Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

niedziela, 14 lipca 2019

Mojito, a może Pina Colada? - Maseczki Leaders Cosmetics

W ostatnim tygodniu na moim intagramie mogliście zobaczyć zestaw cudownych maseczek Leaders Cosmetics. Trafiły do mnie trzy serię: Juicy, Skin Clinic & Skin Renewal oraz Daily Wonders. Nie mogłam się powstrzymać i od razu rozpoczęłam testy. Najbardziej zaciekawiła mnie seria Juicy i to właśnie od niej zaczęłam. W jej skład wchodzą dwie maseczki, a dokładnie Mojito i Pina Colada, brzmi smakowicie prawda? Oba koktajle bardzo lubię, ale czy moja skóra je polubiła? O tym w dalszej części.


Maseczki umieszczone są w saszetkach o bardzo kolorowej szacie graficznej, która przyciąga oko. Łatwo się otwiera i bez problemu można wyciągnąć z niej płachtę. 
Podczas użycia pierwszej byłam zaskoczona, ponieważ okazało się że materiał jest sztywny, twardy, ciężko byłoby dopasować ją do twarzy. Wystarczyło jednak wcześniej zerknąć na instrukcje, żeby wiedzieć że właściwa maska zabezpieczona jest z obu stron materiałem, który należy zdjąć przed aplikacją. Muszę przyznać, że pierwszy raz spotykam się z taką formą, ale ma to swoje plusy, ułatwia rozłożenie materiału, nic się nie rozrywa. 
Maseczki są takie jakby żelowe, dobrze nasączone esencją, łatwo dopasować je do twarzy. Po aplikacji spokojnie można zająć się codziennymi obowiązkami, ponieważ płachta nie zsuwa się, nie trzeba jej co chwilę poprawiać. W saszetce zostaje też sporo esencji, którą można wykorzystać podczas porannej czy wieczornej pielęgnacji. 


Mojito Clearing Mask ma cudowny zapach, idealne połączenie limonki, mięty i... alkoholu. Nie jest to taka intensywna nuta alkoholu jak to czasem bywa, tylko delikatne dopełnienie drinku Mojito. Jeśli tak samo jak ja lubicie taki koktajl w wersji dla dorosłych to zapach maseczki Wam się spodoba.
Na twarzy trzymałam ją jakieś pół godziny, czyli trochę dłużej niż zaleca producent. Po zdjęciu płachty na skórze pozostało sporo esencji, która wchłania się w ciągu kilkunastu minut. Cera jest po niej delikatnie oczyszczona, odświeżona i promienna. Skóra jest przyjemnie nawilżona, nawodniona, nie potrzebowałam dodatkowego kremu do twarzy. Cudowny zapach dodaje energii, więc maska dobrze sprawdzi się rano, aby pobudzić nas do życia. 


Pina Colada Bright Mask ma przyjemny, owocowy zapach, przeważa ananas. Mi osobiście Pina Colada kojarzy się z ananasem i kokosem, jednak ten drugi jest wyczuwalny, ale bardzo słabo. Osoby, które nie przepadają za nim na pewno będą zadowolone, ja trochę czuję się zawiedziona, ale nie zmienia to faktu, że aromat mi się podoba. 
Po około pół godziny trzymania płachty na twarzy jest ona nadal mokra, a po zdjęciu na skórze zostaje sporo esencji, która na całkowite wchłoniecie potrzebuje 20-30 minut. Maseczka dobrze nawilża, cera staje się promienna i odzyskuje naturalny blask. Zaczerwienienia w okolicy nosa i na policzkach zostały ukojone i rozjaśnione. 


Obie maski sprawdziły się u mnie bardzo dobrze, jestem zadowolona z ich działania. Cudowne zapachy umilają pielęgnację. Myślę, że wrócę do nich za jakiś czas. Już nie mogę się doczekać testów kolejnej serii maseczek Leaders Cosmetics.

Znacie maseczki Leaders Cosmetics? Lubicie?

piątek, 12 lipca 2019

Książka na wieczór: Nieuchwytny - James Patterson, David Ellis

Kilka dni temu skończyłam czytać kolejną książkę z Wydawnictwa Albatros dlatego też pora na jej recenzję. Już teraz mogę powiedzieć, że naprawdę warto ją przeczytać, fani kryminałów z wątkiem sensacyjnym będą zadowoleni. Mowa o książce Nieuchwytny, której autorami są James Patterson oraz David Ellis. Jest to moje pierwsze spotkanie z ich twórczością, ale już wiem, że nie ostatnie.


O książce:
Tytuł: Nieuchwytny
Autorzy: James Patterson, Davis Ellis
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384
Data premiery: 19 czerwca 2019
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller 

Kiedy pracownica FBI Emmy Dockery odkrywa brakujące ogniwo łączące setkę nierozwiązanych spraw, nikt jej nie wierzy. Do czasu, aż dowody stają się zbyt przekonujące, aby je ignorować…
Wszyscy myślą, że Emmy Dockery zwariowała. Owładnięta obsesją na punkcie odkrycia związku między setkami podejrzanych podpaleń, Emma rzuciła pracę badaczki w FBI. Teraz za dnia nieustannie ogląda porozwieszane po całej sypialni wycinki z gazet, a nocą przed oczami stają jej koszmary pochłaniającego wszystko ognia…
Nawet były chłopak Emmy, agent Harrison „Books” Bookman, nie wierzy, że setki porwań, gwałtów i morderstw są ze sobą powiązane. I nie uwierzy, dopóki Emmy nie znajdzie dowodów, których nie będzie mógł dłużej ignorować. Coraz więcej osób ginie w tajemniczych okolicznościach, wszystkie zbrodnie nie zostają rozwiązane. Bez motywów, bez narzędzi zbrodni, bez podejrzanych.
Czy to możliwe, aby za tymi okrutnymi morderstwami stała jedna osoba?


Emmy Dockery to analityczka pracująca na co dzień w FBI. Po śmierci siostry bliźniaczki, która zginęła w pożarze, kobieta została zawieszona w obowiązkach, ponieważ za wszelką cenę próbowała udowodnić, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. Postanowiła więc prowadzić śledztwo na własną rękę. Emmy powiązała ze sobą pięćdziesiąt trzy pożary w których zginęło pięćdziesiąt trzy osoby. W każdym z tych przypadków wyglądało to tak samo, ofiara mieszkała sama, pożar wybuchał w łazience, zwłoki znajdowano zwęglone na łóżku. Według policji oraz straży pożarnej wyglądało to na nieszczęśliwe wypadki, jednak analityczka sądziła inaczej. 

Niestety, nikt nie chce jej uwierzyć i rozpocząć oficjalnego śledztwa. O pomoc postanowiła poprosić byłego narzeczonego Harissona "Booksa" Bookmana, który kiedyś również pracował w FBI, ale po rozstaniu rzucił tą pracę. Nie jest łatwo go przekonać, ale ostatecznie się zgadza, dzięki niemu FBI wyraża zgodę na oficjalne śledztwo. Niestety, po pierwszych sekcjach zwłok okazuje się, że są to nieszczęśliwe wypadki, nie znaleziono śladów udziału osób trzecich. W tym samym czasie giną kolejne osoby...

Emmy jednak się nie poddaje, dzięki małemu podstępowi śledztwo nabiera tempa. Szczegółowa sekcja zwłok wykonana przez znaną patolog sądową ukazuje, że ofiary giną przed wybuchem pożaru, a przed śmiercią są okaleczane i maltretowane. 

Czy Emmie i jej zespołowi uda się złapać morderce? Ile osób musi zginąć, aby się to udało? 
Tego dowiecie się z książki.


Książkę czyta się dość szybko, podzielona jest na krótkie rozdziały. Jedne z nich ukazują śledztwo, życie codzienne Emmy, drugie zaś są tzw. "sesjami Grahama" nagrywane przez morderce, który opowiada o tym jak wypatruje swoje ofiary itd. Na początku sam jednak wspomina, że nie wszystko co mówi jest prawdą, ale jego słuchacze nie wiedzą w których momentach kłamie, a w których nie. W książce jest parę wątków odrażających, ale wiadomo że sięgając po thrillery czy kryminały trzeba się z tym liczyć. Moim zdaniem książka jest świetnie napisana, kiedy już wydawało mi się co będzie dalej następował zwrot akcji i musiałam od nowa w myślach rozwiązywać zagadkę. 
Jeśli lubicie takie książki to śmiało możecie zapisać sobie ten tytuł na liście książek do przeczytania. 


Co aktualnie czytacie?

środa, 3 lipca 2019

PIXI Peel & Polish, peeling enzymatyczny czy mechaniczny?

Pamiętacie o regularnym złuszczaniu martwego naskórka? Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju peelingi zarówno te do ciała jak i twarzy, zazwyczaj sięgam po te z ostrymi drobinkami, jednak czasami mam ochotę na coś delikatniejszego. Aktualnie do usuwania martwego naskórka z twarzy używam Peelingu enzymatycznego PIXI Peel & Polish, a że powoli dobija już dna to jest to odpowiednia pora aby napisać o nim coś więcej. Jeśli jesteście ciekawi jak się u mnie sprawdził to zapraszam do dalszego czytania.


Peeling enzymatyczny o podwójnym działaniu już po jednym zastosowaniu rozświetla, odbudowuje, zmiękcza i wygładza skórę. Naturalne enzymy usuwają martwe komórki, kwas mlekowy i celuloza delikatnie złuszczają, a ekstrakty cukru wygładzają i usuwają ziemistość, pozostawiając cerę promienną, ożywioną i wyrównaną.. Profesjonalny peeling jak w salonie bez wychodzenia z domu!

Owocowe enzymy usuwają martwe komórki, a składniki fizycznie złuszczające usuwają zanieczyszczenia
Zamyka pory, wygładza teksturę skóry
Bezzapachowy

Kluczowe składniki
Kwas mlekowy złuszcza i rozjaśnia
Ekstrakt z papai poprawia teksturę skóry
Ekstrakt z cukru trzcinowego przywraca naturalny blask


Peeling umieszczony jest w podłużnej tubce wykonanej z miękkiego plastiku o pojemności 80 ml. Kanciasty korek łatwo się odkręca, pod nim znajduje się niewielki otwór dzięki czemu łatwo wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku. Szata graficzna skromna, ale całkiem ładnie się prezentuje. Na opakowaniu opis produktu i sposób użycia jest w języku angielskim, jednak polskie tłumaczenie bez problemu można znaleźć w internecie.

Kosmetyk ma lekką, średnio gęstą konsystencje w brzoskwiniowym kolorze. Podczas pierwszego użycia byłam zaskoczona, ponieważ jak się okazało peeling ma zatopione w sobie małe drobinki, nie są one bardzo ostre, ale do najdelikatniejszych też nie należą. Zapach przyjemny, taki trochę owocowy, nie potrafię go do końca opisać.


Tak jak wspomniałam wcześniej, produkt ma drobinki, więc nie jest to taki typowy peeling enzymatyczny tylko połączenie enzymatycznego z mechanicznym. Aktualnie na rynku jest niewiele takich kosmetyków, chociaż pewnie z czasem będzie się ich pojawiało więcej. Peeling należy nałożyć na oczyszczoną, suchą skórę, potrzymać 2-3 minuty aby enzymy mogły rozpuścić martwy naskórek i spłukać lub wykonać przed tym masaż i pozwolić zadziałać drobinkom. Ja stosuję go tym drugim sposobem i uwielbiam efekt jaki daje ten produkt. Skóra po użyciu jest świetnie wygładzona i oczyszczona. W dotyku jest mięciutka, delikatna, aż chciałoby się cały czas głaskać po twarzy. Peeling delikatnie rozjaśnia cerę i wyrównuje koloryt. Nie podrażnia, ani nie wysusza. Kosmetyk dobrze przygotowuje skórę na kolejne zabiegi pielęgnacyjne, ja zawsze wykonuje go przed maseczką, dzięki czemu składniki z niej są lepiej wchłaniane przez buźkę.


Wydajność świetna, na jedną aplikacje wystarcza ilość wielkości orzecha laskowego. Przy stosowaniu go 1-2 razy w tygodniu spokojnie wystarcza na jakieś 3-4 miesiące. Cena co prawda do najniższych nie należy, ponieważ za takie opakowanie trzeba zapłacić około 145 zł, jednak myślę że warto.


Znacie kosmetyki Pixi? Macie jakiegoś ulubieńca z tej marki?

wtorek, 2 lipca 2019

Żele pod prysznic #4: Isana

W moich zapasach żeli pod prysznic przeważają te z Isany, osoby które obserwują mnie na instagramie wiedzą, że kupuję właściwie każdą nową wersję jaka się pojawia. Teraz to się jednak zmieni, ponieważ muszę przyznać, że te żele mi się znudziły, mam ochotę na jakąś odmianę, ale najpierw zużyję to co mam, a to jeszcze trochę potrwa. W dzisiejszym wpisie możecie przeczytać właśnie słów kilka na temat trzech produktów do mycia z tej marki, a dokładnie o wersjach: Coffee & Vanilla, Andalusian Dream oraz Wild like the ocean. Jesteście ciekawi? Jeśli tak to zapraszam do dalszego czytania.


Żele Isany przyciągają oko kolorowymi opakowaniami, grafika przedstawia mniej więcej zapach jakiego możemy się spodziewać. Umieszczone są na nich informacje na temat produktu, sposób użycia oraz skład. Zarówno żel Coffee & Vanilla jak i Andalusian Dream umieszczony jest w plastikowej buteleczce zamykanej na zatrzask. Otwór odpowiedniej wielości ułatwia wydobycie, a pod koniec spokojnie można postawić opakowanie na nakrętce, aby zawartość spłynęła i można było ją wykorzystać do samego końca. Wild like the ocean zaś umieszczony jest w tubce wykonanej z miękkiego plastiku. Zamykanie na zatrzask nie sprawia problemu, nawet kiedy mamy mokre dłonie. Kiedy żel stoi pod prysznicem pod nakrętką zbiera się woda, czego nie lubię, no ale cóż.


Konsystencja żeli jest podobna, czyli żelowa, średnio gęsta, różnią się tylko kolorem. Produkty dobrze łączą się z wodą, nie spadają z dłoni czy myjki.
Jeśli chodzi o zapachy, to moim ulubieńcem okazał się Wild like the ocean, przeważa oczywiście kokos, a w tle wyczuwalna jest nuta jaśminu. Bardzo spodobało mi się to połączenie, chociaż początkowo podchodziłam dość sceptycznie. W Andalusian Dream przeważa cierpki zapach kwiatu pomarańczy z niewielkim dodatkiem słodkiej mandarynki. Jest przyjemny, jednak przy dłuższym stosowaniu staje się męczący. Jeśli chodzi o wersję Coffee & Vanilla to no cóż, spodziewałam się czegoś wow i trochę się zawiodłam. Zapach przypomina mi słodkie, waniliowe cappuccino i o ile w opakowaniu pachnie ładnie tak w kontakcie z wodą aromat ten się ulatnia i żel staje się taki nijaki. Z całej trójki wypadł on jak dla mnie najgorzej.


Jeśli chodzi o działanie to nie mam żadnych zastrzeżeń, wszystkie trzy żele spisują się tak samo. W połączeniu z wodą dobrze się pienią. Ja najbardziej lubię stosować je na myjkę, wtedy z niewielkiej ilości produktu tworzy się puszysta, otulająca chmurka. Żele dobrze odświeżają i oczyszczają skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Nie podrażniają skóry, ani jej nie wysuszają. Jeśli chodzi o wydajność to całkiem spoko, żel stosowany na gąbkę wystarcza na około 3 tygodnie.


Cena każdego z tych żeli regularnie wynosi około 4,50 zł. Bez problemu powinniście dostać jeszcze wersję Coffee & Vanilla oraz Wild like the ocean. Jeśli chodzi o Andalusian Dream to jest to żel z zeszłorocznej edycji limitowanej i aktualnie nie ma go w Rossmannie, ale kto wie, może za jakiś czas pojawi się ponownie. Z tego co wiem, już niedługo pojawią się nowe wersje żeli Isana, ale tym razem raczej odpuszczę, muszę zużyć to co mam i dać szansę innym markom. 


Lubicie żele Isana?

poniedziałek, 1 lipca 2019

Maseczki do twarzy Botanical Flow, Delia Cosmetics

Jakiś czas temu Delia wprowadziła na rynek nową serię kosmetyków do pielęgnacji twarzy, czyli Botanical Flow. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to wiecie, że jako ich ambasadorka otrzymałam paczkę w której znalazłam właśnie produkty z tej serii. W jej skład wchodzą kremy, sera, produkty do oczyszczania twarzy oraz maseczki i to właśnie na tych ostatnich się dzisiaj skupię. 
Do wyboru z linii Botanical Flow mamy dwie maseczki, a dokładnie: Oczyszczająca z zieloną glinką i naturalną wodą kokosową oraz Łagodzącą z czerwoną glinką i naturalnym olejem konopnym. Czy się u mnie sprawdziły? Która bardziej? O tym w dalszej części.


Maseczki umieszczone są w saszetkach o pojemności 10g, jest to idealna ilość aby pokryć twarz dość grubą warstwą produktu. Szata graficzna przyjemna dla oka, kojarzy się z naturą. Mi oczywiście ze względu na miłość do wszystkiego co kokosowe bardziej podoba się wersja oczyszczająca. Na tylnej części opakowania znaleźć można skład, informacje na temat kosmetyku oraz sposób użycia w języku angielskim, nie ma polskiego tłumaczenia. Osoby które mają problem ze zrozumieniem bez problemu znajdą polską wersję w internecie.


Maseczki mają kremową konsystencje, kolor różni się w zależności od glinki jaką znajdziemy w składzie. Oczyszczająca ma odcień pistacjowy, łagodząca zaś różowo-czerwony. Po nałożeniu na twarz trzymałam je około 15-20 minut, w tym czasie nie zasychają, nie tworzą skorupy jak często bywa w przypadku glinek. Niestety zarówno w przypadku maseczki oczyszczającej jak i łagodzącej po aplikacji pojawia się delikatne pieczenie, nie jest one silne, ale do najprzyjemniejszych też nie należy. Na szczęście wraz z upływającym czasie staje się ono coraz słabsze, aż wreszcie znika całkowicie. Podczas zmywania trochę się marze, dlatego najlepiej wspomóc się jakąś chusteczką czy gąbeczką.


Maseczka oczyszczająca ze względu na zawartość wody kokosowej ma słodkawy, ale naturalny zapach kokosa. Jest on cudowny, umila pielęgnacje. Produkt bardzo dobrze oczyszcza i odświeża skórę. Sprawia, że cera jest dobrze zmatowiona, a rozszerzone pory są mniej widoczne. Maseczka delikatnie nawilża buzie, po spłukaniu nie ma efektu ściągnięcia.

W przypadku wersji łagodzącej zapach jest bardziej świeży, ale również przyjemny. Po aplikacji trochę zaniepokoiło mnie to pieczenie, na szczęście nie potrzebnie, ponieważ po spłukaniu buzia nie była zaczerwieniona, a rumieńce które miałam wcześniej na policzkach stały się jaśniejsze. Maseczka odświeża cerę i ją nawilża. Dzięki zawartości oleju konopnego dobrze odżywia i regeneruje skórę. 


Maseczki są całkiem przyjemne, być może do nich wrócę, a w szczególności do wersji kokosowej. Gdyby nie to pieczenie to byłyby idealne, a tak to mają ode mnie małego minusa. Koszt takiej saszetki to 4,99 zł czyli mieści się w średnim przedziale cenowym.

Dodatkowo mam dla Was małą niespodziankę. Do końca lipca kupując kosmetyki Botanical Flow w sklepie internetowym www.sklep.delia.pl po wpisaniu kodu rabatowego: BOTANICAL10 otrzymacie 10% rabatu.


Znacie serię Botanical Flow? 

niedziela, 30 czerwca 2019

Czy warto wybrać się na depilacje laserową?

Lato w pełni, słońce przygrzewa. Na co dzień stawiamy na zwiewne stylizacje, które odsłaniają większą część ciała, krótkie spodenki, spódniczki, topy to codzienność. Najpierw jednak warto zadbać o piękną, gładką skórę bez zbędnego owłosienia. Metod depilacji jest wiele, do wyboru mamy tradycyjne golenie maszynką, kremy do depilacji, wosk, pastę cukrową, a także depilację laserową o której właśnie będzie ten wpis. 



Depilacja laserowa to zabieg do którego wykonania wykorzystywana jest wiązka światła lasera. Przenika ona w głąb skóry niszcząc cebulki włosa wraz z ich korzeniami, dzięki czemu owłosienie nie odrasta a ciało pozostaje gładkie. Warto pamiętać, że czym włoski są ciemniejsze i grubsze tym efekt jaki uzyskujemy dzięki zabiegowi jest lepszy. Aby usunąć owłosienie z danej partii ciała nie wystarczy jednak jeden zabieg, ponieważ laser działa tylko na włosy w fazie wzrostu, przez co trzeba go powtarzać, ile razy dokładnie Wam nie powiem, ponieważ jest to ustalane indywidualnie. Sesje depilacji laserowej wykonywane są co 5-6 tygodni. 

Depilacji laserowej można poddać właściwie całe ciało, wykluczone są jedynie okolice brwi. Dlaczego? A no dlatego, że są one umieszczone za blisko oczu i może dojść do uszkodzenia wzroku. Podczas zabiegu zarówno pacjent jak i obsługa muszą mieć założone specjalne okulary ochronne, aby odpowiednio zadbały o oczy.

Pamiętajcie jednak, że niestety nie każdy może zdecydować się na taką formę depilacji. Przeciwwskazaniami do zabiegu jest m.in. ciąża, cukrzyca, bielactwo, padaczka, łuszczyca czy także przyjmowanie leków fotouczulających. Depilacji nie powinno się również przeprowadzać na opalonym ciele, ponieważ ze względu na większą ilość melaniny laser może nawet poparzyć skórę. 

Decydując się na zabieg depilacji laserowej warto wybrać sprawdzony salon/gabinet w którym pracują profesjonaliści. Jednym z takich miejsc jest DepiCare, na ich stronie znajdziecie dowiecie się jeszcze więcej na temat depilacji oraz znajdziecie ich aktualny cennik.


Co myślicie na temat depilacji laserowej? Myślicie nad takim zabiegiem, a może już z niego skorzystałyście? Jak wrażenia?

sobota, 29 czerwca 2019

Książka na wieczór: Twoja kolej na śmierć, Peter James

Jestem ciekawa jak to jest u Was. Czy sięgacie regularnie po książki? Lubicie czytać? Jaki gatunek jest Waszym ulubionym?
Ja miałam długą przerwę w czytaniu, zawsze twierdziłam że nie mam na to czasu, że są inne ważniejsze rzeczy do zrobienia. Powiem Wam jednak, że odkąd zaczęłam czytać chociaż po kilka stron dziennie czuje się lepiej. Książki pomagają rozwijać naszą wyobraźnię, poszerzają słownictwo i poprawiają ortografię. Najczęściej sięgam po kryminały, thrillery, czasami po coś lżejszego, co zresztą pewnie zauważyliście jeśli obserwujecie mnie już dłuższy czas. 
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki "Twoja kolej na śmierć", którą napisał Peter James. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że jest genialna i warto po nią sięgnąć, o ile oczywiście lubicie thrillery. Jeśli chcecie się dowiedzieć o niej więcej to zapraszam do dalszej lektury.


O książce:
Tytuł: Twoja kolej na śmierć
Autor: Peter James
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: miękka
Ilość stron: 464
Data premiery: 5 czerwca 2019
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Czy w spokojnym nadmorskim kurorcie pojawił się pierwszy seryjny zabójca od 80 lat…?
Ostatnie słowa, które wypowiedziała narzeczona do Jamiego Balla, padły w trakcie przerażającej rozmowy telefonicznej. Chwilę wcześniej Logan Somerville wjechała na znienawidzony przez siebie parking podziemny pod budynkiem, w którym mieszkali. Bała się tego miejsca. Kilka sekund po tym, jak Jamie usłyszał w słuchawce krzyk ukochanej, połączenie zostało przerwane. Policja błyskawicznie przyjechała na miejsce, ale Logan już tam nie było. Samochód stał jak gdyby nigdy nic, zaparkowany na swoim miejscu. W środku leżał telefon.
Tego samego popołudnia robotnik pracujący w parku w innej części miasta wykopał zwłoki dwudziestokilkuletniej kobiety. Jak się okazało, nie żyła od 30 lat. Komisarz Roy Grace nie pomyślał nawet, że te dwa zdarzenia mogło coś łączyć. Jednak niedługo później kolejna kobieta mieszkająca w Brighton zaginęła, a w innej części miasta ponownie znaleziono ciało.
W tym samym czasie do drzwi znanego londyńskiego psychiatry zapukał człowiek, który twierdził, że ma informacje o Logan. Od tego wydarzenia Roy Grace nie mógł spać spokojnie. Coś podpowiadało mu, że w słowach nieznajomego tkwi klucz do rozwiązania zagadki przestępstw z Brighton – teraźniejszych i przeszłych…


Kiedy zobaczyłam na okładce informacje, że na całym świecie zostało sprzedane ponad 18 milionów egzemplarz podejrzewałam, że to musi być świetna. Nie czytałam wcześniej książek tego autora, więc nie wiedziałam czego się spodziewać, jednak z każdą kolejną stroną wiedziałam, że chcę przeczytać inne jego dzieła.

Głównym bohaterem książki jest nadinspektor Roy Grace, który wraz ze swoim zespołem zmierzyć musi się z seryjnym mordercom zwanym wypalaczem, który pojawia się w nadmorskim kurorcie. Ofiary są przez niego starannie wybierane, są do siebie podobne, muszą być młode i mieć długie brązowe włosy. Zanim je porywa skrupulatnie nad nimi pracuje, wie o nich wszystko, gdzie mieszkają, pracują, z kim się spotykają itd. Morderca nazywa ofiary swoimi projektami, które gwałci, torturuje, a ostatecznie zabija. Twierdzi, że każda z tych kobiet jest jego własnością, dlatego też na ich ciele wypala gorącym żelazem napis "I nie żyjesz"

Śledztwo wcale nie jest takie łatwe jakby początkowo się wydawało, seryjna morderca doskonale wie co robi i jak ma się ukrywać. Co ciekawe, początkowo nikt z policji nie zdaje sobie sprawy, że wypalaczem jest osoba na którą często napotykają. 

Kto okaże się sprytniejszy, czy będą to detektywi, czy jednak morderca? Czy uda im się go złapać, a może mimo wszystko ucieknie? Ile kobiet uda mu się zabić? Dlaczego to robi?
Na te pytania będziecie mogli sobie odpowiedzieć po przeczytaniu książki.


Książkę czyta się dość szybko, podzielona jest na rozdziały, jedne opowiadają o postępie w śledztwie policjantów i ich życiu, drugie zaś opisują postępowanie mordercy. Muszę przyznać, że thriller jest bardzo ciekawy, trzyma w napięciu i ciężko się oderwać od lektury. Nie jest to książka w której leje się dużo krwi, chociaż pewne momenty do najprzyjemniejszych nie należą i mogą trochę obrzydzać. Wiem jednak, że fanom takich książek to nie przeszkadza, bo w większości thrillerów, czy kryminałów takie wątki się pojawiają. Ja ze swojej strony polecam tą książkę całym serduszkiem!


Dziękuję Wydawnictwu Albatros za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki, fakt że otrzymałam ją w ramach współpracy nie wpłynął na tekst recenzji.

Co aktualnie czytacie?