniej. Nie wiem czy dwie chusteczki wystarczą na całe ciało, po za tym w peelingach lubię uczucie drapania, masażu, a z tym kosmetykiem tego nie otrzymam.


Avocado Vegan Mask - Maska w płachcie, L'Biotica - jak wiecie uwielbiam maseczki do twarzy, lubię też tą markę, więc jestem jej bardzo ciekawa, tym bardziej że jest to nowość. W pudełku znaleźć można jedną z trzech wersji: Avocado, Papaya lub Raspberry, mi trafiła się ta pierwsza. Mówiąc szczerze, wolałabym owocową, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Na pewno wypróbuję i dam Wam znać czy się sprawdziła.

Kremowy rozświetlacz z linii Summer Festival, AA Wings of Color - uwielbiam rozświetlacze, szczególnie latem, pięknie podkreślają opaleniznę. Zdecydowanie wolę prasowane, ale dam mu szansę. Pierwsze testy już za mną, co prawda tylko na dłoni, ale efekt bardzo mi się podoba, jest błysk i to dość mocny. 

Próbki Animal BB Cream SPF 50, Skin 79 - jest to prezent od firmy. Te kremy ciekawią mnie od dawna, sporo dobrego czytałam na ich temat, teraz mam okazję sprawdzić i dopasować odpowiedni odcień dla siebie. Kto wie, może pierwsze wrażenie będzie na tyle pozytywne, że skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie.


Mówiąc szczerze, po zapowiedzi jaką zobaczyłam spodziewałam się czegoś bardziej wow, a tu no cóż.. kosmetyki łatwo dostępne, do kupienia w większości drogerii. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem nie zadowolona, bo wszystkie produkty chętnie wypróbuję, nic się nie zmarnuje. 
Czy skuszę się na pudełko w kolejnym miesiącu? Myślę, że tak! Dlatego spodziewajcie się podobnego wpisu w lipcu.


Co sądzicie o zawartości czerwcowego BeGlossy?