Obserwatorzy

poniedziałek, 20 listopada 2017

Black Coconut od Yankee Candle

Dzień dobry,
wiecie co.. znów przychodzę dzisiaj z opinią na temat wosku Yankee Candle, mam nadzieję że jeszcze nie znudziłam Was tym tematem, ale ostatnio non stop coś palę i chcę je na bieżąco opisywać, żeby nie robić sobie zaległości. Dokładnie mowa będzie o Black Coconut, czyli wosku w oryginalnym czarnym kolorze.


Żeby wnętrze orzecha kokosowego mogło wypełnić się charakterystycznym, aromatycznym mleczkiem – cała palma filtruje i dostosowuje do swoich potrzeb dostępną jej wodę. To właśnie dzięki temu słodkie mleczko ma tak specyficzny, uwodzący smak i aromat, który w wosku Black Coconut urozmaicony został nutami drzewa cedrowego i elementami zaczerpniętymi z serca kolorowych, egzotycznych kwiatów. W tym niezwykłym połączeniu znany dobrze kokos pokazuje swoje nowe oblicze – słodkie, ale nie mdłe, uzależniające, ale nie nużące i – przede wszystkim – jeszcze bardziej egzotyczne!


Na wosk ten skusiłam się dlatego, że uwielbiam wszystko co kokosowe i chociaż czytałam o nim opinie, że ten aromat jest prawie niewyczuwalny to i tak zapragnęłam go mieć. 
Na sucho jego zapach jest intensywny, egzotyczny, ale po rozpaleniu jego moc jeszcze wzrasta, dlatego raczej nie należy przesadzać z ilością. Ja na pierwszy raz użyłam 1/4 tarty, ale przy kolejnych wiedziałam już że lepiej włożyć do kominka mniejszy kawałek. Zapach jest dość tajemniczy, za każdym razem mój nos wyczuwał inne nuty. Aromat jest słodki i intensywny, ale nie mylcie tego z duszącym, bo taki nie jest. Główną nutą są egzotyczne kwiaty z drzewem cedrowym, a gdzieś w tle pojawia się dojrzały kokos. Jak dla mnie jest to przepiękny zapach, który w pomieszczeniu utrzymuje się bardzo długo, nawet po zgaszeniu.
Nie jest on raczej dla osób, które nie lubią ciężkich zapachów. Myślę, że jeśli ktoś jest wrażliwy na zapachy mógłby wywołać ból głowy. Na szczęście u mnie nic takiego nie miało miejsca i pokochałam go od pierwszego rozpalenia.


Pozdrawiam, Ala.

niedziela, 19 listopada 2017

Hawaiian Mud Sheet Mask - Pink Vitality, Skin79

Niedawno podczas wyprzedaży w Skin79 udało mi się dorwać kilka masek w płachcie w korzystnych cenach. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to tam pokazywałam moje zakupy oraz opisywałam krótko próbki, które otrzymałam jako gratis. Z racji tego, że nie chcę znowu tworzyć nie wiadomo jakich zapasów wzięłam się od razu za testowanie, bo tak pewnie znów zużywałabym je na ostatnią chwilę przed upływem terminu.
Pierwszą z nich jest maska Hawaiian Mud Sheet Mask - Pink Vitality, która na drugim miejscu w składzie ma glinkę. Jesteście jej ciekawi, to zapraszam do lektury.


Innowacyjne wydanie masek w płacie Hawaiian Mud Sheet Mask to połączenie dobroczynnych właściwości glinki naturalnej z koreańską rutyną pielęgnacyjną. Maska w całości pokryta jest specjalną mieszanką glinki i mułu z wulkanicznych okolic Hawajów. To wyjątkowe błoto bogate jest w minerały, które wpływają na skórę kojąco, odmładzająco, wykazują korzystne działanie przy cerze trądzikowej, maska doskonale oczyszcza pory i reguluje wydzielanie sebum. Pink Vitality wzbogacono o wyciąg z hibiskusa, obfitującego w witaminę C,która wzmacnia skórę, uszczelnia naczynia krwionośne, dodaje blasku.


Maska znajduje się w dość dużej saszetce na której w języku polskim znajdziemy tylko małą naklejkę w tylnej części. Szata graficzna bardzo skromna, szczerze mówiąc trochę nudna i pewnie widząc ją w drogerii nie zwróciłabym na nią uwagi. Największy szok przeżyłam po otwarciu i szczerze mówiąc żałuje, że robiłam ją wieczorem kiedy nie było już odpowiedniego światła do zdjęć. Maska składa się z dwóch części tak jak widać na saszetce, ale każda z nich jest dokładnie zabezpieczona folią z obu stron, także aby nałożyć ją na twarz trzeba się chwilę pobawić z odklejaniem.


Maska ma dziwny, błotny zapach, który na szczęście nie jest zbyt intensywny i nie przeszkadza aż tak bardzo. Płachta jest intensywnie nasączona beżową substancją, przez co trzeba uważać, żeby nie pobrudzić wszystkiego dookoła. 
Maskę należy trzymać na twarzy około pół godziny i tak też zrobiłam. W tym czasie płachta bardzo ładnie trzymała się na twarzy, nic się nie zsuwało. Po 30 minutach była ona już prawie całkowicie sucha i bez problemu mogłam ją zdjąć. Okazało się, że moja buzia jest cała beżowa w glince, czego w sumie mogłam się spodziewać. ( Pisząc ten wpis znalazłam w internecie, że po zdjęciu należy umyć, stonizować oraz użyć odpowiedniego dla nas kremu, szkoda jednak że na saszetce nie ma instrukcji w języku polskim).


Po zmyciu resztek maski spojrzałam w lustro i byłam w szoku, moja twarz była świetnie oczyszczona i rozjaśniona. Efekt ten był zauważalny gołym okiem, dużo lepszy niż w przypadku moich ulubionych oczyszczających masek glinkowych. Skóra nie jest po niej przesuszona, ale na duże nawilżenie też nie ma co liczyć. Ładnie zmatowiła moją cerę, jeszcze kolejnego dnia nie świeciła się ona nadmiernie.


Muszę przyznać, że pierwszy raz spotykam się z taką formą maski z glinką, ale moim zdaniem to świetny pomysł, działanie jest dużo silniejsze i nie zasycha na skorupę. Wiem, że niektórzy lubię maski w płachcie, bo nie trzeba już po nich nic zmywać, w tym przypadku bez tego się nie obędzie.
Maska w regularnej cenie kosztuje około 20 zł, mi akurat udało się ją dorwać za 2,90 zł (tak, dobrze widzisz 2,90 zł), ponieważ jej termin ważności wychodzi w grudniu, ale myślę że warto kupić ją w normalnej cenie.

Pozdrawiam, Ala.

sobota, 18 listopada 2017

Żel pod prysznic Forbidden Apple, Isana

Dzień dobry,
chciałabym wspomnieć dzisiaj o żelu firmy Isana, a dokładnie o wersji Forbidden Apple czyli o zapachu czerwonego jabłka i karmelu. Pochodzi on z zeszłorocznej edycji limitowanej, ale wiem że często te linie lubią wracać na półki, więc postanowiłam o nim wspomnień, chociaż pewnie każdy już o nim słyszał.


Żel pod prysznic Isana Forbidden Apple o zapachu czerwonego jabłka i karmelu stanowi uwodzicielską pokusę, a do tego zapewnia optymalną pielęgnację. Kąpiel pod prysznicem staje się bajkowym doznaniem dla ciała i zmysłów.


Żel otrzymujemy w plastikowej butelce z zamknięciem typu flip-top, które nie sprawia problemu nawet mokrym dłoniom, czy długim paznokciom. Szata graficzna przepiękna w odcieniach czerwieni, nie wiem jak Wam ale mi ogólnie podobają się opakowania żeli pod prysznic z tej firmy, a edycji limitowanych to już szczególnie. Na opakowaniu znajdziemy informacje od producenta oraz skład. Pojemność butelki to 300 ml.


Największym plusem żelu to zapach, jest cudowny, słodki. Dla mnie jest to takie słodkie jabłko zamoczone w gorącym karmelu. W trakcie kąpieli jak również i po niej unosi się w całej łazience. Konsystencja produktu dość gęsta, jednak łatwo łączy się z wodą i zamienia w puszystą pianę, która otula ciało.



Żel spełnia swoje zadanie idealnie, czyli dobrze oczyszcza skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, pozostawia ją czystą, pachnącą. Skóra po aplikacji nie jest wysuszona, spokojnie można odpuścić sobie nakładanie balsamu, no chyba że macie suche czy bardzo suche ciało. Żel jest wydajny, szczególnie jeśli używa się gąbki, to wystarczy niewielka ilość aby się dokładnie umyć. Produkt dobrze się pieni, a jak wiecie uwielbiam dużą ilość piany, więc jest on dla mnie idealny. 
Ogólnie mówiąc żele z tej firmy uwielbiam i często po nie sięgam, chociaż czasem zdarza się jakiś gorszy egzemplarz.


Pozdrawiam, Ala.

piątek, 17 listopada 2017

Koncentrat Detox do ciała, Venus BodyCare

Dzień dobry Kochani !
Chciałabym się podzielić z Wami opinią na temat pewnego produktu do ciała firmy Venus, a dokładnie chodzi mi o Koncentrat Detox do ciała. Kupiłam go krótko po tym, kiedy pojawił się w moim Rossmannie, jednak dopiero niedawno zaczęłam go regularnie stosować. Teraz kiedy dobija już dna jest idealny moment, aby o nim napisać.


Pozwól sobie na chwilę relaksu w zgodzie z naturą.
Koncentrat do ciała Venus Nature Detox pomoże uwolnić Twoją skórę z toksyn. Innowacyjna receptura została oparta o naturalne i pielęgnacyjne składniki, które stymulują regenerację komórek naskórka oraz zapewniają mu długotrwałe nawilżenie. Dodatkowo preparat zabezpiecza skórę przed stresem oksydacyjnym, a dzięki wysokiej koncentracji składników aktywnych kosmetyk przywraca skórze jej naturalny blask i zdrowy wygląd.
Eco ekstrakt z jabłka – wykazuje działanie antybakteryjne, sprzyja naturalnemu wygładzaniu naskórka.
Kwasy owocowe AHA – pomagają oczyścić naskórek.
Algi – bogate w minerały, witaminy i proteiny poprawiają napięcie skóry.


Koncentrat znajduje się w tubie wykonanej z miękkiego plastiku. która stoi na zamknięciu, dzięki czemu wszystko ładnie spływa i nie ma problemu z wydobyciem. Zamknięcie typu flip-top nie sprawia problemu, nawet śliskim czy mokrym dłoniom. Duży plus za to, że po zakupie produkt był przy otwarciu zafoliowany, dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami nie testował produktu i opakowanie jest pełne. Szata graficzna nie przesadzona, moim zdaniem przyjemna dla oka. Na produkcie znajdziemy wszystkie potrzebne informacje, czyli zapewnienia producenta i skład. Opakowanie zawiera 250 ml balsamu. 


Koncentrat jak dla mnie to zwykły balsam i taką też ma konsystencje. Łatwo się rozprowadza, chociaż podczas rozsmarowywania trochę się marze i chwilę dłużej się wchłania, niż inne tego typu produkty. Ma odrobinę dziwny zapach, niby delikatny, owocowy, a przy tym jest trochę kwaśny. Na skórze utrzymuje się on dość długo, ale można się do niego przyzwyczaić.


Balsam staram się używać codziennie po prysznicu, ale wiadomo czasem zdarzy mi się dzień lenia i po prostu tego nie robię. Już po pierwszej aplikacji można zauważyć dobre nawilżenie, który spokojnie utrzymuje się cały dzień. Przy regularnym stosowaniu skóra jest zregenerowana, nawet w tych suchych obszarach, u mnie są to łydki szczególnie w okresie grzewczym. Balsam wygładza, jednak wiadomo, że peelingu nie zastąpi i martwego naskórka nam nie usunie. Produkt przywraca ciału zdrowy wygląd i odzyskuje blask, nie jest poszarzała jak wcześniej. Jednak czy produkt usuwa toksyny ze skóry ? Nie mam co do tego przekonania.


Koncentrat Detox kosztuje około 15 zł, ale często można spotkać go w promocji, np. teraz w Rossmannie można kupić go za 11,99 zł. Myślę, że za taką cenę można go wypróbować i sprawdzić jak spisze się u Was.


Pozdrawiam, Ala.

czwartek, 16 listopada 2017

Garden Sweet Pea od Yankee Candle

Dzień dobry,
przychodzę do was z recenzją kolejnego wosku, tym razem bardziej kwiatowego, czyli Garden Sweet Pea. Jeśli chodzi o tą wersję to nie byłam jej do końca pewna, ale podczas składania zamówienia akurat była koło mnie mama i stwierdziła, że mam go zamówić. Wosk już wypalony, więc mogę się z Wami podzielić moją opinią. Swoją drogą zamówiłam wczoraj swoje kolejne woski, jak tylko dojdą to na pewno pokażę je na Instagramie, także zapraszam do obserwacji jeśli jeszcze tego nie robicie.


Wosk z kwiatowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: groszek pachnący, gruszka, brzoskwinia, frezja oraz drzewo różane.


Pierwsze co spodobało mi się w tym wosku to jego kolor, uwielbiam wszelkiego rodzaju odcienie niebieskiego, a ten jest przepiękny. Jednak ważniejszy jest chyba jednak zapach, do kominka wrzuciłam około 1/4 tarty. Na sucho zapach jest delikatny, ale po rozpaleniu nabiera intensywności. Już po kilku minutach wyczuwalny jest on w całym pomieszczeniu. Głównymi nutami zapachowymi moim zdaniem jest groszek pachnący i frezja, w tle pojawia się słodka gruszka. Aromat jest naprawdę cudowny, mimo tego że zwolenniczką kwiatowych zapachów nie jestem to ten mi się bardzo podoba. Po zgaszeniu jeszcze długo unosi się w pomieszczeniu. 


Pozdrawiam, Ala.

środa, 15 listopada 2017

Zostałam tygrysem, czyli nawilżająca maska w płachcie firmy Conny.

Dzień dobry,
nasz dzisiejszy dzień znów rozpoczął się bardzo wcześnie, powoli tracę już nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się pospać dłużej niż do 6, może za parę lat.. Oczywiście Igor teraz sobie już smacznie śpi, a ja teraz nie zasnę, więc czas na gorącą herbatkę i bloga.

Maski w płachcie w ostatnim czasie są bardzo popularne, na rynek wprowadzane są co rusz to nowe produkty. Występują one w różnych postaciach, białych, czarnych materiałów lub z nadrukiem zwierzęcym, ale nie tylko. Ostatnio będąc w Naturze skusiłam się właśnie na dwie Animal Masks firmy Conny i dziś chciałam podzielić się z Wami opinią o jednej z nich, a dokładnie o Nawilżającym Tygrysie.


Intensywna pielęgnacja z przymrużeniem oka! Innowacyjny design nowych masek w płacie zachęca do zabawy podczas codziennej rutyny pielęgnacyjnej. Maska wspomaga odżywianie i nawilżanie skóry. Sprawi, że Twoja cera nabierze blasku i świeżości. Pozwala na skuteczne nawilżenie skóry twarzy mającej skłonności do wysuszania. Świetny sposób na domowe SPA!


Maskę otrzymujemy w saszetce utrzymanej w żółtym kolorze, uroczy tygrysek rzuca się już w oczy z daleka. Na opakowaniu znajdziemy takie informacje jak skład czy zapewnienia producenta w języku polskim i angielskim. Fajnym pomysłem jest umieszczenie na tylnej części sudoku, podczas trzymania maski na twarzy można je sobie rozwiązać.


Po otwarciu maski do mojego nosa dotarł aromat alkoholu, co mnie trochę zniechęciło, ale na szczęście szybko się ulotnił i maska została właściwie bezzapachowa. Płachta wykonana jest z takiego grubszego materiału przez co bez problemu można ją rozwinąć bez obawy o rozerwanie. Jest bardzo mocno nasączona, że aż pod czas aplikacji z niej kapie, a sporo płynu zostaje jeszcze w saszetce. Maseczka bez problemu dopasowuje się do twarzy, nie przesuwa się.


Kiedy nałożyłam już ją na twarz pierwsze co poczułam to przyjemne chłodzenie, aż mi się miło zrobiło, skóra momentalnie była ukojona. Producent zaleca trzymanie jej na buźce 10-20 min, mi się trochę przedłużyło i ściągnęłam ją po jakiś 30 minutach. Po tym czasie była już ona częściowo sucha, mimo tego na skórze pozostała esencja, która dość szybko się wchłonęła, ale... no właśnie ale, pozostawiła taki klejący film, czego bardzo nie lubię. Byłam zmuszona przetrzeć twarz tonikiem, aby ją zmyć. Maseczka ładnie nawilżyła i wygładziła moją skórę. Zauważyłam również, że zniwelowała moje zaczerwienienia na policzkach z którymi się obudziłam. Trochę obawiałam się, że Alcohol Denat znajdujący się na 4 miejscu w składzie może wywołać krzywdę, na szczęście nic takiego nie miało miejsca.


Podsumowując z maseczki jestem zadowolona, jedyny minus to ten klejący film, który pozostaje na twarzy. Mam z tej firmy jeszcze maskę Rozświetlający Lis, zobaczymy jak ona się sprawdzi, na pewno dam Wam znać, jeśli nie tutaj to na Instagramie.

Pozdrawiam, Ala.

wtorek, 14 listopada 2017

Wild Mint od Yankee Candle

Dzień dobry,
u nas dzisiaj za oknem piękne słoneczko, niestety termometr pokazuje 3 stopnie powyżej zera i na długi spacer wyjść się nie da. Z racji tego, że Igor poszedł spać korzystam z wolnej chwili i postanowiłam coś napisać.

Z racji tego, że dni są coraz chłodniejsze i krótkie coraz częściej odpalam w mieszkaniu świeczki czy woski. Ostatnio palił się u mnie wosk Wild Mint z Yankee Candle, jeśli jesteście ciekawi co o nim sądzę to zapraszam do dalszego czytania. 


Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o chłodnym i ostrym zapachu świeżej dzikiej mięty.


Wosk o zapachu Wild Mint dostałam na urodziny, czyli już dawno temu, ale jakoś wcześniej nie miałam kiedy go użyć. Ostatnio jednak postanowiłam to nadrobić i włożyłam do kominka 1/3 tarty. Na sucho pachnie on dość intensywnie, ale po rozpaleniu zapach staje się delikatniejszy, przyjemny. Kojarzy mi się ze świeżą miętą zerwaną w ogrodzie mojej babci, jest naprawdę cudowny. Nie tylko mi się spodobał, akurat tata męczył się z katarem i stwierdził, że jakoś lepiej mu się oddycha przy nim. Aromat roznosi się po pomieszczeniu jeszcze dłuższy czas po zgaszeniu. 
Jeśli lubicie miętowe aromaty to jest on idealny dla Was.


Pozdrawiam, Ala.