Obserwatorzy

czwartek, 7 grudnia 2017

Coastal Living od Yankee Candle

Dzień dobry,
wszędzie dookoła już atmosfera świąteczna i fajnie, bo lubię Boże Narodzenie, jednak ostatnio zapragnęłam odpocząć od tego wszystkiego i przenieść się chociaż myślami gdzieś indziej. Pomyślałam, że być może pomoże mi w tym wosk i rozpaliłam w kominku Coastal Living z Yankee Candle. Jeśli jesteście ciekawi co o nim sądzę to zapraszam do dalszej części wpisu.


Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o intrygującej słodko-słonej mieszance zapachu nadbrzeżnych kwiatów z ciepłą oceaniczną bryzą.


Jak zwykle do kominka włożyłam 1/3 tarty i zapaliłam pod nim podgrzewacz. Po kilku minutach do mojego nosa dotarł przyjemny słodki, a zarazem słony, rześki zapach. Mimo tego, że nie jest to mocny aromat to czuć go wyraźnie. Kojarzy mi się z wiosennym spacerem nad morzem, kiedy nie jest jeszcze gorąco, a delikatny wiatr kieruje w nas słonawy zapach. W tle faktycznie można wyczuć kwiaty, moim zdaniem z dodatkiem jakiś słodkich owoców. Jest to chyba pierwszy taki morski zapach, który faktycznie bardzo mi się podoba, a nie przypomina kostkę z WC. Jak dla mnie jest to wosk na co dzień do nie za dużych pomieszczeń. Sprawdzi się u osób, u których intensywne aromaty wywołują ból głowy.


Wosk Coastal Living możecie kupić na stronie Goodies.pl [TUTAJ] w cenie 9 zł.

Pozdrawiam, Ala.

środa, 6 grudnia 2017

Japoński Rytuał z firmą Marion - Maseczki

Dzień dobry,
jakiś czas temu na wielu Instagramach pojawiły się kosmetyki firmy Marion z ich nowej serii Japoński Rytuał. Od razu zaświeciły mi się oczka na widok maseczek i zapragnęłam je mieć, niestety to nie było takie proste, ponieważ w moim mieście nigdzie ich nie było. Ostatnio jednak będą w drogerii rzuciły mi się w oczy, więc wzięłam obie dostępne wersje i poleciałam do kasy. Nie chciałam długo czekać z testowaniem, więc pierwszą z nich wypróbowałam jeszcze tego samego dnia, a drugą kolejnego. Nie przedłużając przejdźmy do tego jak się one u mnie sprawdziły.


3-minutowa Maseczka do twarzy ultra nawilżająca
Maseczka o konsystencji lekkiego kremowego masełka, błyskawicznie odżywia i ekstremalnie nawilża. Przynosi ulgę suchej i zmęczonej skórze twarzy. Jest bogata w japońską algę Wakame o silnym działaniu regenerującym i odmładzającym. Różowa glinkanadaje skórze blask i absorbuje zanieczyszczenia. Odżywczo-detoksykujący japoński kwiat wiśni i łagodzące masło shea chronią przed utratą wody. Mleczko ryżowe poprawia elastyczność skóry, wygładza ją i ujędrnia. Tworzy ochronny film, zwiększający odporność cery na zanieczyszczenia. 
Maska wspaniale sprawdzi się w codziennej pielęgnacji. Używaj zawsze wtedy, gdy potrzebujesz nawilżenia i ukojenia.



Maseczkę otrzymujemy w jasnoróżowej saszetce, lubię takie kolory, więc tym bardziej mi się podoba. Szata graficzna skromna, ale ładna. Na opakowaniu znajdziemy zapewnienia producenta, sposób użycia oraz skład. Pojemność 10g. 
Ma ona gęstą konsystencje, przypominającą masło do ciała, ma podobny kolor do saszetki. Na skórze rozprowadza się bez problemu, nałożyłam jej grubą warstwę aby zużyć wszystko, ponieważ nie lubię zostawiać otwartych opakowań tego typu. Sporym atutem tej maski jest zapach, główną nutą jest kwiat wiśni, a w tle mleko ryżowe, można się w nim zakochać. Swoją drogą, przypomina mi się że miałam kiedyś balsam o podobnym zapachu, ale potem już nie mogłam go nigdzie znaleźć.
Producent zaleca, aby trzymać ją 3 minuty, mi tak się podobał ten aromat, że czas przedłużyłam do 5-7 minut. Zmywa się bez problemu, nic się nie marze, nie brudzi. Po spojrzeniu w lustro byłam zadowolona, skóra wygładzona i lekko oczyszczona, a zaczerwienia uspokojone. Kilka minut później niestety poczułam mocne ściągnięcie, moja buzia domagała się kremu nawilżającego. Trochę się zawiodłam, bo przecież maska ponoć miała być ultra nawilżająca. Nie mam też jakiejś bardzo wymagającej cery, więc nie wiem co by to było u osób ze skórą suchą, czy bardzo suchą.



Odmładzająca maska na twarz na tkaninie 
Maska w postaci tkaniny silnie nasączonej aktywnym serum, przeznaczona jest do cery suchej i pozbawionej sprężystości. Daje odczucie błyskawicznego wygładzenia i liftingu wiotkiej skóry twarzy. Formuła jest bogata w łagodzący ekstrakt z zielonej herbatyuważany przez Japonki za źródło młodości i świeżości. Kwas hialuronowy zapewnia odpowiednie zbilansowanie poziomu nawilżenia i zmniejsza widoczność drobnych zmarszczek. Odżywczo-detoksykujący japoński kwiat wiśni chroni przed utratą wody. Mleczko ryżowe poprawia elastyczność skóry, wygładza ją i ujędrnia.



Saszetka w tym przypadku ma odcień ciemnego różu, szata graficzna podobna. Na opakowaniu znajdziemy również m.in zapewnienia producenta, skład oraz sposób użycia. Saszetka jest normalnych rozmiarów, nie jak to czasem bywa w przypadku masek w płachcie, że jest ogromna.
Tkanina jest dość gruba, łatwo się ją rozkłada, ma odpowiedniej wielkości otwory, bez problemu dopasowuje się do kształtu twarzy. Płachta jest dobrze nasączona, jednak nic z niej nie kapie. Przyzwyczajona jestem, że w opakowaniu zostaje jeszcze sporo tej esencji, w tym wypadku jednak tak nie jest. Zapach równie intensywny i przyjemny co przy pierwszej maseczce, umila oczekiwanie i relaksuje.
Maseczkę trzymałam około 15 minutach, po zdjęciu sporo serum pozostało jeszcze na twarzy, ale po kilku minutach się wchłonęło nie zostawiając klejącej warstwy, jak to czasem bywa. Skóra jest po niej dobrze nawilżona i wygładzona. Buźka odzyskuje po niej blask i wygląda na zdrową. Nie wypowiem się co do działania na zmarszczki, bo ich nie posiadam, no ale tak czy siak po jednej aplikacji pewnie różnicy nie byłoby widać.


Po przetestowaniu dwóch produktów z serii Japoński Rytuał mam mieszane uczucia, jak widzicie jedna maseczka sprawdziła się u mnie świetnie, druga zaś zawiodła. Mimo wszystko nie skreślam jej i jeśli tylko mi się uda dorwać to wypróbuję jeszcze jakiś kosmetyk z Japońskiego Rytuału. W jej skład oprócz maseczek wchodzi : Lekki krem do twarz na pierwsze zmarszczki, Tonik-Esencja nawilżająca, Aksamitny żel do oczyszczania twarzy oraz Chusteczki micelarne do demakijażu, także jest w czym wybierać. Jeśli chodzi o ceny masek, to za tą Ultra nawilżającą zapłaciłam 2,30 zł, a za Maskę na tkaninie 4,50 zł, co jak na maskę w płachcie to nie jest wysoka kwota.



Pozdrawiam, Ala.

wtorek, 5 grudnia 2017

Blogmas 2017 : Świąteczna playlista.

Dzień dobry,
co prawda wpis pt. Świąteczna playlista był zadaniem zeszłorocznego Blogmasu, ale ja postanowiłam zrealizować, go również w tym roku. Piosenki świąteczne można u mnie słyszeć właściwie od początku grudnia, nawet muzykę w aucie już zmieniłam i ostatnio jechałam do szkoły podśpiewując takie nuty, na całe szczęście jeżdżę sama i nikt nie musi tego słuchać. 


Nie będę tutaj wstawiać wszystkich piosenek z mojej playlisty, bo jest ich naprawdę sporo, skupię się na tych ulubionych, które włączam najczęściej.

Piękni i Młodzi - To nasze święta



Blue Cafe - Święta w nas



Margaret - Coraz Bliżej Święta



Wham! - Last Christmas



Skaldowie - Z kopyta kulig rwie



Feel - Gdy Wigilia jest



Varius Manx - Hej ludzie idą święta



Frank Sinatra - Jingle Bells



Lubicie świąteczne piosenki ? Macie swoją ulubioną ?
Pozdrawiam, Ala.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Spiced Orange od Yankee Candle

Dzień dobry,
przychodzę do Was z recenzją kolejnego wosku, tym razem będzie to Spiced Orange czyli połączenie pomarańczy z korzennymi przyprawami. Brzmi ciekawie, prawda ? W takim razie nie będę przedłużać, zapraszam do czytania.


Wosk Spiced Orange to rozgrzewająca tarteletka – idealna na chłodne, jesienne i zimowe wieczory, otulająca ciepło nietuzinkowym aromatem, w którym sprawnie przenikają się nuty cytrusów i przypraw korzennych. Ciemny wosk uwodzi pięknym kolorem i jeszcze piękniejszym zapachem. Na pierwszym planie wyczuć można energetyczną pomarańczę, której wysoki, orzeźwiający i letni aromat przeplatany jest niskimi akordami imbiru, cynamonu i przekornych goździków. Doskonale zbilansowana propozycja od Yankee Candle to przeciwwaga dla chłodnego powietrza i smętnej pluchy – idealny poprawiacz nastroju i wierny towarzysz długich wieczorów.


Kiedy ujrzałam Spiced Orange podczas zamawiania wosków bez dłuższego zastanowienia wrzuciłam go do wirtualnego koszyka, przecież lubię i cytrusy i korzenne przyprawy, więc to coś dla mnie. 
Wosk na sucho pachnie intensywnie, więc do kominka wrzuciłam 1/4 tarty i rozpaliłam. Po kilku minutach w pokoju zaczął unosić się intensywny aromat. Spodziewałam się bardziej pomarańczowego zapachu, a tu okazało się że owoc ten jest w tle, a na pierwszy plan wychodzą przyprawy. Główną rolę grają goździki z cynamonem, a zaraz za nimi ostra nuta imbiru. Jak dla mnie wosk jest ten zbyt przyprawiony i niestety ale nie powalił mnie na kolana, po krótkim czasie stał się męczący. Mimo wszystko cieszę się, że go kupiłam i miałam okazję wypróbować u siebie ten zapach.


Jeśli zainteresował Was Spiced Orange to możecie kupić go na stronie Goodies.pl [TUTAJ] w cenie 9 zł.

Pozdrawiam, Ala.

niedziela, 3 grudnia 2017

Blogmas 2017 : Świąteczne filmy

Dzień dobry,
z racji tego, że wyzwania Blogmas 2017 nie trzeba robić w kolejności to dzisiaj przy niedzieli postanowiłam skupić się na świątecznych filmach. W telewizji już od dłuższego czasu możemy oglądać tego typu filmy, szczerze mówiąc trochę mnie to denerwuje kiedy w lipcu widzę film ze Świętym Mikołajem. Według mnie powinny być one zarezerwowane właśnie na okres świąteczny, na grudzień, kiedy każdy zaczyna myśleć już o Bożym Narodzeniu. Jeśli jesteście ciekawi jakich filmów nie może zabraknąć u mnie w tym czasie to zapraszam do dalszej części. 



Kevin sam w domu
Święta bez Kevina to nie święta, jak dla mnie jest to film obowiązkowy. Znają go już chyba wszyscy, a mimo to oglądają go po raz kolejny. Pamiętam, że jako dziecko co roku czekałam na niego, ponieważ zwykle leciał właśnie tylko w Boże Narodzenie. Teraz puszczany jest w telewizji kilka razy do roku, no cóż nic na to nie poradzimy, mimo wszystko za każdym razem z chęcią go oglądam.



Beethoven - Świąteczna przygoda
Komedia o przesympatycznym psie bernardynie Beethoven, który wraz ze swoim nastoletnim przyjacielem Marsonem postanawia odzyskać skradzione zabawki Świętego Mikołaja.
Każdy chyba oglądał jakiś film z tym uroczym psiakiem, prawda ? Myślę, że jeśli jeszcze nie widzieliście tej komedii to warto obejrzeć ją właśnie teraz w grudniu.



Cud na 34. ulicy
Kolejny film, którzy znają chyba wszyscy. Kris Kringle zostaje zatrudniony do galerii handlowej jako nowy Święty Mikołaj, utrzymuje on jednak że jest on prawdziwym Mikołajem, a nie tylko udawanym. Bohater sprawia, że mała, sześcioletnia Suzan zaczyna wierzyć w magię świąt. Ostatecznie Kris ląduje w sądzie, gdzie toczy się sprawa czy jest on faktycznie prawdziwym Mikołajem. Film idealny dla całej rodziny.



Opowieść Wigilijna
Podejrzewam, że większość osób czytała książkę o tym tytule u mnie była ona nawet lekturą w szóstej klasie, a potem również w gimnazjum. Film na podstawie książki, opowiada historię Scrooge'a, którego odwiedzają trzy duchy i pomagają mu w tym, aby stał się lepszym człowiekiem. Chociaż szczerze mówiąc bardziej polecam książkę, to jednak film też warto obejrzeć.



Listy do M.
Polska komedia romantyczna, którą znają chyba wszyscy i którą warto obejrzeć. Film ten występuje już w trzech częściach, ta ostatnia aktualnie leci w kinach. Chociaż nie przepadam za komediami to ten film mi się spodobał, nie wiem jak część 3, bo ostatecznie do kina się na nią nie wybrałam, jednak dwie wcześniejsze warto obejrzeć.



Jaki jest Wasz ulubiony świąteczny film ?
Pozdrawiam, Ala.

sobota, 2 grudnia 2017

Nude Seal Mask Honey od Skin79

Dzień dobry,
przychodzę dzisiaj do Was z kolejną maseczką, którą zakupiłam podczas wyprzedaży w sklepie internetowym Skin79. Muszę przyznać, że byłam tak zaaferowana tą promocją, że nie zauważyłam iż do wirtualnego koszyka wrzuciłam tą maskę z miodem. Jest to składnik za którym raczej nie przepadam w kosmetykach, ale postanowiłam dać jej szanse.


Delikatna, niemal przezroczysta maska Nude Seal idealnie przylega do twarzy dając wrażenie drugiej skóry. Skoncentrowana dawka miodu sprawia, że skóra sucha i szorstka staje się wilgotna i błyszcząca. Wzbogaca on skórę w substancje biologicznie aktywne - podwyższa napięcie skóry, czyni ją miękką i gładką. Poprawia ukrwienie, wpływa na elastyczność, działa odkażająco, lekko złuszcza naskórek oczyszczając pory. Maska dla każdego typu cery. Skóra po jednorazowym zabiegu jest dogłębnie nawilżona, miękka w dotyku i rozjaśniona.


Maska umieszczona jest w dość sporej saszetce w żółtym kolorze. Szata graficzna skromna, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Mówiąc szczerze, jeśli zobaczyłabym ją na sklepowej półce to nie wiem czy wpadłaby mi w oko. Na tylnej części opakowania znajdziemy naklejkę z zapewnieniami producenta w języku polskim.


Po otwarciu saszetki wyciągami mocno mokrą płachtę, która wykonana jest z cieniutkiego materiału, trzeba uważać, aby podczas rozkładania jej nie porozrywać. Po nałożeniu na twarz zauważyłam, że otwory na oczy są odrobinę za małe, trochę ciężko ją dopasować. Esencja w masce jest żelowa, sporo zostaje jej również w opakowaniu, dzięki czemu możemy ją później zużyć jako serum. Co do zapachu, to niestety mam mieszane uczucia, dla mnie pachnie sztucznym miodem, może nie jest to jakoś bardzo intensywny aromat, ale jednak jest i osobiście trochę mi przeszkadzał.


Maskę trzymałam na twarzy jakieś 20-25 minut, po zdjęciu na skórze pozostało jeszcze sporo żelowej esencji, która szybko się w nią wchłonęła. Buzia jest po niej dobrze nawilżona, wygładzona. W sztucznym świetle widać, jakby maseczka zostawiała malutkie drobinki na skórze, przez co jest widocznie rozjaśniona i rozświetlona. Twarz jest po niej delikatnie oczyszczona, wygląda na zdrową. Jest to przyjemna maska, która na pewno sprawdzi się przed jakimś większym wyjściem, jednak mi niestety przeszkadza jej zapach.
Zapłaciłam za nią 7,90 zł i jak za taką cenę to jestem z niej zadowolona, jeśli jednak kupiłabym ją w regularnej kwocie, czyli 15 zł to byłabym odrobinę zawiedziona.


Pozdrawiam, Ala.

piątek, 1 grudnia 2017

Blogmas 2017 : Drogi Mikołaju...

Dzień dobry Kochani,
kalendarz wskazuje, że mamy już 1 grudzień, więc czas ruszać z serią wpisów Blogmas 2017 których pomysłodawczynią jest Milena. Wpisów będzie 12, postaram się wrzucać je tutaj co drugi dzień, dodatkowo na Instagramie będą pojawiać się zdjęcia w tematyce świątecznej. Mam nadzieję, że zainteresuje Was tą serią i będziecie z chęcią tu zaglądać.


Pamiętam jak jako dziecko pisałam listy do Świętego Mikołaja, nic nie podejrzewałam kiedy mama mówiła mi, że to ona go wyśle, nigdy jednak nie zabrała mnie ze sobą na pocztę. Była to taka coroczna tradycja, początkowo list był rysunkiem, później kiedy już umiałam pisać to malunki zastąpiły słowa. Cieszę się, że mam takie wspomnienia z dzieciństwa i chcę, aby mój synek również w przyszłości takie miał. Co prawda w tym roku listu jeszcze nie narysuje, ani nie napisze, ale kto wie może za rok, a za dwa to już na pewno...

Listu do Świętego Mikołaja od wielu lat już nie pisałam, ale Milena zdradziła nam, że ostatnio Mikołaj powiedział jej, że lubi czytać blogi.. kto wie, może akurat trafi na mój i go przeczyta?

Drogi Mikołaju,
nie będę Cię zapewniać że byłam w tym roku grzeczna, bo przecież sam doskonale wiesz jak było. Nie pragnę góry prezentów, bo nie oto chodzi w święta Bożego Narodzenia, najważniejsze jest aby spędzić ten czas w gronie najbliższych. Jak wiesz to już drugie święta, które są dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowe, ponieważ jest ze mną mój synek, a przecież Boże Narodzenie z maluchem u boku jest dużo fajniejsze. 
Jeśli jednak pragniesz również i mi przynieść w tym roku prezent rzeczowy to stworzyłam małą wishliste, abyś mógł się nią zainspirować podczas kupowania dla mnie upominku.

1. Matte Palette Paleta cieni do powiek, Zoeva


(źródło : sephora.pl)


2. Łagodzący peeling do skóry głowy, Vianek


(źródło : vianek.pl)


3. Krem do twarzy Snail Bee High Content Steam Cream, Benton


(źródło : skin79-sklep.pl)


4. Świeca duży słoik Bubbly Pomegranate, Yankee Candle


(źródło : goodies.pl)


5. Zestaw Semilac Individual 


(źrodło : semilac.pl)

Oczywiście nie są to wszystkie rzeczy jakie bym chciała, bo jest tego sporo więcej, ale myślę że to co tutaj umieściłam to takie największe marzenia.
Kochany Mikołaju, nie będę przedłużać bo wiem, że przed Tobą jeszcze sporo listów do przeczytania. Mam nadzieję, że chociaż trochę Ci pomogłam i już wiesz co w tym roku znajdę pod choinką.

Pozdrawiam, Ala.

czwartek, 30 listopada 2017

Angel Wings od Yankee Candle

Dzień dobry,
przychodzę dzisiaj do Was z kolejnym woskiem, tym razem coś delikatniejszego. Szczerze mówiąc to po raz pierwszy zapaliłam w kominku wosk w białym kolorze, zwykle sięgałam po te kolorowe, przyciągające oko. Bez zbędnego przedłużania przejdźmy do moich wrażeń na temat wosku Angel Wings, ale o tym przeczytacie niżej.


Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: wata cukrowa, płatki kwiatów oraz kremowa wanilia.


Wosk na sucho pachnie przyjemnie, słodko, muszę przyznać że zapach ciężki do opisania. Do kominka włożyłam jak zwykle 1/3 tarty i zapaliłam. Po kilku minutach dotarł do mnie aromat waty cukrowej ( którą uwielbiam ! ) z dodatkiem wanilii. Mój nos nie wyczuwa tam jednak żadnych kwiatowych nut o których wspomina producent. Zapach jest delikatny, subtelny, na pewno nie wywoła u nikogo bólu głowy. Po zgaszeniu szybko ulatnia się z pomieszczenia. Mimo tego, że jestem fanką mocnych, intensywnych aromatów to ten wosk był dla mnie miłą odskocznią o nich. Myślę, że kiedyś do niego powrócę, na razie jednak przede mną jeszcze sporo innych wariantów do wypróbowania. 


Wosk możecie zakupić na stronie Goodies.pl w cenie 9 zł. [TUTAJ]

Pozdrawiam, Ala.

środa, 29 listopada 2017

Rozgrzewające plastry menstruacyjne, Facelle

Dzień dobry,
bóle menstruacyjne to problem, który dotyka wielu kobiet. Niestety, również ja znajduje się w tym gronie, niby po ciąży miało być lepiej, a w moim przypadku jest jeszcze gorzej. Pierwsze dwa dni okresu to jest dla mnie masakra, jedyne co mnie ratuje to tabletki przeciwbólowe, no ale ile można. Zaczęłam poszukiwać czegoś co chociaż trochę przyniesie mi ulgę i tak oto trafiłam na Rozgrzewające plastry menstruacyjne z firmy Facelle. Jeśli jesteście ciekawi, czy faktycznie pomogły to zapraszam do dalszego czytania.


Facelle plastry rozgrzewające na bóle menstruacyjne. Łagodzą dolegliwości występujące podczas miesiączki. Utrzymują ciepło do 8 godzin. Maksymalna temperatura jest osiągana w ciągu 30 minut. Ciepło aktywowane przez dostęp powietrza, bez dodatków substancji czynnych. Samonagrzewające się, bez dodatków substancji czynnych. Samoprzylepne na skórze lub na wewnętrznej stronie majtek. Substancja klejąca przyjazna dla skóry.


W opakowaniu znajdziemy dwa plastry, każdy z nich zapakowany jest w osobną saszetkę, oraz ulotkę informacyjną. Informacje na kartoniku znajdują się w języku niemieckim, jednak spokojnie, ponieważ na ulotce można znaleźć polskie tłumaczenie. Opakowanie wizualnie bardzo ładne, chociaż nie rzuca się w oczy. Będąc w Rossmannie szukałam ich na regale chyba z 5 minut, już myślałam że ich nie ma, a one po prostu skrywały się na dole. Saszetka z plastrem zajmuje mało miejsca, także bez problemu można włożyć ją do torebki, tak na wszelki wypadek. 


Plaster jest dość spory, dobrze dopasowuje się do podbrzusza. Można go przykleić bezpośrednio na skórę lub od wewnętrznej strony bielizny, ja zdecydowałam się na ten pierwszy sposób.  Dobrze się trzyma, nie rzuca się jakoś szczególnie w oczy, no chyba że zaczniemy paradować w samej bieliźnie. Początkowo nic się nie działo, mijały minuty a tu nadal nic. Z czasem jednak plaster zaczął się rozgrzewać, a po tych 30 minutach o których wspomina producent na podbrzuszu czułam już wyraźne, przyjemne ciepełko.


Ciepło, które wytwarzają plastry działają rozkurczowo na mięśnie podbrzusza, dzięki czemu łagodzą ból i dyskomfort związany z miesiączką. Bądźmy jednak szczerzy, silnego bólu nie zlikwidują całkowicie, jednak sprawiają, że jest on do przeżycia. Dzięki tym plastrom w ciągu najgorszych dwóch dni wzięłam tylko jedną tabletkę, a normalnie byłoby ich dużo więcej, więc jest to dowód na to, że działają. Według producenta ma on dawać efekt ciepła przez około 8 godzin, moim zdaniem jest to nawet i 10, co prawda później jest ono już delikatniejsze, ale nadal rozgrzewa. Ktoś mógłby powiedzieć, że działają one tak samo jak termofor, to fakt, ale raczej nikt go nie będzie brał go ze sobą do pracy, szkoły czy na zakupy. 
Plastry kosztują 8,99 zł za 2 sztuki, jak dla mnie jest to cena korzystna. Opakowanie wystarcza mi na ten najgorszy moment, gdzie właściwie podobną sumę wydałabym na tabletki, a w tym wypadku nie niszczę sobie organizmu od środka. Na pewno będę po nie regularnie sięgać podczas zakupów w Rossmannie, a jeśli pojawi się na nie jakaś promocja to zrobię sobie zapas.


Pozdrawiam, Ala.

wtorek, 28 listopada 2017

Szampon długotrwale oczyszczający Fresh, Garnier Fructis

Dzień dobry,
jak możecie zauważyć obserwując mnie tutaj czy na Instagramie lubię dbać o włosy, jednak włosomaniaczką bym się nie nazwała. Nie jestem osobą, która sprawdza dokładnie każdy skład, ponieważ jeśli jakiś produkt się u mnie sprawdza i robi to co od niego wymagam to nawet jeśli skład nie powala na kolana to będę go używać. Tak samo jest z szamponami, nie przeszkadzają mi w nich SLS-y, nie robią mi krzywdy, więc dlatego miałabym ich nie używać, skoro one najlepiej oczyszczają moje włosy ? Dzisiaj właśnie o jednym z takich szamponów.


Długotrwałe oczyszczenie włosów czynniki oczyszczające + ekstrakt z ogórka
Do włosów normalnych, szybko przetłuszczających się.
Wzmocnione i świeższe włosy na dłużej.
Formuła szamponu wzmacniającego bez silikonów zawiera ekstrakt z ogórka oraz czynniki oczyszczające, aby zredukować sebum i skutecznie oczyścić skórę głowy.
Szampon bez silikonów, bez parabenów.
Nowe formuły Fructis bez parabenów zawierają wzmacniające ekstakty owocowe. Garnier stworzył wyjątkowe połączenie białek z cytryny*, witamin B3 i B6, ekstraktów z owoców i roślin o udowodnionej skuteczności, aby zaoferować Ci widocznie zdrowsze, mocniejsze włosy.
Rezultat
nadmiar sebum jest zredukowany, a włosy wzmocnione i świeższe na dłużej**.


Szampon otrzymujemy w plastikowej buteleczce w kolorze zielonym, jest ona taka półprzeźroczysta, dzięki czemu widać ile produktu zostało jeszcze w opakowaniu. Zamknięcie typu flip-top nie sprawia problemów nawet przy mokrych dłoniach, ale też spokojnie, samo się nie otwiera. Produkt można postawić 'na głowie' dzięki czemu łatwiej można go wydobyć, szczególnie pod koniec. Na opakowaniu znajdują się informacje jakie powinny nas zainteresować, czyli zapewnienia producenta i skład. Butelka jest spora, bo aż 400 ml, ale wygodna w użytkowaniu, dobrze leży w dłoni. 


Konsystencja szamponu średnio gęsta, nie spływa z dłoni, bez problemu łączy się z wodą. Zapach jak na serię Fructis przystało jest cudowny, lekko owocowy. Unosi się podczas mycia w całej łazience. Jeśli po myciu nie nałożę odżywki ( zdarza się to jednak bardzo rzadko ) to aromat przez jakiś czas po wysuszeniu jest jeszcze wyczuwalny. 


W kontakcie z wodą szampon zamienia się w przyjemną pianę, która delikatnie otula włosy i skórę głowy. Bez problemu się spłukuje. Bardzo dobrze oczyszcza włosy, usuwa wszelkiego rodzaju zanieczyszczenia i sebum. Nie są straszne mu oleje, ani inne tego typu mieszanki, które czasem funduje moim kłaczkom przed myciem. Włosy nie są po nim splątane, mogłoby się obyć bez odżywki, ale raczej zawsze staram się ją nakładać. Nie wysusza, ani nie podrażnia skóry głowy. Włosy są po nim zdecydowanie dłużej świeże. Szampon ten jeszcze w poprzedniej wersji gościł w mojej łazience bardzo często, ponieważ nie tylko ja, ale również inni domownicy bardzo go polubili. Producent wspomina o tym, że działa on wzmacniająco, jednak z tym zgodzić się nie mogę, jakoś nie wierzę w tego typu działanie szamponów, od tego są maski czy oleje, które jednak na włosach są zdecydowanie dłużej. 
Szampon kosztuje około 13 zł, co za taką pojemność nie wychodzi drogo. Jest bardzo wydajny, wystarczy niewielka ilość, aby oczyścić moje długie włosy.


Pozdrawiam, Ala.

niedziela, 26 listopada 2017

Passion Fruit Martini od Yankee Candle

Dzień dobry,
muszę przyznać, że palenie wosków to moje nowe uzależnienie. Swoją drogą muszę się przyznać, że piątek z racji tych promocji skusiłam się również na kilka nowych wersji, już nie mogę się doczekać aż do mnie dotrą. Chciałam już zacząć palić zapachy kojarzące się ze świętami Bożego Narodzenia, ale w moje łapki wpadł Passion Fruit Martini, a że lubię takie owocowe zapachy to poszedł on w pierwszej kolejności.


Wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o cudownym zapachowym połączeniu marakui, mango i pomarańczy. Usiądź wygodnie i zrelaksuj się popijając soczysty tropikalno-owocowy koktajl.


Owocowe zapachy uwielbiam od zawsze, w kosmetykach, w perfumach.. również w woskach. Kiedy przeczytałam jego opis już wiedziałam, że musi być mój. Wosk na sucho pachnie przyjemnie, nie jest to jednak mocny zapach, więc do kominka odłamałam 1/3 tarty i odpaliłam. Okazało się, że dopiero po roztopieniu Passion Fruit Martini nabiera na intensywności, już po kilku minutach wypełniał całe pomieszczenie. Zapach jest cudowny, słodki koktajl z dużą ilością marakui i mango. W tle gdzieś pojawia się pomarańcza, ale nie ma jej dużo. Aromat ten bardzo długo uwalnia się z wosku, można cieszyć się nim przez wiele godzin. Na jedno palenie wystarczy użyć go 1/4 tarty, bo wydaje mi się że za pierwszym razem przesadziłam z ilością. Nie spowodował u mnie bólu głowy, jednak nie wiem jak zareagowałyby na niego osoby wrażliwe na zapachy.


Wosk Passion Fruit Martini możecie kupić w cenie 9 zł na stronie Goodies.pl TUTAJ

Pozdrawiam, Ala.

sobota, 25 listopada 2017

ShinyBox Listopad 2017

Dzień dobry,
wczoraj rano pojawił się u mnie kurier z listopadowym pudełeczkiem ShinyBox do którego postanowiłam powrócić po dwóch miesiącach przerwy. Jako tako nie zrezygnowałam z subskrypcji, ale po prostu w ostatnim nie miałam środków na PayPal'u przez co nie mogło pobrać mi pieniążków, a tym samym nie otrzymałam wrześniowego i październikowego pudełka. Muszę przyznać, że byłam go bardzo ciekawa i co chwilę wyglądałam na kuriera. Kiedy już w końcu dotarł pierwsze co pomyślałam po odebraniu paczki, że to chyba nie to, bo coś za duża, ale okazało się że to jednak ShinyBox ;)


Paczka była duża, bo wszystkie kosmetyki nie zmieściły się w standardowym pudełeczku i musieli zapakować je osobno. Pudełko nosi nazwę Love Beauty Fashion by DeeZee, szata graficzna kartonika skromna, ale całkiem ładna. 


Całość zestawu prezentuje się tak, jak widać u mnie przeważają kosmetyki do pielęgnacji włosów, z czego właściwie się cieszę. Tego typu produkty ze względu na długość włosów schodzą u mnie bardzo szybko, a miło przetestować jest coś nowego. Oprócz tego jest coś również z kolorówki, do twarzy i do stóp. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


Pierwsze co rzuca się w oczy po otwarciu paczki to Zestaw kosmetyków do włosów zniszczonych, Jantar Medica, który nie zmieścił się do pudełka i otrzymaliśmy go osobno. W jego skład wchodzi szampon, mgiełka oraz serum, a jego wartość to 22,50 zł.
Ucieszyłam się z tego zestawu, ponieważ od dawna chciałam przetestować te kosmetyki, a zawsze wychodziłam ze sklepu z czymś innym, teraz wreszcie mam okazję. Na pierwszy ogień chyba pójdzie serum, ale jeszcze zobaczę.


Kolejnym kosmetykiem jaki znalazłam to produkt dla 'stałych klientek' ShinyBoxa, mi akurat trafił się Daily Cleanser Skin Balancing [Blue Daisy] którego koszt to 68 zł. Z tego co przeczytałam na stronie ShinyBox jest to produkt do głębokiego oczyszczania skóry jednocześnie działając kojąco. Dziwny, ale swoją drogą ciekawy produkt. Jest to kosmetyk zamienny z Clearance Solution AHA [+] Skin Renewal Glycolic Action lub Micellar Lotion Instant Action [+] Make-up & Impurities Remover.

Glinka Rhassoul w płatkach, Maroko Sklep to dla mnie nowość całkowita, pierwszy raz się z czymś takim spotykam, ale chętnie przetestuje. Jej cena to 5,90 zł za 30g. Można nałożyć ją na twarz, ciało lub włosy, ja chyba zdecyduję się na tą pierwszą opcję. Jak tylko znajdę więcej czasu na domowe spa to się za nią wezmę.

Złuszczająca maska do stóp w postaci skarpet Botanical Choice, Purederm to produkt z którego ucieszyłam się najmniej, szczerze mówiąc tego typu kosmetyki mnie nie przekonują. Jednak już podczas rozpakowywania zainteresowała się nimi moja mama i stwierdziła, że jeśli nie będę chciała ich zakładać to ona chętnie je wypróbuje. Także skarpetki znalazły już swój nowy dom. Ich koszt to 12,95 zł.


W pudełku znaleźć można również miniaturkę Maski do włosów My Curls, Novex której koszt to 45 zł za 1000g. Z racji tego, że opakowanie umieszczone w ShinyBoxie zawiera 100g to wychodzi 4,50 zł. Maska ciekawa, już wylądowała na moich włosach po raz pierwszy wczoraj i muszę przyznać, że jestem zadowolona. Jednak podejrzewam, że to opakowanie wystarczy mi na 3 no może 4 użycia.

Kolejny produkt do włosów jaki mi się trafił to Szampon Tea Tree, Beaver jest to taka wersja podróżna, bo 50 ml i cena takiej buteleczki to 15 zł. Na razie mogę wam powiedzieć tyle, że szampon pachnie pastą do zębów, ale to taką intensywnie ziołowo-miętową. Mam trochę przed nim obawy, ale pewnie prędzej czy później wypróbuję, ale na wszelki wypadek zrobię to w domu, a nie na żadnym wyjeździe. Produkt ten w pudełku występuje zamiennie z Żelem pod prysznic Tea Tree lub Odżywką do włosów Tea Tree


Na koniec kolorówka jaką znalazłam w pudełku, czyli Jedwabny puder wykończeniowy - rozświetlający, Earthnicity. Podejrzewam, że jest to miniaturka, chociaż nigdzie takiej informacji nie ma, na opakowaniu nie ma też gramatury, ale według ulotki 4,5 g kosztuje 84,99 zł, ale to jest za małe na taką pojemność. Trafił mi się odcień Light, jest dość jasny i ma w sobie mnóstwo drobinek... nie odważę się nałożyć go na całą twarz, bo aż takiego efektu błysku to ja nie lubię, ale chętnie spróbuję go jako rozświetlacza. Jest to produkt zamienny 1 z 5, zamiast niego w pudełku można znaleźć : Paletę do brwi Brown Kit, So Chic!; Równoważący żel do mycia twarzy, Naobay; Nutrix Caviar - serum z kawiorem i resveratrolem, Kueshi lub Dwufazowy płyn do demakijażu, Aube. Wiem, że ta pozycja w pudełku spowodowała dość dużą dyskusję na temat sprawiedliwości, ale szczerze mówiąc ja nie mam z tym problemu, dostałam miniaturkę pudru i fajnie, ale cieszę się również z tego że komuś akurat się udało i otrzymał serum za ponad 100 zł. To jest losowanie, nikt nie jest złośliwy.. może następnym razem się poszczęści i otrzymam coś droższego, a jak nie to trudno.

Ostatnim kosmetykiem jest Automatyczna konturówka do oczu Twist Matic Eyes, Miyo Make Up, jej cena to 13,99 zł. Trafił mi się niebieski kolor, więc raczej nie na co dzień, ale jeśli będę miała ochotę na bardziej kolorowe oko to na pewno się sprawdzi. Kredka jest dobrze napigmentowana i nie jest twarda, myślę że bez problemu będzie ze mną współpracować. Konturówka w pudełku występuje w różnych wersjach kolorystycznych.


Do pudełka dołączony jest również kod rabatowy na nowości w Deezee oraz voucher o wartości 30 zł na indywidualny prezent w Katalogu Marzeń. Oprócz tego jak zwykle jest również ulotka z opisem znajdujących się w środku kosmetyków.
Podsumowując pudełko przypadło mi do gustu i to nawet bardzo, chętnie wypróbuję kosmetyki które w nim znalazłam, no oprócz skarpetek. Wiem jednak, że każdy jest inny i nie każdemu będzie się ono podobać. Teraz nie pozostało nic innego niż czekać na grudniowe pudełeczko.

Pozdrawiam, Ala.