Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

czwartek, 19 września 2019

Jesienna Wishlista 2019

Nie wiem czy wiecie, ale bardzo lubię tworzyć wishlisty. Na moim blogu już można kilka takich znaleźć a teraz pora na kolejną, tym razem jesienną. Mówiąc szczerze, nie lubię tej pory roku, robi się zimno i rozpoczyna się sezon grypowy. Już zaczynam tęsknić za wiosną i latem. Muszę jednak jakoś ten czas przetrwać, dlatego jak tylko mogę staram się go sobie umilać, np. domowym spa, relaksem z książką i kieliszkiem wina czy kubkiem gorącej czekolady, a także zakupami. O dziwo w moich planach nie ma dużo kosmetyków, staram się ostatnio ograniczyć nowości i zużywać to co mam, bardziej tym razem skupiam się na ubraniach, książkach i woskach, które umilą mi długie, jesienne wieczory. Jesteście ciekawi? To zapraszam na dalszą część wpisu.


Ostatnio przeglądałam ubrania w swojej szafie i doszłam do wniosku, że mam właściwie wszystko. Tak wiem, to dziwne, przecież zawsze powtarzałam, że nie mam w co się ubrać, a tu teraz taka zmiana. No cóż, szafa i tak pęka w szwach i zbyt dużo nowych rzeczy się w niej nie zmieści, więc doszłam do wniosku, że kupię tylko to co naprawdę potrzebuję. Czego brakuje w mojej szafie na jesień? Myślę, że długiego, ciepłego swetra, który można będzie założyć zarówno do spodni jak i rajstop. Kolejną rzeczą jaką obowiązkowo muszę zakupić w tym sezonie jest płaszcz, do tej pory wybierałam kurki, które zresztą można znaleźć w mojej szafie, teraz jednak czas na zmianę. Nie mogę się jeszcze zdecydować na konkretny kolor, ale myślę że będzie to coś między beżem a karmelem. Moje zamszowe botki z poprzedniej jesieni niestety uległy uszkodzeniu, więc czas na nowe. Chcę zakupić coś na niskim obcasie lub nawet płaskie, to biegania po mieście, do przedszkola itp. 

Zaczęłam od ubrań, a Wy pewnie zastanawiacie co z kosmetyków znajdzie się w mojej wishliście, przecież to główna tematyka mojego bloga. W najbliższym czasie mam zamiar zaopatrzyć się w paletę cieni do powiek w brązach i odcieniach złota, w oko wpadła mi Astrological z Makeup Revolution. Czegoś takiego właśnie brakuje w mojej kolekcji, idealna do codziennych makijaży. Jak już przy kolorówce jesteśmy to chciałabym wypróbować nowy podkład Bourjois, czyli Always Fabulous. Lubię fluidy z tej marki, dobrze się u mnie sprawdzają, więc nowość mnie bardzo ciekawi. Kolejnym kosmetykiem, który mi się marzy jest Żel pod prysznic Kokos i Sól morka, Yope, jak wiecie uwielbiam wszystko co kokosowe, a połączenie tego aromatu z solą brzmi interesująco. Do tej pory najczęściej sięgałam po żele Isana, jednak mi się znudziły i mam chcę dać szansę innym markom. Ostatnim produktem z kategorii beauty na tej wishliście są perfumy James Bond 007 for women III, sprawdzałam ten zapach w Rossmannie jakiś czas temu i dosłownie się w nim zakochałam. Połączenie orientalnych i kwiatowych nut zapachowych świetnie do mnie pasuje, na okres jesienno-zimowy będą idealne.


Książek na mojej liście do przeczytania jest sporo, jednak wiadomo wszystkich tutaj nie umieszczę. Postanowiłam wybrać te, które dopiero będą mieć swoją premierę w najbliższym czasie i których jestem bardzo ciekawa. Nie będę się na ich temat rozpisywać, bo jeśli uda mi się je przeczytać to na pewno pojawi się na blogu recenzja i wtedy powiem o nich więcej. 
Tej jesieni chciałabym przeczytać:
Adam Higginbothan - O północy w Czarnobylu
Maja Damięcka - Świąteczna Gorączka
Paweł Kapusta - GAD Spowiedź Klawisza
Natasza Socha, Magda Mazur - Drogi Święty Mikołaju
Adrian Bendarek - Córeczki
Marcin Chmiel - Aż do śmierci


Długie, zimne, jesienne wieczory to idealny czas na palecie wosków, świec i wypełnianie pomieszczeń przyjemnymi, cięższymi aromatami. U mnie w tym czasie królują już zapachy trochę świąteczne, czyli cynamon, cytrusy, pieczone jabłka. Standardowo jak co roku zamierzam zakupić woski Yankee Candle, ale chcę dać szansę też innym firmom, np. Kringle. Moim marzeniem jest też duża świeca Kringle Fireside, widziałam ją u mojej przyjaciółki i aromat bardzo mi się spodobał. Jeśli nie uda mi się jej zakupić samej, to może wspomnę o niej w liście do Świętego Mikołaja. :D



To by było na tyle.
A co znalazło się w Twojej jesiennej wishliście?

środa, 18 września 2019

Ujędrniający balsam do ciała z filtratem ze śluzu ślimaka, Vis Plantis

Powiem Wam, że kiedy na rynku zaczęły się pojawiać kosmetyki ze śluzem ślimaka zapierałam się rękami i nogami, że nigdy po nie nie sięgnę. Nie lubię ślimaków, od dziecka miałam do nich wstręt, a wręcz nawet się ich bałam. Potem jednak otrzymałam w prezencje maseczkę z tym składnikiem i po długim przekładaniu jej z kąta w kąt postanowiłam ją wypróbować i wiecie co? Efekty były genialne. Od tego momentu chętniej sięgam po takie kosmetyki, chociaż ślimaków nadal nie lubię. Kiedy od VisPlantis otrzymałam Ujędrniający balsam do ciała z filtratem ze śluzu ślimaka i olejem bawełnianym byłam bardzo ciekawa jak się sprawdzi. Teraz kiedy trafił on już do wrześniowego denka mogę powiedzieć o nim coś więcej.


Balsam umieszczony jest butelce o pojemności 400 ml wykonanej z białego plastiku, która wyposażona jest w pompkę. Aplikator działa bez zarzutu, nie zacina się, ani nie pluje zawartością na prawo i lewo. Niestety pod koniec ciężko wydobyć resztki balsamu, najlepszym sposobem jest jej rozcięcie. Opakowanie jest wygodne, spokojnie można zabrać je ze sobą w podróż bez obawy, że balsam zaleje nam bagaż. Szata graficzna przejrzysta, ładnie się prezentuje. Na butelce umieszczona jest naklejka, która informuje, że kupując ten balsam wspieramy fundację Rak'n'Roll. Informacje jakie jeszcze możemy znaleźć na opakowaniu to zapewnienia producenta, sposób użycia, skład oraz datę ważności.

Kosmetyk ma lekką, taką trochę śliską konsystencję. Łatwo rozprowadza się na skórze i szybko w nią wchłania. Zaraz po posmarowaniu można się ubierać co jest dla mnie dużym plusem. 
Jeśli chodzi o zapach to jest przyjemny, świeży, nie powinien nikomu przeszkadzać.


Balsam stosowałam na całe ciało po wieczornej kąpieli, a także czasami rano w zależności od potrzeb. Kosmetyk robi to czego najbardziej wymagam od balsamów, czyli nawilża, nie pojawia nieprzyjemne uczucie ściągnięcia w ciągu dnia. Po pewnym czasie zauważyłam, że ciało stało się bardziej elastyczne, napięte i gładsze. Skóra jest miękka, sprężysta, delikatna w dotyku. Balsam również dobrze sprawdza się po opalaniu, przyjemnie chłodzi i koi delikatne podrażnienia. Producent poleca kosmetyk do stosowania przez osoby, które mają skłonność do powstawania cellulitu i rozstępów. W tym pierwszym temacie się nie wypowiem, ponieważ na szczęście nie mam takiego problemu, a jeśli chodzi o rozstępy to nie zauważyłam, aby się zmniejszyły. Warto jednak zaznaczyć, że moje tygrysie paski pojawiły się w ciąży czyli trzy lata temu i żadne kosmetyki już cudów nie zdziałają.


Kosmetyk jest wydajny, spokojnie wystarcza na regularne stosowanie przez kilka tygodni. Koszt balsamu to około 16 zł, więc cena przyzwoita.
Jestem naprawdę z niego zadowolona i chętnie wypróbuję inne wersję balsamów z filtratem ze śluzu ślimaka z tej marki, z tego co widziała dostępna jest jeszcze wersja odżywcza, nawilżająca i regenerująca. 


Macie swój ulubiony balsam? Stosujecie kosmetyki z śluzem ze ślimaka?

wtorek, 17 września 2019

Cukrowy peeling do ciała z zieloną herbatą, Achae

Pamiętacie o regularnym złuszczaniu martwego naskórka? Jest to bardzo ważny etap naszej pielęgnacji, który staram się wykonywać regularnie, chociaż zdarza mi się czasem zapomnieć lub z lenistwa przełożyć to na kolejny dzień. Aktualnie w mojej łazience znaleźć można końcówkę Cukrowego peelingu do ciała z zieloną herbatą, Achae, o którym postanowiłam napisać kilka słów. Osoby obserwujące mnie na instagramie pewnie już widziały jego mini recenzje, ale jeśli chcecie się dowiedzieć więcej to zapraszam na dalszą część wpisu.


Kosmetyk umieszczony jest w szklanym słoiczku o pojemności 200 ml. Lubię takie opakowania, ponieważ bez problemu mogę wydobyć zawartość do samego końca. Wiadomo jednak, że w przypadku szkła trzeba bardziej uważać, żeby go nie rozbić, ale o ile nie będziecie nim rzucać to będzie wszystko dobrze. Słoiczek posiada lekko chropowatą nakrętkę, dzięki czemu łatwo go otworzyć nawet mokrymi dłońmi. Szata graficzna skromna, a jednak przyciąga oko. Na opakowaniu znajdziemy takie informacje jak sposób użycia, skład oraz datę ważności.

Peeling po otwarciu mnie trochę zaskoczył, ponieważ ma on sypką konsystencje, a do tej pory stosowałam tego typu produkty, które były bardziej zwarte. Trzeba go aplikować małymi porcjami na lekko wilgotną skórę. Z każdym kolejnym użyciem przyzwyczajałam się do takiej postaci i muszę przyznać, że nawet polubiłam taką konsystencję. Zapach przyjemny, jestem fanką zielonej herbaty, więc bardzo mi się podoba.


Drobinki cukru rozpuszczają się powoli, dzięki czemu mogę sobie pozwolić na dłuższy masaż. Nie jest to mocny zdzierak, jego moc można sobie stopniować, jednak krzywdy nie powinien nikomu zrobić. Kosmetyk świetnie radzi sobie z usuwaniem martwego naskórka. Skóra jest wygładzona, miękka i delikatna w dotyku. Poszarzały naskórek odzyskuje naturalny blask, zdrowo się prezentuje. Podczas peelingowania z drobinek wydobywa się olejek, który przyjemnie otula ciało, a przy okazji ją nawilża. Po zabiegu nie czuję potrzeby stosowania balsamu, chociaż i tak zawsze staram się to robić. Produkt polecany jest skórze tłustej, dzięki olejkowi grapefruitowemu przywraca jest równowagę i zapobiega powstawaniu wyprysków. Ja w tym temacie jednak się nie wypowiem, ponieważ na szczęście na ciele nie wyskakują mi żadne niedoskonałości, jedynie na twarzy, ale to też już coraz rzadziej. 


Początkowo myślałam, że peeling będzie mało wydajny, wystarczy na zaledwie kilka użyć. Okazało się, że wcale nie jest tak źle, ponieważ można się nim cieszyć przez około 10 aplikacji. Jak dla mnie jest to dobry wynik, zdarzało mi się, że takie pojemności kończyły się po 4-5 użyciach.

Cukrowy peeling do ciała z zieloną herbatą Achae może zakupić w sklepie internetowym Veganic Cosmetics w cenie 39 zł. Moim zdaniem kosmetyk jest wart swojej ceny i śmiało mogę Wam go polecić. 


Jaki peeling aktualnie znajduje się w Waszej łazience?

poniedziałek, 9 września 2019

Szampon oczyszczający Węgiel Aktywny i Melisa, Alterra

Szampony Alterra kiedyś bardzo często gościły w mojej łazience, potem jakoś mi się znudziły i zaczęłam sięgać po inne marki. Kiedy zobaczyłam, że na rynku pojawiła się wersja z węglem aktywnym i melisą bardzo chciałam ją wypróbować. Niestety nie widziałam go w moim Rossmannie, ale z pomocą przyszła mi Kornelia, która wysłała mi go w paczuszce. Zanim jednak zabrałam się za jego testy minęło kilka miesięcy. Teraz szampon dobija już dna i mogę powiedzieć o nim coś więcej.


Szampon umieszczony jest w poręcznej buteleczce wykonanej z białego plastiku o pojemności 200 ml. Dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się z niej. Opakowanie można bez problemu otworzyć nawet przy długich paznokciach. Otwór jest ani nie za duży, ani nie za mały, łatwo wydobyć zawartość do samego końca. Szata graficzna skromna, mi się podoba, chociaż ze sklepowej półki nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Na opakowaniu umieszczone są informacje takie jak skład oraz zapewnienia producenta.

Kosmetyk ma przyjemny zapach, ziołowy, jednak przeważa słodka melisa. Unosi się on podczas mycia i krótko po nim. Nie jest intensywny, ani nachalny, więc myślę że nikomu nie będzie przeszkadzać.
Konsystencja żelowa, średnio gęsta. Szampon na grafitowy w kierunku czarnego kolor, jednak na szczęście nie brudzi wszystkiego dookoła jak to czasami bywa w przypadku kosmetyków z węglem.



Szampon w kontakcie z wodą dobrze się pieni, łatwo rozprowadza się na włosach i z nich spłukuje. Początkowo stosowałam go co mycie, jednak okazało się, że jest on dla mnie zbyt silny. Skóra głowy zaczęła swędzieć, była wysuszona, włosy zrobiły się sianowate. Postanowiłam, że będę go używać co kilka myć, kiedy będę widziała, że potrzebują mocniejszego oczyszczenia i to był strzał w dziesiątkę. Szampon bardzo dobrze oczyszcza włosy z sebum, zabrudzeń a także pozostałości kosmetyków pielęgnacyjnych i do stylizacji. Podczas mycia nie plącze ich, nie mam problemu z rozczesaniem pasm. Ogólnie mówiąc szampon jest dobry, jednak na pewno nie nadaje się do codziennego stosowania, no chyba, że macie problemy z mocno przetłuszczającymi się włosami i potrzebujecie silnego oczyszczenia podczas każdego mycia.


Wydajność standardowa, jak to w przypadku szamponów bywa. Mi wystarczył na kilka miesięcy, ale tak jak wspominałam wcześniej, stosowałam go tylko raz na jakiś czas. Szampon dostępny jest w drogeriach Rossmann, a jego cena regularna to około 9 zł, w promocji można upolować go taniej. Czy do niego wrócę? Nie wiem, raczej nie. Na rynku jest dostępne mnóstwo szamponów, które chciałabym przetestować, a ten nie powalił mnie na tyle, żebym chciała do niego wracać. 


Lubicie szampony Alterra?

niedziela, 8 września 2019

Książka na wieczór: Zamrożone płomienie, Jens Henrik Jensen

W ostatnim czasie sporo się u mnie dzieje, synek poszedł do przedszkola i przez ten pierwszy tydzień myślami byłam przy nim. Nie mogłam skupić się na tym, żeby cokolwiek napisać, zastanawiałam się co robi, czy nie płacze, czy aby na pewno wszystko jest dobrze. Jak się okazało on zniósł to zdecydowanie lepiej niż ja, przedszkole mu się podoba, jest zadowolony, a to jest najważniejsze. Dlatego myślę, że najwyższy czas nadrobić zaległości blogowe i nie tylko. 

Książka Zamrożone płomienie, którą napisał Jens Henrik Jensen to trzecia część skandynawskiej trylogii Oxen. O dwóch poprzednich mogliście czytać na moim blogu jakoś na początku roku, dla przypomnienia jednak wstawiam linki do recenzji do pierwszej części Zanim zawisły psy oraz drugiej Mroczni ludzie. Czy i tym razem byłam zadowolona? Czy książka mi się podobała? O tym w dalszej części wpisu.


O książce:
Tytuł: Zamrożone płomienie
Autor: Jens Henrik Jensen
Tytuł serii: Oxen
Wydawnictwo: Editio
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 568
Data premiery: 31.07.2019
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Osaczony Oxen musi uciekać. Materiały, które zapewniały mu bezpieczeństwo, stały się bezużyteczne. Gdy prawie udało mu się wydostać z kraju, został namierzony, a łódź, którą płynął, zatopiono. Wszystko wskazywało na to, że zginął, ale ciała nie znaleziono...
Tymczasem mężczyzna przeżył i powoli odzyskiwał siły. Jego sytuacja stała się jednak beznadziejna. Nie chciał uciekać i ukrywać się do końca swoich dni, musiał stanąć do walki. Oskarżono go o zbrodnię, której nie popełnił, a prawdziwi mordercy, okrutni, bezwzględni i niemal wszechwładni, pozostawali na wolności. U jego boku znów staje Margrethe Franck. Wcześniej i dla niej walka z Danehofem skończyła się katastrofą. Oboje desperacko potrzebują sojuszników w tej nierównej wojnie. Znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Jeśli chcą przetrwać i żyć godnie i z honorem, muszą stawić czoła wrogowi, którego nie widać.
Czy Oxen i Franck doprowadzą do ukarania prawdziwych sprawców przerażających morderstw? Czy uda im się pokonać tajną sieć ludzi władzy i odzyskać dobre imię?


Po przeczytaniu pierwszej i drugiej części byłam bardzo ciekawa co będzie dalej, jak zakończy się historia byłego żołnierza Oxena. Czy dalej będzie walczyć z Danehofem, czy może zaszyje się gdzieś w innym kraju i zacznie życie od nowa? Czy jeśli podejmie walkę to uda mu się wygrać, czy jednak będzie musiał zginąć? Co dalej będzie z jego życiem? 
Z niecierpliwością czekałam na kolejną część, a kiedy ją otrzymałam zabrałam się za czytanie, aby znaleźć odpowiedzi na moje pytania. Zacznę jednak od tego, że zanim zacznie się czytać Zamrożone płomienie trzeba znać dwie poprzednie części, ponieważ bez tego ciężko jest zrozumieć całą historię. Co prawda autor przypomina wydarzenia z poprzednich tomów, jednak moim zdaniem to trochę za mało. 
Książka jest wciągająca, ciężko się od niej oderwać podczas czytania, akcja nie zwalnia nawet na moment. Tak jak w poprzednich tomach wraz z kolejnym rozdziałem przenosimy się do kogoś innego, co pomaga poznać historię z różnych stron. Książka działa na wyobraźnie, jest tak napisana że bez problemu można przenieść się w tamten świat i obserwować wydarzenia z boku. 

Danehof tak jak zapowiedział, zniszczył życie tym, którzy odważyli się rozpocząć śledztwo i próbowali ujawnić działania tej organizacji. Oxen uważany jest za zmarłego morderce, Franck została wyrzucona z PET i nie może na stałe utrzymać lepszej pracy, pozostaje jej jedynie dorabianie na zmywaku, kasie czy jako sprzątaczka. Mossmanna zmusili zaś do przejścia na emeryturę, a jego siostrzeniec Sonne został wyrzucony z policji. Co jakiś czas sprawdzają co robi ta czwórka, właściwie trójka, bo przecież Oxen oficjalnie nie żyje, jednak wydaje im się, że nie są już dla nich żadnym zagrożeniem. Czy faktycznie tak jest? Czy Danehof może czuć się bezpieczny?
Otóż nie, bo kiedy Oxen wraca do kraju aby oczyścić swoje dobre imię i nawiązuje kontakt ze swoimi dawnymi partnerami śledztwo zaczyna się na nowo. Ich tajne biuro mieści się w piwnicy domu, którego właścicielem jest Mossmann, tam odbywają tajne narady i dzielą się obowiązkami. Czy tym razem uda im się pokonać Danehof? Czy średniowieczna działalność przestanie rządzić krajem? Kto zginie, a kto przeżyje? Tego dowiecie się już z książki.

Zarówno Zamrożone płomienie jak i poprzednie części to połączenie kryminału i thrillera z polityką w tle. Jeśli lubicie właśnie takie książki to polecam sięgnąć właśnie po trylogię Oxen, myślę że tak samo jak ja będziecie zadowoleni!


Co aktualnie czytacie?

niedziela, 25 sierpnia 2019

Peelingi do ciała Organic Shop : Brazylijska Kawa i Sycylijska Pomarańcza

Po peelingi do ciała staram się sięgać regularnie, dlatego że złuszczanie martwego naskórka odgrywa ważną rolę w pielęgnacji. Nie mam swojego ulubionego peelingu, lubię sięgać po nowości. Najczęściej jednak sięgam po cukrowe lub solne bez parafiny wysoko w składzie. Aktualnie w mojej łazience znaleźć peelingi Organic Shop, a właściwie ich resztki. Przetestowałam w ostatnim czasie dwie wersje, a dokładnie Brazylijska Kawa oraz Sycylijska Pomarańcza. Z jednym z nich polubiłam się bardzo, a z drugim zaś niekoniecznie, ale o tym przeczytacie w dalszej części wpisu.


Peelingi umieszczone są w plastikowych przeźroczystych słoiczkach zaciskanych czarnymi nakrętkami. Można je otworzyć bez obawy o połamanie paznokci. Są szczelne, nic się nie wylewa ani nie przecieka. Lubię taką formę opakowań, ponieważ wiem że wydobywam zawartość do samego końca, trzeba jednak uważać, aby podczas używania do środka nie dostała się woda. Każdy z peelingów ma pojemność 250 ml. Szata graficzna przejrzysta, ładnie się prezentuje. Na słoiczkach znajduje się papierowa naklejka z informacjami od producenta na temat kosmetyku, niestety pod wpływem wilgoci zdziera się i wygląda nieestetycznie. 


Jak się pewnie domyślacie Sycylijska Pomarańcza pachnie cytrusami. Zapach jest cudowny, lekko słodki, ale orzeźwiający. Po kąpieli unosi się w całej łazience. Jeśli zaś chodzi o Brazylijską Kawę to no cóż, spodziewałam się czegoś innego. Niby faktycznie pachnie kawą, ale taką bardzo słodką. W opakowaniu jest on bardzo intensywny ale na szczęście w kontakcie z wodą trochę słabnie i da się jakoś przeżyć.
Peelingi mają gęstą, ale nie zbitą konsystencje. Pomarańczowy łatwo się nabiera i aplikuje na skórę, kawowy zaś jest taki dziwny, ciągnie się trochę jak guma. Oba produkty mają w sobie sporo drobinek cukru.


Pierwszą wersję jaką miałam okazję wypróbować była Brazylijska Kawa. no cóż, już od pierwszego użycia nie polubiliśmy się. Ze względu na dziwną konsystencje kosmetyk nie chce się trzymać skóry, więcej spada do kabiny prysznicowej niż zostaje na ciele. Trzeba go nakładać w niewielkich ilościach i od razu rozprowadzać wykonując delikatny masaż. Drobinki dobrze usuwają martwy naskórek i wygładzają skórę, nie jest to jednak mocny zdzierak, którym można zrobić sobie krzywdę. Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś lepszego, tym bardziej że lubię tą markę. Postanowiłam więc dać firmie jeszcze jedną szansę i skusiłam się na peeling Sycylijska Pomarańcza i tu miłość pojawiła się od pierwszego otwarcia, zapach mnie zauroczył. Pod prysznicem również sprawdził się o wiele lepiej niż kawowy. Peeling łatwo aplikuje się i rozprowadza na ciele, drobinki rozpuszczają się powoli dzięki czemu można sobie pozwolić na dłuższy masaż. Kosmetyk świetnie złuszcza martwy naskórek, wygładza, skóra jest delikatna w dotyku. Osoby z wrażliwą cerą, lubiące delikatne peelingi powinny na niego uważać.


Myślę, że za jakiś czas skuszę się jeszcze na inne peelingi z tej marki, aby zobaczyć czy się u mnie sprawdzą. Do wersji kawowej jednak wracać nie zamierzam. Peelingi Organic Shop nie są drogie, w internecie można je kupić za mniej niż 10 zł, więc myślę że warto wypróbować, tym bardziej że wersji do wyboru jest sporo.


środa, 21 sierpnia 2019

Maski do włosów Sunflower Premium, Difeel

Dzień dobry,
dawno mnie tu nie było, ale już wracam z naładowanymi bateriami i biorę się za nadrabianie zaległości. Wczoraj wróciłam z wakacji nad polskim morzem, tydzień wypoczynku dobrze mi zrobił. Myślę nawet, żeby zrobić jakiś wpis na temat mojego urlopu i pokazać Wam trochę zdjęć, co Wy na to?

Nie będę jednak przedłużać zbędnym gadaniem, przejdźmy do tematu dzisiejszego wpisu, czyli recenzji masek do włosów Sunflower Premium Difeel. Przetestowałam je już jakiś czas temu, jednak nie było okazji żeby o nich napisać. W ofercie marki znaleźć można cztery maseczki, a dokładnie: z olejkiem z witaminą E, olejkiem kokosowym, olejkiem z drzewa herbacianego oraz olejkiem z jojoba. Wszystkie brzmią interesująco, prawda? A która okazała się najlepsza? Tego dowiecie się z dalszej części wpisu.


Każda z maseczek umieszczona jest w saszetce o pojemności 50 g. Łatwo się ją otwiera i wydobywa zawartość do samego końca. Nie zajmuje dużo miejsca, więc spokojnie można ją ze sobą w podróż. Szata graficzna saszetek jest przejrzysta, przyjemna dla oka. 
Maski mają gęstą, kremową konsystencje, łatwo rozprowadzają się na pasmach i nie spływają z nich. 
Według producenta taka saszetka w przypadku długich włosów wystarcza na jedną aplikacje, a w przypadku krótkich na dwie. Ja mając włosy za łopatki stosowałam połowę kosmetyku, czyli jakieś 25 gram i moim zdaniem była to wystarczająca ilość. 


Maska do włosów z olejkiem kokosowym poszła na pierwszy ogień, wtedy moje włosy były ponad 20 cm dłuższe niż aktualnie, dlatego też tą wersję zużyłam na jeden raz. Ma bardzo ładny zapach, połączenie kokosu z jakimiś kwiatami jest genialne. Aromat ten utrzymuje się na włosach jakiś czas po wyschnięciu, ale spokojnie, nie jest on na tyle intensywny, żeby wywoływał np. ból głowy. Podczas nakładania maski włosy dosłownie ją piły. Muszę przyznać, że początkowo bałam się, że po takiej ilości kosmetyku pasma będą obciążone i przyklapnięte, jednak na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Już podczas spłukiwania wyczuwalna jest różnica, włosy są wygładzone, takie delikatne, nie plączą się. Maseczka bardzo dobrze nawilża i odżywia, kosmyki są miękkie w dotyku. Kosmetyk odpowiednio dociąża pasma, są one podatne na stylizacje. 


Maska do włosów z olejkiem z witaminą E stosowałam już po podcięciu włosów, czyli saszetkę rozdzieliłam na dwie porcje. Ma ona przyjemny, świeży zapach, który najbardziej wyczuwalny jest podczas aplikacji, a później stopniowo się ulatnia. Po zastosowaniu włosy są delikatne w dotyku i nawilżone. Nie puszą się i można je łatwo rozczesać. Pasma nabierają blasku, zdrowo się prezentują.


Kolejna wersja to maska z olejkiem z drzewa herbacianego niestety ze względu na intensywny zapach nie każdy się z nią polubi. Aromat jest mocno wyczuwalny, charakterystyczny do olejku herbacianego, na włosach utrzymuje się dość długo. Osobiście mi on nie przeszkadza, ale podejrzewam że przy dłuższym stosowaniu stałby się męczący. Maska odżywia i nawilża pasma oraz ułatwia ich rozczesywanie. Odpowiednio dociąża, ale nie obciąża włosów, nie przyspiesza ich przetłuszczania. Według producenta maska pomaga w walce z łupieżem, jednak w tym temacie nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ po pierwsze nie mam takiego problemu, a po drugie nie nakładałam jej na skórę głowy.

Ostatnia, a zarazem najsłabsza moim zdaniem to maska z olejkiem jojoba. Ma ona dziwny, perfumowany zapach, którego mój nos nie polubił. Na szczęście na włosach nie utrzymuje się jakoś długo. Maska ułatwia rozczesywanie, pasma są nawilżone i wygładzone. Niestety zauważyłam, że kosmetyk obciąża moje włosy, już na drugi dzień wymagają one mycia. 


Znacie maski do włosów Sunflower Premium z Difeel? Która zainteresowała Was najbardziej?