Obserwatorzy

środa, 31 października 2018

Szampon i odżywka oczyszczająca Cameleo Detox, Delia Cosmetics

Osoby, które śledzą mnie na Instagramie mogły zauważyć, że na początku października otrzymałam paczkę od Delia w której znalazłam dwie serie kosmetyków do włosów, a dokładnie Cameleo Detox oraz Cameleo Aqua Action. Na pierwszy ogień poszła u mnie ta seria detox, ponieważ kiedy rozpoczyna się sezon grzewczy moja skóra głowy szaleje i szybciej się przetłuszcza. W skład tej linii wchodzi aż pięć kosmetyków, ale dzisiaj skupię się tylko na szamponie i odżywce.


Szampon umieszczony jest w butelce z ciemnego plastiku o pojemności 250 ml. Wyposażona jest w pompkę, która działa bez zarzutu wydobywając produkt ze środka. Moim zdaniem jest to bardzo wygodne rozwiązanie. Odżywkę otrzymujemy w tubie z miękkiego plastiku o pojemności 200 ml. Otwarcie typu flip-top nie sprawia problemu, nawet jeśli mamy wilgotne dłonie. Niewielki otwór sprawia, że bez problemu możemy wydobyć odpowiednią ilość produktu. Na opakowaniach znajdziemy wszystkie potrzebne informacje takie jak zapewnienia producenta oraz skład. 



Szampon ma płynną, żelową konsystencje. Podejrzewam, że gdyby nie pompka to podczas używania wylewałabym zdecydowanie za dużo produktu. Odżywka ma rzadką konsystencje, jednak nie wylewa się sama z opakowania po otwarciu. Łatwo rozprowadza się na włosach i nie spływa z nich.
Produkty mają przyjemny, słodki, lekko ziołowy zapach. Ciężko go opisać, ale polubiłam się z nim od pierwszego użycia. Aromat utrzymuje się na włosach przez jakiś czas jeszcze po wysuszeniu.



Szampon w połączeniu z wodą zmienia się w pianę, która później bez problemu się spłukuje. Podczas mycia czuć, że produkt bardzo dobrze oczyszcza włosy, są aż takie jakby skrzypiące, ale przy tym nie splątane. Początkowo obawiałam się, że szampon może być dla mnie zbyt mocny i będzie przesuszał skórę głowy, jednak na szczęście nic takiego nie wystąpiło. Włosy są po nim odbite od nasady, puszyste i miękkie. Mimo tego, że zawsze używam odżywki lub maski, raz postanowiłam zrobić eksperyment i po umyciu nałożyłam tylko olejek na końcówki. Włosy dobrze się układały, ładnie się błyszczały. Szampon zapewnia świeżość mojej fryzurze na 2-3 dni w zależności czy noszę kucyk, czy rozpuszczone. myślę jest to bardzo dobry wynik.


Odżywkę nakładam po myciu na kilka minut, jak wiecie mam włosy do pasa, więc trochę produktu potrzebuję na jedno użycie. Kosmyki bardzo dobrze chłoną kosmetyk. Podczas spłukiwania można zauważyć, że włosy są wygładzone, łatwo się rozczesują. Po wyschnięciu pięknie się błyszczą, są miękkie i puszyste. Odżywka delikatnie nawilża włosy, jednak nie jest to jakiś spektakularny efekt. Nie wymagam jednak tego od niej, ponieważ w tym celu stosuję maski. Produkt nie obciąża kosmyków, nawet jeśli nałożyłam jej trochę więcej. Używam jej zarówno z szamponem z tej samej serii jak i z innym i jestem zadowolona. Nie stosuję jej jednak co każde mycie, ponieważ nakładam ją naprzemiennie z maską.


Jeśli chodzi o wydajność, to jest ona w porządku. U mnie produkty dobijają już dna, a stosuję je od początku października, chociaż tak jak pisałam czasem sięgałam po inne kosmetyki. Zaznaczam jednak, że moje włosy są długie i gęste, więc produkty szybciej się u mnie kończą.
Każdy z tych produktów kosztuje około 20 zł, ale można dorwać je też taniej. Moim zdaniem warto wypróbować!


Znacie serię kosmetyków Cameleo Detox? Lubicie ?

poniedziałek, 29 października 2018

Kolorówka Wet n Wild

O kosmetykach kolorowych marki Wet n Wild słyszałam wiele dobrego, szczególnie na temat podkładu, ale jakoś zawsze nie było mi po drodze, aby go wypróbować. Kilka miesięcy temu podczas wizyty w Naturze skusiłam się na korektor i zakochałam się w nim od pierwszego użycia, już wtedy wiedziałam że nie będzie to ostatni produkt z tej marki jaki trafi do mojej kosmetyczce. Ucieszyłam się kiedy jakiś czas temu dostałam propozycję przetestowania kilku produktów tej marki i czekałam na paczkę. Produkty używałam już wiele razy, więc myślę że jest to idealny moment, aby napisać o nich coś więcej.


W paczce znalazłam cztery produkty, a dokładnie : Poczwórne cienie do powiek Walking On Eggshells, Rozświetlacz w płynie Hallo Goodbye, Tusz do rzęs Lash Renegade, Bazę pod cienie Photo Focus. W oko od razu wpadła mi mascara, albo raczej jej opakowanie, trochę inne niż wszystkie oraz rozświetlacz. Byłam bardzo ciekawa jak się spiszą, więc trafiły w widoczne miejsce, abym mogła po nie sięgać podczas wykonywania makijażu.


Tusz do rzęs otrzymujemy w czarno żółtym opakowaniu, jest ono bardziej kanciaste niż standardowe mascary. Łatwo się go odkręca, radzi sobie z tym nawet mój dwuletni synek, który ostatnio też chciał go wypróbować. Posiada sylikonową szczoteczkę w kształcie takiej jakby klepsydry. Początkowo musiałam się do niej przyzwyczaić, ponieważ ta kuleczka na czubku trochę mi przeszkadzała. Szczoteczka nabiera odpowiednią ilość tuszu, nie jest on ani za suchy, ani za mokry, od razu można go używać. 


Szczoteczka bardzo dobrze rozczesuje rzęsy. Ładnie je pogrubia i delikatnie wydłuża, nie są jednak posklejane, jak to często niestety bywa. Tusz nie daje efektu sztucznych rzęs, jak dla mnie jest on idealny do codziennych makijaży, bo na większe wyjścia lubię jednak mocniejszy efekt. W ciągu dnia nie kruszy się, ani nie osypuje, nie muszę się martwić, że nagle będę wyglądać jak panda z ciemnymi plamami pod oczami. Tusz łatwo usuwa się za pomocą płynu micelarnego lub dwufazowego. 


Paletka Walking On Eggshells składa się z czterech cieni do powiek, jeden matowy pozostałe trzy satynowe, błyszczące. Wykonana jest z delikatnego, przeźroczystego plastiku, łatwo się otwiera i zamyka. Plusem dla mnie jest to, że nie muszę zaglądać do środka, aby zobaczyć jakie kolory się w niej kryją. Na tylnej części opakowania mamy małe podpowiedzi na jaki obszar powieki nałożyć dany cień. Kolorystyka palety beżowo brązowa, idealna do codziennych makijaży, ale oczywiście nada się również na większe wyjścia, jeśli ktoś lubi delikatne odcienie na powiekach.


Cienie mają dobrą pigmentacje, ale i tak zawsze nakładam je na bazę, więc jest jeszcze lepiej. Dobrze się ze sobą łączą, ale nie robią plamy w jednym kolorze. Wiadomo, że są to delikatne odcienie, więc raczej nikt krzywdy nie powinien sobie nimi zrobić. Kiedy nabieram je na pędzelek trochę się pylą, jednak podczas nakładania na powiekę nie osypują się. 


Baza pod cienie Photo Focus umieszczona jest w tubce, która dodatkowo włożona jest w kartonik. Pod nakrętką znajduje się mały dzióbek, dzięki czemu można wydobyć odpowiednią porcję bazy. Ma ona postać gęstego kremu, wystarczy malutka ilość na jedną powiekę. Baza ma lekko beżowy kolor, ładnie wyrównuje koloryt i delikatnie rozjaśnia skórę. Według producenta można stosować ją właśnie jako bazę pod cienie lub solo. 



Baza bardzo dobrze podbija pigmentacje cieni, próbowałam z różnymi markami i każdym przypadku byłam zadowolona. Cienie dobrze się na niej rozcierają, nie robią plam. Baza przedłuża trwałość, makijaż trzyma się na niej bez zarzutu wiele godzin, przetrwa nawet całonocną zabawę. Produkt sprawdza się zarówno do makijażu dziennego, jak i wieczorowego. Jest bardzo wydajna, podejrzewam że wystarczy mi jeszcze na długo.



Jeśli chodzi o rozświetlacze to najczęściej sięgam po te prasowane, jednak w swojej kolekcji mam również płynne, Hello Halo jest właśnie tym drugim typem. Umieszczony jest on w małym opakowaniu o pojemności 15 ml. Aplikuje się go za pomocą takiej trochę większej pacynki jak w przypadku błyszczyków. Łatwo się go rozprowadza i rozciera, dobrze współpracuje z podkładami, nie robi w nich dziur. Rozświetlacz tworzy taflę błysku, ale nie jest to taki chamski brokat jak niestety czasem bywa. Efekt ten możemy sobie stopniować nakładając mniej lub więcej produktu. Polubiłam się z nim, jednak mimo wszystko jednak wolę prasowane rozświetlacze. 



Znacie kosmetyki Wet n Wild? Lubicie?

Miłego dnia! :)

sobota, 27 października 2018

#DDOB platforma zrzeszająca twórców i influencerów

Jak wiecie w sieci jestem już kilka lat, początkowo był tylko blog, później dołączył instagram, aktualnie prowadzę oba profile, ale ciągle szukam czegoś nowego. Jakiś czas temu natrafiłam na DDOB.COM jest to platforma społecznościowa zrzeszająca tysiące twórców i influencerów. Możemy znaleźć tam wpisy na różne tematy, każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, nie musimy tylko czytać, ale mamy również możliwość umieszczania na platformie własnych wspisów oraz artykułów. 


Ale to nie wszystko, podczas korzystania z portalu otrzymujemy monety, które możemy wymienić np. na karty podarunkowe do Rossmanna, H&M czy Empiku, koszulki, Intax'a czy nawet Iphone X. 

Jak zdobyć monety ?
- Monety otrzymują twórcy wpisów, które są najczęściej czytane, likowane, autorzy wyróżnionych wpisów oraz najaktywniejsi użytkownicy
- Dodatkowe monety otrzymać można za realizacje zadań, które dostępne są po rejestracji w panelu influencera.


Korzystanie z platformy jest bardzo łatwe, zaglądam na nią regularnie podobnie jak na bloga, czy instagrama. Kiedy mam trochę czasu siadam do laptopa z kubkiem herbaty i przeglądam artykuły, zawsze coś ciekawego wpadnie mi w oko, wiele nowych rzeczy mogę się dowiedzieć dzięki nim. Sama również wrzucam swoje linki do wpisów na blogu, dzięki czemu zwiększam jego zasięg. Dodatkowo dzięki korzystania z platformy mogę zgarnąć nagrody, czego chcieć więcej ?

Znacie platformę DDOB? Macie tam swoje konto? Zaglądacie regularnie?

piątek, 26 października 2018

Ulubieńcy pielęgnacja - wrzesień, październik 2018

Postanowiłam wprowadzić na swojego bloga serię wpisów dotyczących ulubieńców, pojawiać się one będą co miesiąc lub dwa, w zależności ile perełek odkryje w danym czasie. Nie chcę, aby były to jakieś długie wpisy, więc stwierdziłam że za każdym razem pisać będę o pięciu produktach. Pojawiać się będą osobne wpisy na temat pielęgnacji jak i kolorówki, także każdy znajdzie coś dla siebie. Dzisiaj napiszę o pielęgnacji, a za kilka dni pojawią się produkty do makijażu, które ostatnio podbiły moje serduszko. 


Tonik, mgiełka nawilżająca, Resibo - o marce Resibo naczytałam się wiele dobrego, aż sama zapragnęłam coś wypróbować, wybór padł właśnie na tonik. Ma on przyjemny kwiatowy aromat, który ulatnia się aplikacji. Po nałożeniu na skórę pojawia się delikatne mrowienie, czuć że produkt działa. Tonik dobrze odświeża cerę, łagodzi podrażnienia. Usuwa efekt ściągnięcia jaki pozostawiają niektóre żele do mycia twarzy. Produkt nawilża skórę, aż byłam w szoku, że po jego zastosowaniu nie czułam potrzeby, aby od razu nakładać krem. Jedyne czego mogłabym się doczepić to fakt, że atomizer na pewno nie wydobywa mgiełki, a strumień produktu, dlatego tonik najlepiej aplikować na buzię za pomocą wacika.



Odżywczy krem do stóp, Neutrogena - jeśli chodzi o kremowanie stóp to przyznaje się, jestem leniem, więc szukam produktów, które mogę stosować co kilka dni i będą działać jak należy. Odżywczy krem bardzo dobrze nawilża i odżywia suche stopy. W połączeniu z regularnym peelingiem sprawia, że pięty dużo lepiej się prezentują i nie pękają. Nakładam go 2-3 razy w tygodniu grubszą warstwę i zakładam skarpetki, rano stopy są miękkie i delikatne. Krem jest wydajny, używam go już dłuższy czas a nadal jest go sporo w tubce.



Kokosowy peeling kawowy, Paris Nature, Bydgoska Wytwórnia Mydła - peeling o którym mogliście już czytać na moim blogu, ale wspomnę o nim raz jeszcze, bo naprawdę jest genialny! Od pierwszego otwarcia zakochałam się w jego zapachu, połączenie kokosu i kawy, jak dla mnie ideał. Drobinki kawy świetnie radzą sobie z usuwaniem martwego naskórka, nie polecam go jednak osobom, które nie lubią mocnych zdzieraków. Dzięki olejom w składzie po zabiegu nie trzeba już stosować balsamu, skóra jest dobrze natłuszczona i nawilżona. Trzeba tylko uważać na opakowanie, ponieważ peeling umieszczony jest w szklanym słoiczku.



Kojąca maska na noc z ekstraktem z ziemniaka, A'Pieu - ostatnio bardzo polubiłam taką formę wieczornej pielęgnacji. Maseczkę nakładam zamiast kremu na noc i rano zmywam. Ma ona lekko żelową konsystencje, łatwo się aplikuje i szybko się wchłania. Maska bardzo dobrze koi wszelkiego rodzaju podrażnienia, zaczerwienienia szybko znikają. Skóra jest bardzo dobrze nawilżona, odżywiona, zdrowo się prezentuje. Jest ona bardzo wydajna, na jedno użycie wystarczy mała ilość, a tubka zawiera aż 130 ml.


Odżywka oczyszczająca do włosów z naturalną glinką, Cameleo Detox, Delia - początkowo nie spodziewałam się, że odżywka trafi do ulubieńców. Ma dość rzadką, lekką konsystencje, a jednak moje włosy zwykle lubią coś treściwszego. Jednak odżywka pozytywnie mnie zaskoczyła, włosy pięknie się po niej błyszczą, są miękkie i łatwo się układają. Dzięki niej są bardziej puszyste, dodaje im objętości. Odżywka delikatnie nawilża, ułatwia rozczesywanie włosów. Nie mam jakiś wielkich wymagań, jeśli chodzi o tego typu produkty, od nawilżania i odżywiania są maski. Jako odżywka jest dla mnie super i chętnie wypróbuję drugą, nawilżającą wersję. 


Lubicie takie wpisy o ulubieńcach ?

Miłego wieczoru ! :)

środa, 24 października 2018

Żel do mycia twarzy i Płyn micelarny, Aloesove

Aloesove to marka której producentem jest Sylveco. Ostatnio zrobiło się o niej głośno, więc i ja zapragnęłam coś wypróbować. Żel do mycia twarzy udało mi się kupić razem z gazetą Zwierciadło, a micel znalazłam w pudełku JoyBox. Jakiś czas temu zabrałam je ze sobą do łazienki i zabrałam się za testowanie. Kosmetyki powoli się kończą, wiec jest to idealny moment, aby napisać o nich kilka słów.


Kosmetyki otrzymujemy w buteleczkach wykonanych z zielonego plastiku, niestety nie widać, ile produktu zostało jeszcze w środku. Szata graficzna bardzo ładna, kolorowa, opakowania świetnie prezentują się na półce czy umywalce. Żel wyposażony jest w pompkę, dzięki której bez problemu wydobywamy zawartość. Micel zaś posiada zamknięcie typu flip-top. Na opakowaniach znajdziemy wszystkie potrzebne informacje, czyli zapewnienia producenta oraz skład. Buteleczka żelu ma pojemność 150ml, płyn micelarny zaś 200 ml.


Żel ma rzadką, żelową konsystencje, w tym wypadku dobrze że ma pompkę, bo inaczej to pewnie wylałabym naraz pół opakowania. Jeśli chodzi o micel to jak to zwykle bywa przy tego typu produktach jest to woda. Zapach kosmetyków jest ziołowy, mój nos pierwsze co wyczuwa to mięta, później pojawia się coś jeszcze. O ile w żelu tak bardzo mi to nie przeszkadza, tak w przypadku płynu micelarnego jest to męczące, szczególnie że producent poleca go również do demakijażu oczu.

Płyn micelarny używam zarówno go oczyszczania twarzy rano po przebudzeniu jak i do demakijażu. O ile w pierwszym przypadku sprawdza się bardzo dobrze, odświeża skórę i usuwa nocne zanieczyszczenia, tak przy usuwaniu makijażu pojawia się problem. Micel słabo rozpuszcza kosmetyki kolorowe. Z podkładem jeszcze daje sobie jakoś radę, ale tusz do rzęs rozmazuje na pół twarzy. Demakijaż tym płynem zajmuje zdecydowanie więcej czasu, niż w przypadku innych produktów tego typu. Początkowo obawiałam się, że będzie podrażniać, na szczęście nic takiego nie ma miejsca, trzeba tylko uważać, aby produkt nie dostał się do oka. Kolejnym minusem jest fakt, że podczas aplikacji na skórę zaczyna się pienić, bardzo tego nie lubię w płynach micelarnych. 


Żel dobrze łączy się z wodą. Osoby, które lubią mocno pieniące się produkty do mycia twarzy nie będą z niego zadowolone, ponieważ ten właściwie się nie pieni, tworzy taką jakby emulsje. Produkt dobrze usuwa zanieczyszczenia oraz pozostałości kosmetyków kolorowych. Nie podrażnia, ani nie uczula. Po spłukaniu niestety zauważyłam, że skóra jest mocno ściągnięta i aż woła o krem nawilżający. Moim zdaniem producent obiecuje zdecydowanie za dużo.


Wydajność produktów nie powala, kosmetyki bardzo szybko ubywają z opakowań. Zarówno żel do mycia twarzy jak i płyn micelarny w cenie regularnej kosztuje około 20 zł, wiec patrząc na wydajność i działanie to zdecydowanie nie warto. 


Miłego dnia ! :)

wtorek, 23 października 2018

Mydła do rąk w płynie, Isana

Markę Isana znają chyba wszyscy, dostępna jest w każdym Rossmannie. W jej ofercie znajdziemy produkty do pielęgnacji twarzy, włosów oraz ciała. Ja najczęściej sięgam po żele pod prysznic, ale sięgam też po inne kosmetyki. Od jakiegoś czasu w mojej łazience również stoi mydło do rąk właśnie z Isany. Stwierdziłam, więc że napiszę taki zbiorczy wpis o nich, bo działają właściwie tak samo.


Mydełka otrzymujemy w dość dużych, bo aż 500 ml butelkach wyposażonych w pompkę. Wydobywa ona odpowiednią ilość produktu, nie zacina się, ani nie pluje zawartością. Szata graficzna mydeł jest cudowna, w zależności od wersji, ale zawsze jest kolorowo. Opakowania bardzo ładnie prezentują się na półce, czy umywalce, rzucają się w oko. Na butelce znajdziemy takie informacje jak zapewnienia producenta i skład. 


Mydła mają żelową konsystencje, różnią się tylko delikatnie kolorem. Niektóre wersję z tego co pamiętam, szczególnie te edycje zimowe są bardziej kremowe. Jeśli chodzi o zapachy to w ofercie Isany znajdziecie aromaty od delikatnie kwiatowych, przez owocowe po słodkie, jedzeniowe. Ja jednak chciałabym się skupić na tej trójce, którą aktualnie posiadam. Time to Relax pachnie delikatnie białą herbatą, bardzo go polubiłam, nie jest nachalny, a jednak przyjemny. W Japanese Harmony przeważają nuty kwiatowe, genialne połączenie kwiatu wiśni i jaśminu bardzo mi się podoba, cieszę się że mam jeszcze żel pod prysznic w tej wersji. Mango Exotic to słodkie mango z dodatkiem innych owoców egzotycznych, zakochałam się w nim od pierwszego powąchania.


Mydło bardzo dobrze łączy się w wodą tworząc delikatną pianę. Na jedno użycie wystarczy pompka produktu. Mydło bardzo dobrze oczyszcza dłonie z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Wiadomo w przypadku mocniejszych zabrudzeń czynność trzeba powtórzyć, ale u mnie rzadko się to zdarzało. Zauważyłam jednak przy bardzo częstym myciu rąk, że skóra jest trochę ściągnięta i potrzebuje nawilżenia, ale wystarczy wsmarować krem do dłoni i problem znika.


Mydła do rąk Isana są naprawdę wydajne i taka butelka starcza na długo. Patrząc na to, że ich cena to 3-4 zł w zależności od tego czy są akurat na promocji, czy kupujemy je w cenie regularnej, to warto je zakupić i wypróbować. Mimo tego, że zdarza im się delikatnie przesuszać skórę nadal będę po nie chętnie sięgać. Teraz czekam, aż pojawi się jakaś zimowa wersja mydła.


Miłego dnia ! :)

poniedziałek, 22 października 2018

Nawilżający tonik-mgiełka do twarzy, Vianek

Macie czasem tak, że produkt który u większości sprawdza się super u Was zawodzi? U mnie ostatnio było tak z Nawilżającym tonikiem-mgiełką do twarzy z Vianka. Przeczytałam o nim sporo pozytywnych opinii, a kiedy zaczęłam go używać przez głowę przebiegła mi myśl, czy to na pewno o nim były te wpisy. Wiem, że każda cera jest inna, dlatego też postanowiłam podzielić się z Wami moimi odczuciami na jego temat.


Tonik otrzymujemy w plastikowej buteleczce o pojemności 150 ml. Wyposażona jest ona w atomizer, który nie zacina się, jednak wydobywa sporo produktu w jedno miejsce, zamiast tworzyć delikatną mgiełkę. Szata graficzna skromna, ale przyjemna dla oka, utrzymana w biało niebieskiej kolorystyce z motywem kwiatów. Na opakowaniu znajdziemy takie informacje jak zapewnienia producenta i skład. 


Jak na tonik przystało ma on wodnistą, bezbarwną konsystencje. Produkt ma przyjemny, słodkawy zapach, który jednak dość szybko się ulatnia. Wyczuwalny jest właściwie tylko zaraz po wydobyciu z opakowania, podczas aplikacji na buzie mój nos już go nie czuje.


Tonik można stosować bezpośrednio na oczyszczoną skórę twarzy, albo na wacik i przetrzeć buzię. Początkowo stosowałam go tym pierwszym sposobem, jednak atomizer wydobywał jak dla mnie zbyt dużo produktu w jedno miejsce i zdecydowałam się na klasyczne nakładanie. Tonikiem przecieram skórę zawsze po umyciu buzi, aby usunąć ewentualne ściągnięcie jakie pozostawił żel do mycia twarzy. W tym przypadku niestety miałam wrażenie, że mgiełka nie robiła nic, a czasami efekt ściągnięcia był nawet mocniejszy. Tonik może faktycznie delikatnie łagodzi zaczerwienienia, które czasem pojawiają się na moich policzkach, jednak nie zauważyłam żeby nawilżał. Polecany jest on do cery suchej i wrażliwej, co prawda moja jest mieszana skłonna do przesuszeń w okresie grzewczym, ale i tak nie spełnia on moich oczekiwań.


Tonik wystarczył mi na niespełna miesiąc, także wynik całkiem dobry jak na tą pojemność. Jego cena to około 17-20 zł, często jednak można dostać go w promocji. 

Jestem ciekawa, czy mieliście ten tonik i jak sprawdził się u Was. Dajcie znać w komentarzach.


Miłego dnia ! :)

niedziela, 21 października 2018

Żele pod prysznic Isana, Avon, Dove

Dawno nie było wpisu na temat żeli pod prysznic, więc muszę to nadrobić. Dzisiaj skupię się na produktach takich marek jak Dove, Isana oraz Avon. 


Kto mnie zna już dłużej z bloga czy instagrama, wie że królują u mnie żele z Isany, kupuję prawie każdą nową wersję jaka pojawia się na polskim rynku. Jednak nie ograniczam się do jednej marki, przez co moje zapasy w tej kategorii są spore i nadal rosną. 


,,Zimowy żel pod prysznic delikatnie myje i pielęgnuje skórę. Wyselekcjonowane substancje myjące umożliwiają łagodną pielęgnację delikatnej, suchej skóry. Naturalny, zblizony do skóry lipid chroni i pielęgnuje skórę. Zmysłowy zapach wanilii i karmelu uwiedzie zmysły, zapewniając chwile błogiego rozpieszczenia.''

Zimowy żel pod prysznic Wanilia i Karmel kupiłam bodajże dwa lata temu, albo rok, dokładnie już nie pamiętam. Kiedy zaczęły się chłodne dni przypomniałam sobie o nim i postanowiłam zabrać ze sobą do łazienki. Żel ma cudowny, waniliowo karmelowy, otulający zapach. Kojarzy mi się on z jakimiś cukierkami, po kąpieli aromat unosi się w całej łazience. Jest to produkt dla osób, które lubią właśnie takie słodkie, jedzeniowe zapachy. Ma on średnio gęstą konsystencje w beżowym kolorze, w kontakcie z wodą dobrze się pieni. Żel dobrze oczyszcza ciało, nie zauważyłam aby wysuszał. Jeśli chodzi o wydajność to raczej standardowa do żeli tej marki, używany na myjkę wystarcza na 2,5-3 tygodnie. Nie wiem czy pojawi się on w tym roku w okresie świątecznym w Rossmannie, ale jeśli tak to polecam !


,,Żel pod prysznic Słodka Malina i Hibiskus dzięki swym ekstraktom niezwykle nawilża, wygładza i odżywia skórę a na dodatek pięknie pachnie.''

Po żele pod prysznic z Avon Naturals kiedyś sięgałam bardzo często, później przerzuciłam się na inne marki, jednak gdzieś w zapasach zapodziała się właśnie ta wersja z Maliną i Hibiskusem. Uwielbiam wszystko co malinowe, jednak w tym przypadku się zawiodłam, produkt pachnie jak dla mnie herbatą malinową z hibiskusem. Aromat na kolana nie powala, na szczęście nie utrzymuje się długo na skórze. Żel ma rzadką konsystencje i słabo się pieni, przez co na jedno użycie trzeba wylać sporo produktu, co oczywiście wpływa na jego wydajność. Produkt dobrze oczyszcza ciało, jednak trochę wysusza skórę i bez balsamu się nie obejdzie. Z tego co kojarzę, ta wersja nie jest już dostępna, chociaż nie wiem, bo dawno nie oglądałam katalogu z Avonu, mimo wszystko nie polecam.


,,Żel pod prysznic Dove Go Fresh Revitalize pobudza zmysły zapachem mandarynki i kwiatu tiary. formuła żelu do ciała z delikatnymi substancjami oczyszczającymi. Zawiera technologię Nutrium Moisture, czyli połączenie kompozycji składników nawilżających wzbogaconych o lipidy plus delikatne substancje myjące. Dzięki temu żel pod prysznic z mandarynką i kwiatem tiare Dove Go Fresh Revitalize pielęgnuje skórę podczas mycia, dostarczając jej składników nawilżających. Zapewnia miękką i gładką skórę już po pierwszym prysznicu. . Codzienne stosowanie przywraca piękno skóry i pomaga zachować je na długi czas.''

Żele Dove kupiłam podczas jakiejś promocji w Rossmannie, zainteresował mnie ten zapach mandarynki i kwiatu tiary, byłam go bardzo ciekawa, więc szybko trafił pod prysznic. Zapach bardzo świeży, połączenie mandarynki i jakieś kwiatowe nuty, pewnie jest to ten kwiat tiary, ale nie miałam nigdy okazji go wąchać, więc nie mam 100% pewności, że to to. Aromat unosi się w całej łazience oraz utrzymuje się jakiś czas na skórze. Żel ma gęstą, kremową konsystencje o pomarańczowym kolorze. Produkt bardzo dobrze się pieni, na jedno użycie nie potrzebna go dużo, szczególnie jeśli używa się myjki. Bardzo dobrze oczyszcza ciało, po umyciu skóra jest miękka, delikatna w dotyku, nawet jeśli nie użyję balsamu to nie czuję z tego powodu dyskomfortu. Żel ma pojemność aż 500 ml, wystarcza on na długo, szczerze mówiąc chyba wolę tego typu produkty o mniejszej pojemności. Jeśli lubicie owocowo-kwiatowe zapachy to polecam!


Dwa żele sprawdziły się u mnie świetnie, jeden niestety zawiódł. Przyznaje, że nie jestem zbyt wymagająca jeśli chodzi o żele pod prysznic, ma dobrze oczyszczać, przyjemnie pachnieć i nie wysuszać skóry. Co jakiś czas jednak zdarzają się u mnie produkty, które mnie zawodzą.


Miłego dnia ! :)

czwartek, 18 października 2018

Płyn micelarny Kurkuma + Chia, Bielenda Botanic Spa Rituals

Seria kosmetyków Botanic Spa Rituals ostatnio stała się bardzo popularna, dlatego i ja postanowiłam coś z niej wypróbować. Postawiłam na wersję Kurkuma + Chia i kupiłam płyn micelarny oraz maseczkę, ale o niej innym razem. Z racji tego, że płyn trafił już do denka jest to odpowiedni moment, aby napisać jak się u mnie sprawdził.


Płyn otrzymujemy w dużej plastikowej butli wykonanej z zielonego, lekko przeźroczystego plastiku. Jej pojemność to aż 500 ml, początkowo obawiałam się, że opakowanie będzie mało wygodne podczas użytkowanie, ale na szczęście butelka dobrze leży w dłoni. Płyn ma zamknięcie typu flip-top, bez problemu się otwiera. Mały otwór umożliwia wydobycie odpowiedniej ilości produktu na wacik. Na opakowaniu znajdziemy wszystkie potrzebne informacje, czyli m.in. skład oraz zapewnienia producenta. 


Jak na płyn micelarny przystało produkt ma wodnistą, bezbarwną konsystencje. Zapach bardzo delikatny, lekko ziołowy, szybko się ulatnia. Myślę, że nie powinien on nikomu przeszkadzać, nawet tym, którzy są wrażliwi na zapachy. Jak dla mnie płyn micelarny powinien być bezzapachowy, albo właśnie tylko taki delikatny aromat jak ten, niestety nie zawsze tak jest.


Po płyn micelarny sięgam codziennie rano i wieczorem, nie ważne czy wykonuje makijaż czy też nie. Płyn bardzo dobrze radzi sobie z usuwaniem zanieczyszczeń, które osiadają na naszej skórze w ciągu dnia czy nocy oraz pozostałości kremów, maseczek. Skóra jest po nim odświeżona, nie pozostawia lepiącej warstwy, buzia nie jest ściągnięta. Płyn dobrze radzi sobie również z demakijażem, o ile mocniejszy makijaż twarzy nie sprawia mu problemów to przy oczach zaczynają się schody. Delikatny make-up, czyli tusz, jasne cienie usuwa bez problemu, jednak z eyelinerem sobie nie radzi. Jednak szczerze mówiąc nie uważam tego za minus, do demakijażu oczu i tak najczęściej sięgam po płyn dwufazowy. Nie podrażnia on skóry ani oczu, nawet jeśli odrobina dostanie się pod powiekę.


Jak dla mnie jest to jeden z lepszych płynów micelarnych jaki miałam, chętnie do niego kiedyś wrócę, jednak wiadomo chcę dać szansę jeszcze innym. W cenie regularnej można kupić go za około 20 zł, więc myślę że cena jest adekwatna do pojemności.


Miłego dnia !