Obserwatorzy

sobota, 12 stycznia 2019

Przegląd maseczek #3

Niestety w grudniu zaniedbałam regularne sięganie po maseczki, ponieważ kiedy wracałam po 22 z pracy to jedyne o czym marzyłam to łóżko. W styczniu jednak postanowiłam to nadrobić i regularnie co 2-3 dni nakładam maseczkę na twarz i czuję, że cera jest mi za to wdzięczna. W dzisiejszym poście przedstawię Wam cztery saszetki po które sięgnęłam w ostatnim czasie. 


Błyskawiczna maseczka wygładzająca 3w1 Ultra Nawilżenie Hyaluron Expert, Eveline

Błyskawiczna maseczka wygładzająca 3w1 na bazie ultra-naprawczej receptury z 3 rodzajami kwasu hialuronowego została opracowana z myślą o cerze suchej z objawami odwodnienia, takimi jak szorstkość, spadek sprężystości i widoczne linie mimiczne. Błyskawicznie po aplikacji tworzy na powierzchni skóry hialuronową mikrosiateczkę, która napina skórę w miejscach wymagających intensywnego ujędrnienia. Likwiduje zaawansowane oznaki starzenia się skóry, działając od zewnątrz i w głębi naskórka: redukuje ilość i głębokość zmarszczek. Olejek migdałowy i witamina E zapewniają natychmiastowy wzrost nawilżenia skóry już od pierwszych minut działania. Produkt testowany dermatologicznie.

Maseczka umieszczona jest w saszetce o pojemności 7 ml, co wystarcza na pokrycie twarzy dość grubą warstwą. Delikatny, przyjemny zapach dodatkowo relaksuje. Maseczka ma lekką, kremową konsystencje, dzięki czemu łatwo się rozprowadza. Moja skóra są dosłownie piła, po około 10 minutach na twarzy zostały już resztki produktu, które delikatnie wmasowałam i pozostawiłam do wchłonięcia. Maseczka bardzo dobrze nawilża i wygładza cerę. Buzia zdrowo i promiennie się prezentuje. Co prawda jest ona polecana do cery suchej, jednak na mojej mieszanej również sprawdziła się świetnie.


Oliwkowa maska kaolinowa z cynkiem oczyszczająco-ściągająca Liście Zielonej Oliwki, Ziaja 

Natychmiastowa poprawa wyglądu skóry w mini dawce. Zawiera esencję z liści zielonej oliwki, glinkę kaolin i tlenek cynku. Ma charakterystyczną konsystencję i szybko wysycha. Doskonale oczyszcza i redukuje niedoskonałość skóry.

Maseczka umieszczona jest w saszetce o pojemności 7 ml. Zapach przyjemny, delikatny, oliwkowy, nie utrzymuje się jakoś długo. Konsystencja kremowa, łatwo się rozprowadza. Maseczka zasycha po około 10-15 minutach zasycha. Podczas zmywania najlepiej wspomóc się gąbeczką lub chusteczką, wtedy idzie łatwiej i szybciej. Maseczka oczyszcza i odświeża skórę, dobrze pochłania nadmiar sebum ze strefy T. Cera jest wygładzona, delikatna w dotyku. Podoba mi się jej działanie, chociaż znam maseczki, które bardziej oczyszczają, mimo wszystko często sięgam po Ziaje ze względu na cenę.


Maseczka do twarzy Duetus

Maseczka do twarzy przeznaczona do zaawansowanej pielęgnacji cery mieszanej lub z niedoskonałościami. 
Glinka zielona i olej z konopi oczyszczają i zmniejszają pory, regulując proces wydzielania sebum. Zawarty w maseczce węgiel aktywny posiada zdolność przyciągania oraz pochłaniania toksyn i różnego rodzaju zanieczyszczeń. Kwas salicylowy dogłębnie oczyszcza i rozjaśnia powierzchowne przebarwienia. Ekstrakt z lukrecji gładkiej, sorbitol oraz olej z pestek winogron odpowiadają jednocześnie za utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia. 
Po zastosowaniu maseczki skóra staje się widocznie wygładzona, odświeżona i zmatowiona.


Maseczkę tą kupiłam jakoś w sierpniu, akurat była to nowość i można było nabyć w sklepie internetowym Sylveco za 1zł, aż żal nie skorzystać, tym bardziej że jej regularna cena to 6 zł. Saszetka zawiera 10 ml produktu, co wystarcza na jedną aplikacje. Ma ona intensywny ziołowy zapach, który pewnie nie każdemu się spodoba, mi on jednak nie przeszkadzał. Maseczka ma czarny kolor i kremową konsystencje, łatwo się rozprowadza na skórze. Problem pojawia się przy zmywaniu, jeśli nie chcecie aby wszystko dookoła było w kolorze czarnym to najlepiej wspomóc się gąbeczką lub chusteczką. Działanie maseczki jednak wynagradza to wszystko. Skóra jest po niej cudownie oczyszczona, płytkie zaskórniki z nosa zostają usunięte, buzia jest wygładzona. Oprócz dobrego oczyszczenia maska dobrze nawilża, nie pozostawia uczucia ściągnięcia, skóra nie domaga się kremu nawilżającego. Moim zdaniem jest ona warta swojej ceny regularnej.


Maska kompres Nawilżenie i Ukojenie, Moisture + Comfort, Garnier

Maska Kompres Comfort Nawilżenie i Ukojenie do skóry suchej i wrażliwej to sposób na intensywne nawilżenie skóry - ekwiwalent tygodnia nawilżania w zaledwie 15 minut. Ciesz się ukojoną i miękką w dotyku skórą.
Maska jest nasączona ekstraktem z rumianku, roślina znana ze swojego kojącego działania na skórę. Formuła łagodzi uczucie ściągnięcia skóry*, długotrwale nawilża i daje uczucie bardziej ukojonej skóry. Materiał ze 100% naturalnego włókna celulozowego idealnie dopasowuje się do kształtu twarzy. Maska jest odpowiednio wycięta, tak by pasować do wszystkich kształtów twarzy i pozwalać na maksymalne pokrycie całej skóry twarzy

W dość sporej saszetce umieszczona jest maska w płacie. Wykonana jest ona z włókna celulozowego, a dodatkowo na sobie ma taką foliową warstwę ochronną, którą należy zdjąć po aplikacji. Płachta jest dość duża, łatwo się dopasowuje, jednak moim zdaniem ma odrobinę na za małe otwory na oczy. Maska jest mocno nasączona, ma przyjemny, świeży zapach. Trzymałam ją na twarzy ponad 20 minut, po ściągnięciu wklepałam pozostałości esencji. Maseczka bardzo dobrze nawilża i odżywia skórę. Wszelkiego rodzaju zaczerwienienia są ukojone i rozjaśnione. Miałam okazję testować wszystkie trzy maseczki z tej serii i stwierdzam, że ta jest najlepsza! 

Pamiętacie o regularnym stosowaniu maseczek?

piątek, 11 stycznia 2019

Łagodzący peeling do skóry głowy z kwasem salicylowym i cukrem, Vianek

Peeling skóry głowy wykonuję od dawna, robiłam to domowym sposobem, czyli do porcji szamponu dodawałam cukier i wykonywałam masaż. Jakiś czas temu postanowiłam kupić gotowy produkt, aby zobaczyć czy który sprawdza się lepiej. Wybór padł na Łagodzący peeling do skóry głowy z kwasem salicylowym i cukrem z Vianka. Dlaczego akurat ten ? A no dlatego, że w sklepie internetowym Sylveco trwała wtedy promocja na darmową wysyłkę, więc stwierdziłam że swoje testy tego typu produktów zacznę właśnie od tego.



Peeling umieszczony jest w plastikowym słoiczku o pojemności 150 ml. Nakrętka nie stawia dużego oporu, nawet jeśli mam wilgotne dłonie łatwo ją odkręcić. Lubię takie opakowania, ponieważ mam wtedy pewność, że wydobywam zawartość do samego końca i nic nie zostaje na ściankach. Szata graficzna bardzo ładna, przyciąga oko, podoba mi się ten motyw kwiatowy, który pojawia się na wszystkich produktach z tej marki. Na opakowaniu znajdują się takie informacje jak zapewnienia producenta oraz skład. 



Peeling ma średnio gęstą, oleistą konsystencje z dodatkiem sporej ilości drobinek cukru. Łatwo nabiera się i rozprowadza na skórze głowy. Przed użyciem najlepiej jednak go rozmieszać, bo cukier opada na dno. Co do zapachu to jest on dziwny, ciężko mi go opisać. Przyznaje, że nie polubiliśmy się, jednak bardzo szybko się ulatnia i po nałożeniu nie jest on już wyczuwalny. 


Tak jak zaleca producent nakładam peeling na mokrą skórę głowy i wykonuję masaż, następnie zostawiam go na kilka minut i normalnie myję głowę szamponem. Drobinki cukru są małe, ale przyjemnie masują skórę i dobrze usuwają z niej martwy naskórek. Skóra głowy jest po nim dobrze oczyszczona, odświeżona i nawilżona. Stosuję go raz na tydzień, czasem raz na dwa, bo przyznaję się bez bicia, że zdarza mi się o nim zapomnieć. Zauważyłam, że odkąd używam tego peelingu skóra głowy mniej się przetłuszcza i mogę rzadziej myć włosy, co 3-4 dni, gdzie wcześniej musiałam robić to co drugi dzień. Produkt ma również pomóc w pozbyciu się łupieżu, ale w tym temacie się nie wypowiem, ponieważ już od dawna (żeby nie przechwalić) nie mam z nim problemu.


Wydajność produktu zadowalająca, nie potrzeba go jakoś dużo na jedną aplikacje. Ciężko mi jednak określić dokładnie na ile użyć wystarczył. W cenie regularnej kosztuje on około 25 zł, nie jest to jakaś wysoka kwota, tym bardziej że produkt sprawdza się bardzo dobrze. 


Używacie peelingów do skóry głowy ?

środa, 9 stycznia 2019

Idealny duet na zimę od Weleda Skin Food

Jakoś na początku grudnia dotarła do mnie paczka z dwoma kosmetykami Weleda z serii Skin Food, w środku znalazłam masło do ciała oraz masełko do ust. Wcześniej słyszałam o tej marce, jednak nie miałam okazji nic wcześniej testować. Dużym plusem jest fakt, że Weleda produkuje kosmetyki wyłącznie z naturalnych składników bez dodatków sztucznych konserwantów. 
Czy jestem zadowolona z tych produktów ? O tym przeczytacie niżej. 


Masło do ciała otrzymujemy w plastikowym słoiczku o pojemności 150ml. Lubię taką formę opakowania, ponieważ mam pewność, że wydobędę zawartość do samego końca. Pod nakrętką znajduje się zabezpieczenie, dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami nie wkładał palców do zawartości. Kolorystyka opakowania utrzymana jest w kolorystyce biało-zielonej, szata graficzna skromna, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Na słoiczku znajdziemy informacje od producenta oraz skład.


Masło ma gęstą, zbitą konsystencje, jednak nie ma problemu, aby nabrać je na palce. W kontakcie z ciepłą skórą zaczyna się topić, dzięki czemu łatwo można je rozprowadzić na ciele. 
Według producenta zapach produktu to połączenie lawendy i pomarańczy i kiedy to przeczytałam byłam przerażona, ponieważ zwykle ten kwiat wywołuje u mnie ból głowy i mdłości. Po otwarciu opakowania okazało się jednak, że moje obawy były niepotrzebne, w maśle przeważają nuty cytrusowe z niewielkim dodatkiem lawendowego aromatu. Zapach utrzymuje się jakiś czas na ciele oraz przenosi się na pościel.


Masło nakładam po wieczornym prysznicu na rozgrzaną jeszcze skórę, dzięki czemu łatwiej się rozprowadza i szybciej wchłania. Ze względu na bogatą konsystencje muszę odczekać kilka minut zanim się ubiorę, aby produkt dobrze wniknął w skórę. Nie pozostawia na ciele tłustej warstwy, która się lepi, jak to czasami bywa w przypadku tego typu produktów. Skóra jest po nim cudownie nawilżona, odżywiona i mięciutka. Co najważniejsze efekty są długotrwałe, a nie znikają po kilku godzinach. W okresie grzewczym balsamu muszę używać codziennie, ponieważ moja skóra jest podatna na przesuszenia, w przypadku tego masła mogłabym się smarować co drugi dzień, chociaż i tak staram się to robić po każdym prysznicu.


Można by pomyśleć, że produkt o pojemności 150 ml nie wystarczy na długo, jednak w przypadku tego masła takie myślenie się nie sprawdza. Na jedną aplikacje nie potrzeba go dużo, małą ilość można rozsmarować na dużą powierzchnię ciała. Czasami mimo tego, że nakładam go naprawdę mało i tak mam wrażenie, że użyłam zbyt dużo i muszę dłużej czekać aż się wchłonie. Produkt kosztuje około 70 zł, fakt jest to dość wysoka cena, ale moim zdaniem naprawdę warto!


Masło do ust umieszczony jest w małej tubce o pojemności 8 ml wykonanej z miękkiego plastiku. Pod nakrętką znajduje się taki zaokrąglony aplikator, który ułatwia rozprowadzenie produktu na ustach. Tubka dodatkowo umieszczona jest w kartoniku na którym znajdziemy informacje od producenta oraz skład. Małe opakowanie jest poręczne, masełko możemy spokojnie wrzucić sobie do torebki lub kieszeni.
Produkt ma postać gęstego żelu, jednak nie ma problemu z jego wydobyciem czy rozprowadzeniem na wargach. Ma przyjemny zapach podobny do masła do ciała, jednak zdecydowanie delikatniejszy.


Zimą moje usta są skłonne do przesuszeń, dlatego przed każdym wyjściem na zewnątrz staram się smarować je balsamem. Masełko bardzo dobrze nawilża, odżywia i zabezpiecza wargi przed pękaniem. Tworzy na ustach jakby taki ochronny film, który utrzymuje się na nich nawet kilka godzin, w zależności czy jemy/pijemy. Masełko w niewielkiej ilości sprawdza się również pod matowe pomadki. Nakładam wtedy cieniutką warstwę i po kilku minutach nakładam szminkę, zapobiega to wysuszeniu, które często powodują płynne pomadki. 
Masło jest wydajne, używam go regularnie i nadal jest go sporo w opakowaniu. Jego koszt to około 30 zł, jak na balsam do ust to cena nie jest niska, jednak patrząc na działanie to warto.


Podsumowując : Oba produkty świetnie się u mnie sprawdziły i mimo tego, że do tanich nie należą to moim zdaniem warto jest wypróbować!

Znacie kosmetyki Weleda ? Używaliście produkty z serii Skin Food?


zBLOGowani.pl

wtorek, 8 stycznia 2019

Krem BB Healthy Mix, Bourjois

Wiele razy wspominałam o tym, że jestem fanką podkładu Healthy Mix z Bourjois, jest on lekki a przy tym ładnie kryje i wyrównuje koloryt. Kiedy dowiedziałam się, że marka wypuściła na rynek krem BB z tej serii jakoś mnie nie kusił, bo nie przepadam za tego typu produktami. Jakiś czas później zobaczyłam jednak, że wiele osób twierdzi, iż jest on lepszy niż podkład dlatego postanowiłam go wypróbować. 


Krem otrzymujemy w tubce wykonanej z miękkiego plastiku o pojemności 30 ml. Po odkręceniu nakrętki ukazuje się mały dzióbek za pomocą którego wydobywa się produkt. Ze względu na konsystencję trzeba uważać, aby nie wylać go za dużo. Szczerze mówiąc wygodniejsze byłoby opakowanie z pompką, ale do tego też można się nauczyć. Duży plus za to, że dzióbek przed pierwszym użyciem posiada zabezpieczenie, dzięki czemu wiemy czy ktoś przed nami 'testował' już produkt w drogerii. Tubka w czerwonym kolorze i srebrna nakrętka przyciąga oko. Na tylnej części opakowania znajdziemy opis kosmetyku oraz skład.


Krem jest dość płynny, co mnie zaskoczyło, bo myślałam że będzie gęstszy niż podkład. Trzeba nauczyć się z nim współpracować i wybrać najlepszą dla siebie metodę aplikacji.
Występuje on w trzech odcieniach, ja posiadam 02 medium. Nie jest on ani bardzo jasny, ani ciemny, ma w sobie żółte tony, ładnie dopasowuje się do cery. 
Krem tak samo jak cała serie Healthy Mix ma przyjemny owocowy aromat, który umila aplikacje. Muszę przyznać, że uwielbiam ten zapach i często okręcam go tylko po to aby powąchać.


Krem próbowałam aplikować zarówno palcami jak i gąbeczką, jednak zdecydowanie wolę ten drugi sposób. Mimo rzadkiej konsystencji produkt bardzo ładnie kryje drobne niedoskonałości i wyrównuje koloryt. Krycie można sobie stopniować i ewentualnie nałożyć dodatkową warstwę. Zapewnia on naturalne wykończenie, nie robi efektu maski. Cera prezentuje się zdrowo i wygląda na wypoczętą. Słyszałam opinie, że krem ciemnieje po aplikacji, jednak u mnie nic takiego nie wystąpiło, odcień ładnie dopasowuje się do cery. Krem zawsze utrwalam pudrem, dzięki czemu trzyma się cały dzień. Używałam go w grudniu idąc do pracy na wiele godzin i po powrocie nadal wyglądał dobrze. Krem zapewnia naszej skórze odpowiednie nawilżenie, nie wchodzi w zmarszczki mimiczne, ani nie podkreśla suchych skórek.


Wydajność kremu jest dobra, nie potrzebuje go dużo na jedną aplikacje, tym bardziej że zazwyczaj nakładam go tylko jedną warstwę. Cena regularna produktu to około 50 zł, ale można go dostać taniej w internecie lub polować na niego podczas promocji. 
Czy jest on faktycznie lepszy niż podkład? Moim zdaniem oba są tak samo dobre i chętnie będę do nich wracać.


Znacie krem BB z Bourjois? Lubicie?

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Ulubieńcy Grudzień 2018

Przychodzę dzisiaj do Was, aby pokazać swoich ulubieńców grudnia, osoby które obserwują mnie na instagramie mogły zobaczyć ich już wczoraj. Są to produkty, których używam od niedawna, ale właściwie od samego początku pobiły moje serduszko, no może oprócz jednego, bo do olejku do demakijażu z Biolove musiałam się przekonać. Jak to zwykle bywa przeważa pielęgnacja, tylko jeden produkt jest z kolorówki, ale to dlatego że ostatnio nie szaleje jakoś bardzo z makijażem i stosuję tylko sprawdzone kosmetyki.


Masło do ciała Skin Food, Weleda - kiedy otrzymałam masło i przeczytałam, że jego aromat to połączenie lawendy i pomarańczy byłam przerażona. Nie lubię zapachu lawendy. wywołuje on u mnie ból głowy, na szczęście w kosmetyku przeważają nuty cytrusowe i aromat bardzo mi się podoba. Ma ono dość zbitą konsystencje, jednak w kontakcie z ciepłą skórą łatwo się rozprowadza. Ze względu na bogatą konsystencje potrzebuje ono kilka minut, aby dobrze się wchłonąć. Masło genialnie nawilża skórę i ją odżywia. Co najważniejsze efekt ten nie jest krótkotrwały jak to czasem bywa. Jest to idealny produkt właśnie teraz w okresie grzewczym kiedy moja skóra się buntuje i szybko przesusza. 


Maska do miodowania włosów, NaturalMe - produkt ten poznałam dzięki wygranemu swopowi na portalu DressCloud. Maska do miodowania włosów to nic innego jak mieszanka olei z dodatkiem miodu. Opakowanie wyposażone jest w pompkę, dzięki czemu łatwo wydobyć odpowiednią ilość olejowej mieszanki. Produkt bez problemu rozprowadza się na włosach, na jedną aplikacje wystarczy kilka pompek kosmetyku. Maskę nakładam na około godzinę lub dwie w zależności od tego ile mam aktualnie czasu. Włosy są po nim nawilżone, odżywione, przy regularnym stosowaniu można zauważyć poprawę ich stanu. Bardzo polubiłam tą maskę zdecydowanie bardziej niż oleje solo, które stosowałam wcześniej. Pachnie ona dość intensywnie miodem, przez co nie każdemu przypadnie do gustu, bo jednak nie wszyscy lubią takie aromaty.


Olejek do demakijażu do cery normalnej i mieszanej, Biolove - produkt ten w mojej łazience jest od dłuższego czasu, jednak jakoś nie mogłam się do niego przekonać. Doceniłam go dopiero w grudniu kiedy wracając z pracy po 22 jedyne o czym marzyłam to to, aby położyć się do łóżka. Olejek bardzo szybko rozpuszcza makijaż zarówno z twarzy jak i oczu. Nakładam go na suchą skórę i po krótkim masażu spłukuje buzie ciepłą wodą i myję skórę żelem lub pianką. Po takim demakijażu twarz jest czyściutka i przygotowana na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. Olejek jest bardzo wydajny, na jedno użycie wystarczy go naprawdę niewielka ilość. Dostępna jest również wersja do cery suchej.


Hipoalergiczny krem nawilżający Dermo System, Delia Cosmetics - krem ma bardzo lekką konsystencje, dzięki czemu szybko się wchłania. Muszę przyznać, że początkowo mnie tym zaskoczył, ponieważ spodziewałam się czegoś bardziej treściwego. Krem bardzo dobrze nawilża skórę, koi podrażnienia i zapewnia komfort przez cały dzień. Można stosować go zarówno na dzień jak i na noc. Produkt idealnie sprawdza się jako baza pod makijaż, dobrze współpracuje z podkładem, ułatwia jego rozprowadzenie i przedłuża trwałość. 


Kwas hialuronowy 3%, Bioleev - kwas ma postać rzadkiego żelu, dzięki czemu łatwo nabrać go za pomocą pipety. Porcję produktu mieszam z małą ilością kremu na noc i nakładam na twarz co drugi/trzeci dzień. Zauważyłam, że dzięki niemu skóra jest lepiej nawilżona, nawodniona, a zmarszczki mimiczne stają się mniej widoczne. Kwas hialuronowy można stosować również na włosy, ale szczerze mówiąc jeszcze nie próbowałam. Ja wiem, że produkt jest przeznaczony dla osób 30+, a mi jednak do tego wieku brakuje jeszcze sporo, mimo to produkt zamierzam zużyć do końca, bo widzę pozytywne działanie.


Puder sypki Mineral Loose Powder, Lovely - puder umieszczony jest w małym poręcznym opakowaniu z siateczką w środku, dzięki czemu możemy wysypać odpowiednią ilość produktu. Jest on drobno zmielony, ma delikatnie beżowy odcień, jednak na skórze jest transparentny. Puder bardzo dobrze utrwala makijaż, sprawia że podkład i korektor są na swoim miejscu przez cały dzień. Zapewnia cerze zmatowienie, jednak nie jest to płaski mat. Moja strafa T ostatnio ma lepszy okres i nie przetłuszcza się jakoś bardzo, dzięki czemu w ciągu dnia nie potrzebuję poprawek. Nie zauważyłam, aby wysuszał albo działał negatywnie na moją cerę. Puder jest bardzo wydajny, a jego cena to coś około 15 zł, także warto wypróbować.


Jakie produkty trafiły w ostatnim czasie do Waszych ulubieńców?

sobota, 5 stycznia 2019

Nawilżający żel do mycia twarzy i płyn micelarny, Silcare

Z kosmetykami Silcare po raz pierwszy zetknęłam się bodajże w listopadzie, co prawda wcześniej o nich słyszałam, ale nie miałam okazji testować. Zaczęłam wtedy używać między innymi Nawilżający żel do mycia twarzy oraz płyn micelarny o których mowa będzie w tym poście. Czy jestem z nich zadowolona ? O tym możecie przeczytać niżej. Zanim jednak do tego przejdziemy muszę przyznać, że produkty tej marki pozytywnie mnie zaskakują i na pewno nie będzie to ostatnia recenzja kosmetyków z tej firmy.


Produkty umieszczone są w buteleczkach o pojemności 200 ml z zamknięciem typu flip-top. Łatwo jest je otworzyć, jednak są też na tyle szczelne, że można je zabierać ze sobą w podróż bez obawy, że coś się wyleje. Buteleczka płynu micelarnego jest przeźroczysta dzięki czemu widać ile produktu zostało w środku, a w przypadku żelu jest ona biała. Opakowania są poręczne, dobrze leżą w dłoni, nie wyślizgują się z niej. Szata graficzna minimalistyczna, jednak mi się podoba. Na opakowaniach znajdziemy takie informacje jak zapewnienia producenta i skład. 


Żel do mycia twarzy Quin Face Nawilżający jest dość rzadki, dzięki czemu łatwo go wydobyć z opakowania. W połączeniu z wodą tworzy delikatną piankę, którą łatwo się spłukuje. Żel ma przyjemny kremowo-pudrowy zapach, nie utrzymuje się on jednak zbyt długo. Produkt bardzo dobrze oczyszcza skórę z pozostałości makijażu, brudu, potu czy innych kosmetyków. Producent zaleca, aby omijać okolice oczu, jednak parę razy zdarzyło mi się, że piana dostała się pod powiekę i nie czułam z tego powodu dyskomfortu, nic nie szczypało, ani nie piekło. Po spłukaniu żelu cera jest czyściutka, wygładzona i delikatna w dotyku. Produkt nie pozostawia uczucia ściągnięcia, co niestety czasem się zdarza. 


Płyn micelarny Quin Face Nawilżający jak na tego typu produkt przystało ma konsystencje wody. Bez problemu można wylać na wacik odpowiednią ilość kosmetyku. Ma on bardzo delikatny, kremowy zapach, który wyczuwalny jest jednak tylko w opakowaniu. Płyn stosowałam najczęściej rano do usunięcia nocnych zabrudzeń oraz wieczorem do demakijażu. W obu przypadkach sprawdził się bardzo dobrze. Produkt bez problemu radzi sobie z rozpuszczaniem kosmetyków kolorowych zarówno z twarzy jak i oczu. Płyn nie podrażnia skóry, nie powoduje łzawienia. Według producenta micel oprócz oczyszczania ma nawilżać, jednak nic takiego nie zauważyłam, po za tym od tego są kremy czy maseczki. 


W przypadku płynu micelarnego wydajność jest standardowa, te produkty mają już to do siebie, że szybko ubywają z butelki. Jeśli jednak chodzi o żel do mycia twarzy to jestem w szoku, używam go już kilka tygodni, a jest go nadal sporo w opakowaniu. Produkty nie są drogie, bo każdy z nich kosztuje około 10 zł, także warto wypróbować.


Lubicie produkty Silcare?

piątek, 4 stycznia 2019

Maska do włosów Królewskie Jagody, Natura Siberica

Czy też tak macie, że nie potraficie wyjść z drogerii z pustymi rękami? Ja staram się z tym walczyć, jednak nie zawsze mi to wychodzi. Kilka miesięcy temu będąc w Rossmannie do koszyka wpadła mi Maska do włosów Królewskie Jagody z Natura Siberica. Z tego co kojarzę była ona wtedy w cenie na do widzenia i kosztowała coś powyżej 10 zł, więc aż żal było jej nie kupić. Oczywiście od tego czasu minęło trochę czasu, ponieważ maska trafiła do szafki z zapasami i dopiero w grudniu zabrałam ją ze sobą do łazienki. 


Maska umieszczona jest w plastikowym słoiczku, lubię taką formę opakowania, ponieważ mam wtedy pewność, że wydobywam zawartość do samego końca. Nakrętka nie stawia oporu nawet jeśli mamy mokre dłonie. Maska przed pierwszym użyciem zabezpieczona była sreberkiem. Dodatkowo słoiczek umieszczony jest w kartoniku, który również był zafoliowany. Na pudełeczku znajdziemy takie informacje jak skład oraz zapewnienia producenta, ale niestety nie w języku polskim, a angielskim. Z tego co pamiętam, na folii była naklejka z polskim tłumaczeniem którą niestety uszkodziłam ją podczas otwierania i wylądowała w koszu. Pojemność maski to tylko 120 ml, muszę przyznać, że nie zwróciłam na to uwagi podczas zakupów.

Maska ma gęstą, kremową konsystencje. Łatwo rozprowadza się na włosach, nie spływa z nich. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie jej zapach, mój nos wyczuwa colę z czymś owocowym. Początkowo aromat wydawał mi się dość dziwny, ale szybko go polubiłam, utrzymuje się on jakiś czas jeszcze po wyschnięciu włosów.


Maskę nakładam co drugie lub trzecie mycie na przemiennie z odżywką. Staram się ją zawsze trzymać około 15-20 minut, w tym czasie ładnie wchłania się we włosy. Już podczas wypłukiwania pozostałości produktu można poczuć, że włosy są wygładzone, nie splątane. Maska bardzo dobrze nawilża, kosmyki są miękkie i zregenerowane. Włosy nie puszą się i są podatne na stylizacje. Maska sprawia, że włosy pięknie się błyszczą i zdrowo się prezentują. Produkt nie obciąża, ani nie sprawia że pasma szybciej się przetłuszczają, nawet jeśli nałożyłam jej trochę więcej niż zwykle.


Osoby, które śledzą mnie już od dłuższego czasu wiedzą, że nigdy nie żałuje sobie maski czy odżywki na włosy, zawsze wolę nałożyć więcej niż mniej, tak samo było w tym przypadku. Maska Królewskie Jagody wystarczyła mi na 5-6 użyć, wynik jak na 120 ml produktu nie jest zły, tym bardziej że moje włosy są długie i dość gęste. Maska w regularnej cenie kosztuje około 30 zł, moim zdaniem jest to zbyt wysoka kwota jak na taką małą pojemność. Jeśli jednak spotkacie ją gdzieś na promocji to polecam, bo jest to naprawdę przyjemny produkt.


Lubicie produkty Natura Siberica?