Obserwatorzy

Sprawdź!

Akcesoria do makijażu - sprawdź opinie

czwartek, 31 października 2019

Pianka do mycia twarzy Milky Way, Selfie Project

Kosmetyki do oczyszczania twarzy to podstawa naszej pielęgnacji, używamy ich nie zarówno rano jak i wieczorem. Ja zazwyczaj sięgałam po żele do mycia twarzy, jednak w ostatnim czasie przerzuciłam się pianki, uwielbiam ich puszystą konsystencję.
Aktualnie używam kosmetyk Selfie Project, a dokładnie Multifunkcyjną piankę oczyszczającą 3w1 Milky Way. Powoli dobija już dna, więc jest to odpowiedni moment, aby napisać o niej coś więcej. Jeśli jesteście ciekawi jak się u mnie sprawdziła to zapraszam na dalszą część wpisu.


środa, 30 października 2019

Tania, dobra kredka do brwi! - Wibo Feather Brow Creator

Podkreślone brwi to podstawa, w moim makijażu nie może zabraknąć tego kroku. Chociaż nie zawsze tak było, jeszcze kilka lat temu nawet nie pomyślałam żeby stosować kredkę do brwi czy pomadę. Wtedy wydawało mi się, że tak jest dobrze, teraz z perspektywy czasu uświadomiłam sobie, że musiało to wyglądać dziwnie. 

Aktualnie w tym celu najczęściej sięgam po kredkę do brwi Feather Brow Creator z Wibo o której właśnie będzie ten post. Wcześniej używałam pomady z tej marki, niestety ostatni egzemplarz jaki kupiłam okazał się bublem. Nie wiem czy zmienili coś z tych pomadach czy o co chodzi, ale dużo osób zaczęło na nie narzekać, więc nie planuję do niej powrotów. 


wtorek, 29 października 2019

Maska do włosów przed myciem HIT czy KIT? Cameleo Detox

Jeśli chodzi o kosmetyki do włosów to lubię eksperymentować, próbowałam już olejowania, kremowania czy nawet mycia odżywką. Kiedy w jednej z paczek od Delia Cosmetics zobaczyłam Pre-Mask, czyli maskę do włosów przed myciem Cameleo, byłam jej bardzo ciekawa. Rozumiem maskę po myciu, stosuję takową regularnie, ale przed? Czy to ma jakiś sens? Do testów zbierałam się jakiś czas, ale w końcu się zdecydowałam i pewnego dnia produkt powędrował ze mną do łazienki. W pierwszej kolejności sięgnęłam po wersję Detox, czyli do włosów normalnych i przetłuszczających się, a w zapasach czeka jeszcze Aqua Action. Pudełko po masce powędrowało już do denka, więc jest to odpowiedni moment, aby napisać o niej coś więcej.


poniedziałek, 28 października 2019

Oczyszczająco-rozświetlająca maska bąbelkowa od Mediect

Ostatnio trafiły do mnie Oczyszczająco-rozświetlające maski bąbelkoweMediect Polska. Jak wiecie, bardzo lubię taką formę maseczek, więc szybko zabrałam się za ich testy. Jak się sprawdziły? Czy jestem zadowolona z efektów?


sobota, 26 października 2019

Solny peeling do ciała Pussy Power, Veganic

Peelingi to obowiązkowy krok w mojej pielęgnacji, nigdy nie może ich zabraknąć. Moimi ulubionymi są cukrowe, kawowe, a ostatnio także solne. Uwielbiam to uczucie drapania jaki dają mi tego typu produkty, to uzależniające. Jakiś czas temu pisałam Wam o fajnym peelingu Green Tea Sugar Scrub, a dziś pora na równie dobry peeling solny Pussy Power z Veganic. 



piątek, 25 października 2019

Olej konopny w kosmetyce

Ostatnio zarówno w pielęgnacji twarzy, ciała jak i włosów co raz częściej sięgam po oleje, lubię ich działanie i efekty jakie dzięki nim uzyskuję. Postanowiłam przygotować serię wpisów na temat różnych olei i opisać ich właściwości, zastosowania i działanie na moją cerę. Mam nadzieję, że mój pomysł Wam się spodoba i chętnie będziecie czytać takie posty. Czekam też na wasze komentarze z propozycjami olei o których chcielibyście poczytać.


Olej konopny używany w kosmetyce nie jest produkowany z konopi indyjskiej, czyli nie ma właściwości narkotycznych, lecz z konopi siewnej. Pochodzą one z Azji Środkowej gdzie przez setki lat wyciskany olej z ich włókien wykorzystywany był do łagodzenia zmian skórnych. W składach kosmetyków można go szukać pod nazwą Cannabis sativa Seed Oil. Zawiera on nienasycone kwasy tłuszczowe omega-3 i omega-6, a także wapń, potas, magnez, miedź, fosfor, witaminy oraz inne wartościowe związki. Olej konopny ma działanie nawilżające, regenerujące, przeciwzapalne, antyseptyczne a także antyoksydacyjne. Produkt szybko się wchłania, nie pozostawia na skórze tłustego filmu. Można go znaleźć w składzie wielu kosmetyków zarówno dla dzieci jak i dorosłych lub w czystej postaci do stosowania solo, a także do domowych mieszanek np. maseczek.



czwartek, 24 października 2019

Ulubione kosmetyki ostatnich tygodni

W ostatnim czasie podczas testowania kosmetyków natrafiłam na kilka perełek, dlatego też postanowiłam przygotować wpis na temat ulubieńców. Przeglądając bloga zauważyłam, że dawno nie było takiego wpisu, więc czas nadrobić zaległości. Lubicie takie posty? Przygotowujecie je na swoich blogach?

W moich ulubieńcach jak zwykle przeważa pielęgnacja, a tylko jeden na pięć kosmetyków pochodzi z kategorii makijaż. Co prawda mogłabym w nich umieścić jeszcze Fixing Spray i Bazę pod makijaż Luminous Finish z Goldem Rose, jednak pojawiły się już o nich osobne wpisy, więc stwierdziłam że nie będę się powtarzać. Jesteście ciekawi jakie produkty okazały się moimi ulubieńcami? Jeśli tak to zapraszam na dalszą część wpisu.


środa, 23 października 2019

Peeling enzymatyczny z filtratem śluzu ślimaka, papają i olejkiem kameliowym, Vis Plantis

Nigdy nie byłam i nie jestem wielką fanką peelingów enzymatycznych, zdecydowanie chętniej sięgam po te mechaniczne. W moje rączki jednak co jakiś czas wpada tego typu kosmetyk i zawsze dokładnie sprawdzam jego działa, bo przecież kobieta zmienną jest, prawda? I może akurat się tak zdarzy, że któryś peeling enzymatyczny podbije serduszko i nie będę już chciała sięgać po te z drobinkami. 
W ostatnim czasie testowałam Peeling enzymatyczny z filtratem śluzu ślimaka, papają i olejkiem kameliowymVis Plantis i przyszła pora aby napisać o nim coś więcej. Czy produkt skłonił mnie do porzucenia peelingów mechanicznych? Nie, ale to nie znaczy że jest zły.


wtorek, 22 października 2019

Płyn micelarny z olejkiem z pomarańczy, Alkemilla

Znacie markę Alkemilla? Ja dowiedziałam się o niej stosunkowo niedawno, marka ta zajmuje się produkcją naturalnych kosmetyków z poszanowaniem środowiska naturalnego i zwierząt. W ich ofercie znaleźć można zarówno produkty do pielęgnacji jak i makijażu. Ja swoje testy zaczęłam od Płynu micelarnego z olejkiem z pomarańczy oraz Odżywki do włosów słabych i zniszczonych. W dzisiejszym wpisie jednak skupię się na tym pierwszym, jeśli jesteście ciekawi to zapraszam na dalszą część.


Płyn micelarny umieszczony jest w butelce o pojemności aż 500 ml wykonanej z przeźroczystego plastiku, dzięki czemu możemy obserwować stopień zużycia. Na opakowaniu umieszczona jest naklejka w kremowej kolorystyce z informacjami na temat kosmetyku w języku włoskim i składem, możemy znaleźć również karteczkę z polskim tłumaczeniem. Buteleczka posiada zamknięcie typu flip-top, powiem Wam że chyba jeszcze nie zdarzyło mi się w żadnym kosmetyku, aby się tak ciężko otwierało, już paznokcia na nim połamałam. Bez obaw płyn można zabrać ze sobą w podróż, opakowanie jest szczelne, nic się nie wyleje. Pomimo dużej pojemności butelka jest wygodna w użytkowaniu, niewielki otwór  pomaga w wydobyciu odpowiedniej ilości kosmetyku na wacik.

Konsystencja jak na płyn micelarny przystało wodnista. Posiada delikatnie herbaciany kolor i przyjemny, kwiatowo-owocowy zapach. Zadowolone w szczególności będą fanki aromatu kwiatu pomarańczy, bo to on właśnie przeważa w tym kosmetyku. W opakowaniu jest on intensywny, jednak po wylaniu na wacik stopniowo się ulatnia.


Po płyn micelarny sięgam zarówno rano jak i wieczorem, przemywam nim twarz przed użyciem żelu czy pianki do mycia twarzy. Kosmetyk Alkemilla o poranku dobrze radzi sobie z usuwaniem zanieczyszczeń oraz pozostałości kosmetyków pielęgnacyjnych. Jeśli chodzi o demakijaż to nie straszny mu podkład czy puder, jednak gorzej jest już w przypadku oczu. Wiele razy już wspominałam, że nie lubię osobnych płynów do usuwania makijażu z twarzy i oczu, dlatego od micelów wymagam, aby sprawdzały się w obu kwestiach. W tym przypadku, aby zmyć tusz do rzęs trzeba się trochę namachać wacikiem. Należy także uważać, żeby kosmetyk nie dostał się do oka, ponieważ trochę szczypie. Płyn micelarny nie uczula, ani nie wysusza skóry. 

Jest to dobry produkt jeżeli płynów micelarnych używacie tylko do oczyszczania i demakijażu twarzy, a do oczu sięgacie po inny kosmetyk. Nie mogę powiedzieć, że jest zły, jednak ja od tego typu produktów wymagam aby dobrze usuwał makijaż oczu. 
Marka Alkemilla ma w ofercie również inne płyny micelarne, a dokładnie z olejkiem z róży demasceńskiej oraz z olejkiem z drzewa herbacianego. Kupić je możecie w sklepie internetowym Naturalnie Włoskie w cenie 46,50 zł. Może kiedyś dam im jeszcze jedną szansę i skuszę się na ten różany. 


Sięgacie po płynu micelarne? Macie swojego ulubieńca?

poniedziałek, 21 października 2019

Maski w płachcie A. by BOM i Yadah

Jakiś czas temu informowałam Was tutaj o otwarciu Koreańskiej Wyspy Urody w Galerii Młociny w Warszawie. Z tej okazji otrzymałam paczkę w której znalazłam wiele koreańskich kosmetyków między innymi właśnie maseczki do twarzy A. by BOM i Yadah o których mowa będzie w tym wpisie. Jak wiecie bardzo lubię maski w płachcie, są łatwe w użyciu, nie trzeba się bawić w zmywanie, a efekty są zauważalne dość szybko. A jak było w tym przypadku? Czy jestem zadowolona z działania masek? Tak, ale nie ze wszystkich, o tym jednak w dalszej części wpisu.


A. by BOM - Dwuetapowa maska w płachcie Ultra Floral Leaf

Saszetka maseczki podzielona jest na dwie części. W górnej znajdują się dwa płatki w kształcie różowych kwiatów, które należy nałożyć w okolice oczu, policzki lub czoło. Ja zaaplikowałam je pod oczy, a pozostałą esencje naniosłam na pozostałe obszary. W drugiej części opakowania znajduje się jasnoróżowa płachta, którą nakłada się na całą twarz. Materiał jest bardzo dobrze nasączony esencją o cudownym, kwiatowym zapachu, dobrze przylega do twarzy i się z niej nie zsuwa. Maseczka bardzo dobrze nawilżyła i nawodniła skórę. Usunęła oznaki zmęczenia oraz delikatnie rozjaśniła cienie pod oczami. Buzia odzyskała naturalny, zdrowy blask, maseczka dodała jej energii na cały dzień. 


Yadah - Maska w płachcie z serum ze śluzu ślimaka, Collagen Mask Pack

Jak już jakiś czas temu wspominałam bardzo polubiłam działanie śluzu ślimaka w kosmetykach, (chociaż nadal trochę mnie to obrzydza) więc byłam bardzo ciekawa tej maseczki. Umieszczony materiał w saszetce jest mocno nasączony esencją. Płachta niby jest cienka, a jednak trochę sztywna przez co nie chce się idealnie dopasować do twarzy. Zapach serum trochę dziwny, niezbyt przyjemny, na szczęście szybko się ulatnia. Trzymałam ją na buźce około 15 minut po czym jeszcze na chwilę przełożyłam materiał na szyję. Maska dobrze nawilża i odżywia. Skóra jest ujędrniona i delikatnie napięta, przyjemna w dotyku. Co najważniejsze efekt ten utrzymywał się jeszcze kolejnego dnia.


Yadah - Nawilżająca maska w płachcie z ekstraktem z kaktusa, Soothing Mask Pack

W saszetce o ślicznej szacie graficznej umieszczona jest cienka płachta, która dopasowuje się zdecydowanie lepiej niż w przypadku poprzedniej maseczki. Materiał jest mocno nasączony esencją której zapach niekoniecznie przypadł mi do gustu, taki trochę sztuczny. Na szczęście wyczuwalny jest on tylko podczas aplikacji, później się ulatnia. Płachtę trzymałam na twarzy jakieś 15 min, a efekty jakie uzyskałam niestety nie powaliły mnie na kolana. Co prawda skóra była ukojona, a zaczerwienienia rozjaśnione, jednak nawilżenie jak dla mnie okazało się zbyt słabe. Moja cera szczególnie w okresie grzewczym potrzebuje czegoś mocniejszego. 


Yadah - Wygładzająca maska w płachcie Soothing Jelly Pack

Maseczka trochę inna niż te wcześniejsze, dlatego że materiał nasączony jest esencją, ale żelową. Dzięki galaretkowatej konsystencji materiał dobrze trzyma się skóry, ale... najpierw trzeba go rozwinąć, a to nie jest takie proste. Płachta ma dobrze wycięte otwory, nie są ani za duże, ani za małe. Maska świetnie nawilża i nawadnia wysuszoną cerę. Skóra staje się miękka i delikatna w dotyku, jest wygładzona. Kosmetyk koi podrażnienia i zaczerwienienia. Esencją mogłam cieszyć się jeszcze podczas porannej i wieczornej pielęgnacji kolejnego dnia, ponieważ w saszetce sporo jej zostało.



Yadah - Rozjaśniająca maseczka w płachcie Brightening Jelly Pack

Maseczka Brightening Jelly Pack nasączona jest żelową esencją o cudownym, cytrusowym aromacie, który umila trzymanie jej na twarzy. Po wyciągnięciu płachty w opakowaniu zostaje sporo serum, można je wykorzystać w pielęgnacji kolejnego dnia, bo szkoda żeby się zmarnowało. Materiał jest cienki, ciężko się rozkłada, ale jak już się uda to łatwo dopasowuje się do skóry i nie zsuwa się z niej. Na buźce trzymałam ją około 15 minut, a po tym czasie przełożyłam jeszcze na kilka minut na szyję. Maseczka dobrze odżywia cerę, nawilża ją i dodaje energii. Skóra jest po niej delikatnie rozjaśniona i rozświetlona. Kosmetyk nie podrażnia, ani nie uczula. 


Znacie którąś z tych maseczek? Jaka maseczka ostatnio gościła na Waszej twarzy?

niedziela, 20 października 2019

UNBOXING: Birthday Box Premium

Na moim blogu pojawiło się już kilka boxów kosmetycznych, jedne z nich nawet subskrybowałam przez jakiś czas, jednak z każdym miesiącem byłam coraz mniej zadowolona. Produkty które tam znajdowałam były łatwo dostępne w każdej drogerii, powtarzały się, było więcej miniaturek niż pełnowymiarowych opakowań. Zrezygnowałam, bo szkoda było mi kasy.
Dzisiaj jednak przychodzę do Was z pudełkiem trochę innym niż wszystkie, a dokładnie Birthday Box

Co to jest Birthday Box?

Jest to pudełko niespodzianka, które możemy sprezentować bliskiej osobie np. na urodziny lub kupić dla siebie (czasem dobrze jest zrobić prezent samej sobie). Do wyboru mamy trzy rodzaje pudełek: Basic, Premium oraz Ekstra. Pojawiają się również edycje limitowane np. na wieczór panieński czy dla kobiety dojrzałej. Birthday Box dostarczany jest na terenie całej Polski jak i Europy, więc nie jest to problemem, że bliski którego chcemy obdarować mieszka gdzieś daleko. Moim zdaniem jest to świetne rozwiązanie dla osób zabieganych, które nie mają czasu szukać prezentów po sklepach. 


Co prawda do moich urodzin pozostało jeszcze trzy miesiące, ale przecież świętować można wcześniej, prawda? Pudełeczko dotarło do mnie w piątek idealnie przed weekendem. Osoby, które obserwują mnie na instagramie pewnie widziały już zawartość boxa na InstaStory (a Ci, którzy nie, mogą to nadrobić, unboxing Birthday Boxa jest w zapisanych relacjach). Paczka dotarła bardzo dobrze zabezpieczone, nic nie miało prawa się uszkodzić. Moje pudełko jest wersją premium, a jej koszt to 169 zł. Po otwarciu boxa w pokoju zaczął unosić się przepiękny zapach, taki trochę słodki, kwiatowy, ciężko mi go dokładnie określić, ale bardzo mi się spodobał. Pod uroczym, różowym materiałem znalazłam pełno "chrupek" czyli tego takiego białego wypełnienia do paczek. W nich umieszczone zostały kosmetyki i nie tylko. Na spodzie górnej części kartonika umieszczona jest naklejka z informacjami na temat zawartości. Nie będę już jednak przedłużać, przejdźmy do zawartości.

Co znalazłam w moim Birthday Box Premium?



SREBRNY BALON

,,Nadmuchaj spersonalizowany balon w kształcie pierwszej litery Twojego imienia. Pomoże Ci w tym dołączona słomka. Niech wszyscy wiedzą, że dziś jest Twoje święto!''

Bardzo fajny gadżet, jest to informacja że pudełko jest spersonalizowane i pakowane z myślą właśnie o nas. Mój balonik po nadmuchaniu oczywiście dorwał synek i oddać nie chciał nawet do zdjęcia, ale jakoś się udało. Oprócz tego w boxie znajduje się karteczka z życzeniami.


NATURALNA MASKA I PEELING 2W1, RAPAN BEAUTY

,,Maska powstała w oparciu o syberyjskie peloidy, dzięki czemu niezwykle skutecznie oczyszcza i mineralizuje skórę. Ekstrakt z żywicy "Smoczego Drzewa" chroni naturalne włókna elastyny i kolagenu, wegański "śluzu ślimaka" uelastycznia skórę, a niebieska glinka syberyjska regeneruje skórę twarzy. Pokochasz tę maskę!''

Jak wiecie, jestem fanką wszelkiego rodzaju maseczek, więc bardzo się z niej cieszę. Opakowanie na trzy użycia pozwoli mi w miarę poznać kosmetyk. Produkt zawiera śluz ślimaka, jest to składnik który ostatnio bardzo polubiłam. Już nie mogę się doczekać, aż ją wypróbuję.


KULA DO KĄPIELI - PINK HEART, NATURALNE ATELIER

,,Kula w kształcie serca pięknie barwi wodę na intensywny kolor. Naturalne oleje z ryżu i migdałów odżywiają skórę czyniąc ją aksamitnie gładką. Nic tylko wrzucić kulę do wody i się relaksować :) Idealny sposób pielęgnacji dla osób, które bez większego wysiłku chcą, aby ich skóra była nawilżona i gładka"

W takich chwilach właśnie żałuję, że nie mam wanny :( Serduszko prezentuje się uroczo, a pachnie nawet przez opakowanie. Myślę, że dołożę ją komuś do prezentu świątecznego, bo szkoda żeby się zmarnowała.


BRONZER, AFFECT

,,Jeden z nielicznych chłodnych odcieni bronzera dostępnych na rynku. Produkt wzbogacony o minerały, masło Cupuacu i bambus nawilży Twoją skórę, nada jej gładkości i zaabsorbuje nadmiar sebum. Uniwersalny odcień pasuje do większości Polek. Przyjemny w aplikacji, nie pozostawia plam. Idealny nie tylko do urodzinowego makijażu :-)''

Od dawna miałam ochotę wypróbować coś z marki Affect, teraz mam okazję. Bronzer ma przepiękne sweterkowe tłoczenie, aż szkoda używać. Po pierwszych maźnięciach widzę, że kosmetyk jest dość jasny, a moja buzia nadal muśnięta słońcem, więc musi poczekać do zimowych miesięcy.


LUKSUSOWA ODŻYWKA DO RZĘS, MOLASH

,,MoLash to skuteczna odżywka stymulująca wzrost rzęs, która je wydłuża, zagęszcza, wzmacnia oraz widocznie poprawia ich kondycje. Już po 3 tygodniach  stosowania serum zobaczysz, jak Twoje rzęsy nabiorą mocy - staną się wyraźnie pogrubione i wzmocnione, a po 3 miesiącach będziesz zaskoczona ich długością i spektakularną gęstością. Nasz hit!''

Powiem Wam szczerze, że chociaż moje rzęsy nie są jakieś wow to nigdy po odżywkę nie sięgałam. Na co dzień wystarcza mi tusz do rzęs do ich podkreślenia, a na większe wyjścia przyklejam sztuczne. Teraz mam okazję sprawdzić, czy taki produkt na mnie podziała, muszę tylko ustawić w telefonie przypomnienie, żeby pamiętać o jej aplikacji.


BRANSOLETKA Z RÓŻOWEGO ZŁOTA, SOTHO

,,Bransoletka łańcuszkowa zdobiona blaszką i zawieszką z logo marki. Całość wykonana została ze srebra najwyżej próby 925 powlekanego 24-karatowym różowym złotem, Już wiemy, co znajdzie się dziś na Twoim nadgarstku :-)''

Lubię taką delikatną biżuterię, która nie rzuca się w oczy z daleka. Bransoletka od razu bardzo mi się spodobała i po zrobieniu zdjęcia wylądowała na nadgarstku. Niestety nie ma regulowanego zapięcia, jak dla mnie mogłaby być troszkę mniejsza, ale najważniejsze że sama nie spada.


BROKAT DO DRINKÓW, UNICORN SHIMMER

,,Sprawdź co potrafi! Ten niezwykły proszek zmieni zwykły napój w magiczny drink! Wystarczy dodać niewielką ilość do jakiegokolwiek napoju, by uzyskać bajeczny efekt bez zmiany smaku koktajlu! Hit Wielkiej Brytanii w Twoim domu! Takie świętowanie w mistrzowskim stylu to my rozumiemy :-D''

Wszyscy już pewnie słyszeli o winie musującym, które po wstrząśnięciu zaczyna się pięknie mienić. Brokat można dodać do dowolnego napoju zarówno alkoholowego jak i bezalkoholowego. Jestem bardzo ciekawa efektu, postaram się na dniach sprawdzić i pokazać Wam na story na instagramie. 


Zawartość Birthday Box bardzo mi się podoba. Najbardziej zadowolona jestem z maseczki i bransoletki, zainteresował mnie również ten brokat do drinków. Pozostałe kosmetyki także chętne wypróbuję, no oprócz kuli do kąpieli która znajdzie nowy dom. 

Na dniach będę miała do Was niespodziankę w której do wygrania będzie Birthday Box Basic. Więcej informacji znajdziecie na instagramie w przyszłym tygodniu.

Jak wam się podoba moje pudełko Birthday Box Premium? Znacie te boxy?

sobota, 19 października 2019

Baza pod makijaż Luminous Finish, Golden Rose

Moja cera w ostatnim czasie przeszła sporą przemianę, rzadko kiedy pojawiają się wypryski, skóra nie przetłuszcza się, a wręcz jest podatna na przesuszenia i kosmetyki nawilżające to podstawa. Wcześniej najczęściej sięgałam po bazy matujące, a na większe wyjścia nawet sylikonowe, teraz stawiam na lżejsze nawilżające i rozświetlające. Jakiś czas temu będąc w galerii na wyspie Golden Rose zakupiłam Bazę pod makijaż Luminous Finish. Nasłuchałam się o niej tyle dobrego, że zapragnęłam ją przetestować, ale czy się sprawdziła? 


Baza umieszczona jest w buteleczce o pojemności 30 ml wykonanej z delikatnie perłowego, białego plastiku. Jak widzicie na zdjęciach oczywiście zgubiłam górną zatyczkę, ale u mnie to norma, może kiedyś je wszystkie gdzieś znajdę? Aplikator typu air-less działa bez zarzutu, nic się nie zacina, ani nie pluje zawartością. Pomimo częstego stosowania z opakowaniem nic się nie dzieje, napisy nie ścierają się. Na tylnej części buteleczki umieszczone są informacje na temat produktu i sposób aplikacji w języku angielskim oraz polskim.

Po wydobyciu z opakowaniu wydaje się, że konsystencja jest lekka, jednak podczas rozprowadzania staje się taka trochę tępa. Trzeba poświęcić trochę czasu aby dobrze ją rozprowadzić, nie ma też co przesadzać z ilością kosmetyku. Baza ma lekki, taki jakby kremowy zapach. Wyczuwalny jest on podczas aplikacji, później się ulatnia, myślę że nie powinien on nikomu przeszkadzać.


Bazę można stosować na trzy sposoby, ja jednak nakładam ją pod podkład lub solo. Ma ona perłowy odcień, jednak bez obaw, po rozprowadzeniu na skórze pozostawia tylko delikatną poświatę. Kosmetyk wyrównuje koloryt cery i zapewnia naturalny blask, skóra wygląda na zdrową i wypoczętą. Baza delikatnie wygładza, pory, stają się one mniej widoczne. Kosmetyk nie podkreśla suchych skórek, a wręcz delikatnie nawilża buźkę. Podkład dobrze się na niej rozprowadza, nic się nie waży, ani nie roluje. Jeśli zastosujemy lekki fluid efekt glow delikatnie przez niego przebija, ale w przypadku mocno kryjących podkładów jak Golden Rose Total Cover 2w1 nic widać nie będzie. Jeśli chodzi o przedłużenie trwałości makijażu to nie radzi sobie z tym zbyt dobrze, ale odkąd stosuję fixer z tej marki to i tak make-up trzyma się bez zarzutu wiele godzin. Tak jak wspomniałam już wcześniej, kosmetyk ten czasami stosuję solo wtedy kiedy chcę, żeby moja buźka nabrała naturalnego blasku, nie trzeba jednak bać się tego, że będziemy świecić się po niej jak choinka.



Wydajność kosmetyku bardzo dobra, na jedną aplikację wystarcza jedna pompka. Z racji tego, że nie używam jej codziennie ciężko mi określić przez ile użyć można się nią cieszyć. Za bazę zapłaciłam około 25 zł, ale widziałam że w internecie można go dostać kilka złotych taniej. Ogólnie bazę bardzo polubiłam i chętnie do niej wrócę. Z tego co widziałam Golden Rose ma w ofercie również inne bazy pod makijaż, kto wie może za jakiś czas którąś z nich wypróbuję.



Lubicie kosmetyki Golden Rose?

piątek, 18 października 2019

Maska do włosów Goji Hair Food, Garnier Fructis

Maski Garnier Hair Food na rynku są już dostępne od dłuższego czasu, myślę że słyszał już o nich każdy. Dostępne jest pięć wersji, a najnowsza z aloesem pojawiła się na sklepowych półkach kilka miesięcy temu. Moją pierwszą maską z tej serii była Papaya Hair Food o której pisałam tutaj sprawdziła się u mnie świetnie, więc podczas jakiejś promocji w Rossmannie do koszyka wpadły dwie kolejne, a dokładnie Banana oraz Goji. Ta druga właśnie dobija dna, więc jest to odpowiedni moment, żeby napisać o niej coś więcej, jesteście ciekawi?


Maska umieszczona jest w wygodnym, plastikowym słoiczku o pojemności 390 ml. Lubię taką formę opakowań, ponieważ wiem że wydobywam zawartość do samego końca i nic nie zostaje na ściankach. Nakrętkę można łatwo odkręcić, ale jest też na tyle szczelna, że nic się samoczynnie nie wyleje. Szata graficzna utrzymana w czerwono kremowej kolorystyce, przyciąga oko ze sklepowej półki. Na słoiku znajdziemy informacje na temat kosmetyku, sposób użycia oraz bardzo fajnie rozpisany skład. 

Konsystencja średnio gęsta, nie spływa z dłoni, jednak lepiej nakładać ją na włosy małymi porcjami. Zapach to duży atut kosmetyku, chociaż wiadomo, że to nie jest najważniejsze. W masce przeważają owocowe nuty z lekko kwaśnym akcentem. Aromat ten unosi się podczas aplikacji, ale również wyczuwalny jest na włosach po ich wyschnięciu. 



Maskę można stosować na trzy sposoby: jako odżywkę, jako maskę lub jako pielęgnację bez spłukiwania. Ja najczęściej stosuję ten drugi, czyli nakładam na umyte, lekko osuszone ręcznikiem włosy i po około 10-15 minutach spłukuję. Już podczas zmywania czuć wyraźną różnice, pasma są wygładzone, delikatne w dotyku. Maska dobrze nawilża i odżywia kosmyki. Kiedy widzę, że moja fryzura potrzebuje mocniejszego działania wtedy dodaję do niej porcję kwasu hialuronowego, dzięki czemu nawilżenie jest jeszcze silniejsze. Włosy pięknie po niej błyszczą, dobrze się rozczesują i są podatne na stylizację. Kosmetyk nie obciąża pasm, nawet kiedy nałoży się jej trochę więcej niż zwykle. Nie zauważyłam, aby maska wpłynęła jakoś na ochronę koloru, a kiedy rozpoczęłam jej testowanie byłam akurat świeżo po farbowaniu. 


Maska jest wydajna, chociaż wiadomo to wszystko zależy od tego ile produktu nakładamy i od długości naszych włosów. Ja używam jej jakoś od początku wakacji i nadal jest jej jeszcze na kilka użyć, jednak warto wspomnieć że czasem zdradzałam ją z innymi maskami lub stosowałam odżywkę.
Kosmetyk jest łatwo dostępny, można ją kupić zarówno w drogeriach jak i marketach w regularnej cenie za około 25 zł, a do końca października możecie dorwać ją na promocji w Rossmannie za niespełna 15 zł.


Lubicie maski Garnier Hair Food? Którą wersja najbardziej przypasowała Waszym włosom?

czwartek, 17 października 2019

Podkład w płynie #InstaPerfect, Essence

Wczoraj na swojego instagrama wrzuciłam zdjęcie podkładu w płynie #InstaPerfect z Essence wraz z krótką recenzją. Z tego co widziałam po komentarzach to kosmetyk ten ma zarówno swoich fanów jak i przeciwników. U mnie sprawdza się on bardzo dobrze, jest to fajny podkład na co dzień, chociaż nie do końca zgadzam się z tym co pisze producent, ale o tym za chwilę. Najpierw chciałabym jeszcze przypomnieć, że każda cera jest inna i pamiętajcie o tym, bo nie u każdego kosmetyk, który sprawdza się u mnie, musi okazać się hitem.


Podkład umieszczony jest w małej buteleczce wykonanej z beżowego plastiku, trochę przypomina mi opakowanie od tuszu do pieczątek. Pojemność 30 ml, standardowo jak większość tego typu produktów, jednak w tym przypadku opakowanie jest dużo mniejsze. Pod czarną nakrętką umieszczony jest dzióbek, który ułatwia wydobycie odpowiedniej ilości kosmetyki. Na opakowaniu umieszczona jest naklejka z polskim tłumaczeniem opisu produktu przez producenta oraz w języku angielskim opis, sposób użycia i skład. 

Konsystencja podkładu jest płynna, jednak nie wodnista. Nie spływa z dłoni. Łatwo się aplikuje go na skórę u mnie najlepiej w tym celu sprawdza się gąbeczka, ale pędzel też daje rade. 
Fluid ma przyjemny zapach, przeważają kwiatowe nuty. Nie jest in jakoś bardzo intensywny, wyczuwam go podczas aplikacji, później się ulatnia.



Podkład #InstaPerfect występuje w sześciu odcieniach, a dokładnie: 10, 20, 30, 50, 60 i 80. Ja posiadam nr 50 Perfect Honey czyli środkowy kolorek w kierunku tych ciemniejszych. Ma on beżowy odcień z żółtymi tonami, pasuje do mnie idealnie, chociaż zimą może być trochę za ciemny. Według producenta kolory te można ze sobą mieszać tak aby uzyskać swój ideał. 

Tak jak wspominałam już wcześniej, podkład aplikuję gąbeczką na bazę lub krem w zależności od tego jakie mam plany na dany dzień. Fluid ładnie się rozprowadza, nie tworzy plam, ani się nie roluje, stapia się cerą. Najczęściej stosuję na całą twarz jedną warstwę i ewentualnie kolejną w miejsca w których mam coś do ukrycia. Krycie można sobie stopniować, co prawda nie będzie ono pełne, jednak na co dzień idealne. Podkład ładnie wyrównuje koloryt i pokrywa drobne niedoskonałości. Zapewnia matowe wykończenie, ale nie jest to taki płaski mat. Ja zawsze dodatkowo nakładam sypki puder, dzięki czemu wiem, że makijaż bez zarzutu utrzyma się cały dzień na twarzy. Podkład spokojnie wytrzymuje 8-10 h, w tym czasie wiadomo strefa T zaczyna się delikatnie świecić, ale u mnie to normalne. Producent zapewnia, że jest to podkład wodoodporny, jednak z tym akurat zgodzić się nie mogę. Kosmetyk nie wysusza, ani nie podrażnia skóry, nie wywołuje też wysypu nieprzyjaciół.


Niestety w opakowaniu nie można kontrolować zużycia, jednak muszę przyznać, że jest on wydajny. Używam go od kilku tygodni i nadal w środku jest sporo kosmetyku. Początkowo, kiedy zobaczyłam malutką buteleczkę podkładu podejrzewałam, że szybko się skończy, a tu miłe zaskoczenie. 
Kupiłam go w Super Pharm za 19,99 zł, jednak w internecie można go dostać trochę taniej. Jak za taką cenę jest to bardzo fajny podkład. 


Lubicie kosmetyki Essence?

środa, 16 października 2019

PIXI Glow Mud Mask - maseczka do twarzy

O kosmetykach Pixi słyszał już chyba każdy, na instagramie o nich głośno. Sama mam okazję testować ich produkty za sprawą paczek PR jakie dostałam w ostatnich miesiącach. Jedne sprawdzają się u mnie lepiej, inne trochę gorzej jak np. Żel do mycia twarzy Glow Tonik Cleansing Gel i mówię o tym szczerzę, bo po co ściemniać? Dzisiaj pora na kolejną recenzję kosmetyku Pixi, a dokładnie mowa będzie o maseczce rozświetlającej Glow Mud Mask.


Maseczka umieszczona jest w małej tubce o pojemności 45 ml wykonanej z miękkiego plastiku o jasnozielonym kolorze. Nakrętka w kształcie ośmiokąta łatwo się odkręca. Pod nią znajduje się niewielki otwór, dzięki czemu łatwo wydobyć odpowiednia ilość kosmetyku. Szata graficzna skormna, a jednak ładnie się prezentuje. Na opakowaniu znajdziemy informację na temat produktu oraz sposób użycia w języku angielskim. Jednak w internecie łatwo znaleźć polskie tłumaczenie oraz skład.

Kosmetyk ma gęstą konsystencję w ciemnoszarym kolorze, łatwo się rozprowadza na skórze. Zapach kojarzy mi się z męskimi perfumami, jest dość intensywny, więc nie każdemu się spodoba, je jednak się z nim bardzo polubiłam.


Maseczkę nakładam cienką warstwą na oczyszczoną cerę i zostawiam na około 15 minut. Po aplikacji pojawia się delikatne, ale przyjemne uczucie chłodu. Kosmetyk nie zasycha, ale nie tworzy skorupy, ani nie powoduje nieprzyjemnego ściągnięcia. Zmywa się łatwiej niż tradycyjne glinki, jednak ja wolę się wspomóc gąbeczką, wtedy idzie zdecydowanie szybciej. Maseczka dobrze oczyszcza cerę, pory stają się mniej widoczne, a pryszcze szybciej znikają. Skóra jest rozjaśniona, bardziej promienna, zdrowo się prezentuje. Kosmetyk nie podrażnia, a wręcz delikatnie koi zaczerwienienia. 

Tubka wydaje się malutka, bo to przecież tylko 45 ml, a w rzeczywiści maseczka jest bardzo wydajna. Co do ceny no to cóż, do najtańszych ona nie należy, w Sephorze trzeba za nią zapłacić 99 zł. Doskonale wiem, że nie każdy może sobie na nią pozwolić, ale może warto umieścić ją na liście prezentów z okazji zbliżających się świąt?


Lubicie kosmetyki Pixi? Macie ulubieńca z tej marki?

czwartek, 10 października 2019

Odżywka do włosów Olejek Rycynowy i Migdał, Garnier Botanic Therapy

Lubię kosmetyki do włosów Garniera, jedne sprawdzają się u mnie świetnie, inne trochę gorzej, ale zawsze chętnie po nie sięgam i testuje nowości. Odżywkę do włosów Olejek Rycynowy i Migdał z serii Botanic Therapy kupiłam na spontanie, akurat byłam na wakacjach, a kosmetyk który miałam ze sobą okazał się porażką, więc musiałam zaopatrzyć się w coś nowego. Dobrze, że w pobliżu był Rossmann, akurat ta była w jakiejś promocji, więc stwierdziłam, że to dobra okazja aby ją wypróbować. Czy moje włosy się z nią polubiły? O tym w dalszej części.


Odżywka umieszczona jest w takiej płaskiej butelce wykonanej z plastiku o pojemności 200 ml. Zamknięcie typu flip-top nie sprawia problemu zarówno przy mokrych dłoniach jak i długich paznokciach. Spokojnie można zabrać ją ze sobą w podróż bez obawy, że się otworzy i zawartość pobrudzi nam bagaż. Butelka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się z niej. Otwór ma odpowiednią wielość, bez problemu można z niej wydobyć tyle odżywki ile jest nam potrzebne. Szata graficzna prosta, a zarazem ładna, utrzymana w kremowo wiśniowej kolorystyce. Na opakowaniu można znaleźć informacje na temat kosmetyku, sposób użycia oraz skład.

Konsystencja jest gęsta, kremowa. Łatwo rozprowadza się na włosach. Zapach przyjemny, słodki, jakby lekko perfumowany. Utrzymuje się on jakiś czas na pasmach, jednak jest na tyle delikatny, że nie przeszkadza, ani nie gryzie się z perfumami. 


Odżywkę nakładam dość hojnie na umyte i lekko osuszone włosy ręcznikiem, zostawiam na kilka minut i dokładnie spłukuję. Już podczas zmywania, można poczuć że pasma są wygładzone, delikatne w dotyku, nie ma problemu z ich rozczesaniem. Po wyschnięciu jest jeszcze lepiej, włosy są mięciutkie, ładnie się układają i są podatne na stylizacje. Kosmyki pięknie się błyszczą i zdrowo się prezentują. Odżywka delikatnie nawilża, jednak nie jest to taki efekt jak w przypadku masek. Pomimo tego, że nakładam jej dość sporo, włosy są sypkie, nie przetłuszczają się szybciej niż zwykle. 

Jeśli chodzi o wydajność, to mi wystarczyła na na około 8-10 użyć, ale mam dość długie włosy i tak jak wspominałam wcześniej, nie żałuje sobie ilości podczas aplikacji. W przypadku krótszych włosów pewnie starczy na dłużej. Za odżywkę trzeba zapłacić około 10-12 zł, na promocji można dorwać ją taniej. Moim zdaniem jest to bardzo przyjemny kosmetyk, chętnie wypróbuję inne wersję odżywek z serii Botanic Therapy. 


Lubicie kosmetyki Garnier? Znacie serię Botanic Therapy?

środa, 9 października 2019

Książka na wieczór: Zjazd absolwentów, Guillaume Musso

Jesienne, długie wieczory to idealny moment aby schować się pod kocyk z gorącą czekoladą lub herbatą z miodem i książką. Co prawda ja teraz częściej siedzę z nosem w notatkach czy podręcznikach, ale wcale to nie jest dla mnie jakaś katorga, bo poszerzam wiedzę o to co naprawdę mnie interesuje, ale o tym to innym razem. Ostatnio niestety narobiłam sobie trochę zaległości jeśli chodzi o recenzowanie książek, a szkoda, ponieważ mam naprawdę kilka fajnych perełek które warto przeczytać. 

Dzisiaj o jednej z nich, a dokładnie Zjazd absolwentów, której autorem jest Guillaume Musso. Jest to pierwsza jego książka jaką miałam okazję przeczytać, wcześniej nie był mi znany. Teraz jednak śmiało mogę powiedzieć, że na pewno sięgnę też inne.


O książce:
Tytuł: Zjazd absolwentów
Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo: Albatros
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 320
Data premiery: 31 lipca 2019
Kategoria: literatura obyczajowa, romans


Dziewczyna, która znika w nocy.
Przyjaciele związani tragiczną tajemnicą.
Powrót do miejsca, w którym wszystko się zaczęło…
Riwiera Francuska – zima 1992 roku.
W mroźną noc, gdy kampus liceum zostaje sparaliżowany przez burzę śnieżną, dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell, jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole, ucieka z nauczycielem filozofii, z którym ma potajemny romans. Dla nastoletniej dziewczyny miłość oznacza wszystko albo nic. Nikt już nigdy jej nie zobaczy.
Riwiera Francuska – wiosna 2017 roku.
Kiedyś nierozłączni Thomas i Maxime – najlepsi przyjaciele Vinki – nie kontaktowali się ze sobą od czasów szkolnych. Spotykają się dopiero na zjeździe absolwentów. Zaraz po nim szkoła ma zostać rozebrana. Thomas i Maxine wiedzą, że w budynku ukryte są zwłoki. I że wkrótce nic już nie stanie na przeszkodzie, by prawda wyszła na jaw.

Książka jest jedną z tych po którą kiedy już się sięgnie to ciężko się oderwać. Interesująca fabuła sprawia, że w głowie co chwili pojawiał się nowy pomysł na zakończenie. Kiedy już myślałam, że wiem co będzie dalej pojawiały się kolejne poszlaki i musiałam kombinować od nowa. Muszę przyznać, że lubię takie książki, przynajmniej wiem, że coś się dzieje, a fabuła nie ciągnie się jak flaki z olejem. "Zjazd absolwentów" trzeba czytać ze skupieniem, ponieważ akcja częściowo rozgrywa się w roku 2017, a częściowo w 1992, mi to nie przeszkadza, ale wiem, że niektórzy nie przepadają za takim przeskakiwaniem w przeszłość. 

Książka przenosi nas na południe Francji, gdzie w jednej ze szkół organizowany jest zjazd absolwentów. Jedną z osób, które pojawiają się na tym wydarzeniu jest Thomas, popularny pisarz, który skrywa pewien sekret ze szkolnych lat. W 1992 roku był on zakochany w Vince, która w mroźną zimową noc nagle ginie. Według plotek uciekła z jednym z nauczycieli i ślad po nich zaginął, ale czy tak było naprawdę? Co naprawdę wydarzyło się tamtej zimy? Dlaczego u Thomasa powrót do szkoły wywołuje niepokój?

Nie chcę Wam za dużo zdradzać, bo to jednak nie o to chodzi, żeby poznać całą fabułę przed rozpoczęciem czytania. Mogę jednak powiedzieć, że książka jest świetna, bardzo mi się spodobała i mogę ją polecić. 


Co aktualnie czytacie?

wtorek, 8 października 2019

Genialny fixer za niespełna 20 zł, czy to możliwe?

Od jakiegoś czasu makijaż zarówno na co dzień jak i na większe wyjścia typu wesela czy osiemnastki wykonuję sama. Byłam kilka razy u profesjonalistek, niestety nigdy nie byłam w stu procentach zadowolona, zawsze miałam jakieś ale, a ostatni make-up jaki robiła mi dyplomowana wizażystka to była całkowita porażka. Wydałam ponad 100 zł, a po powrocie do domu miałam ochotę to wszystko zmyć, jednak nie było na to czasu. Straciłam zaufanie, makijaż wolę zrobić sama, chociaż nie jest idealnie to przynajmniej wiem, że będę się dobrze czuła. 
Długo szukałam dobrego fixera, który sprawdzi się właśnie na większe wyjścia i sprawi, że mój makijaż będzie trzymał się bez zarzutu przez wiele godzin. Próbowałam już wielu, dobrze sprawdzały się u mnie spraye z Avonu, Bielendy czy Wibo, ale jednak czegoś mi brakowało. W lipcu podczas zakupów w jednej z drogerii internetowej do wirtualnego koszyka trafił Make-up Fixing Spray z Golden Rose. Czytałam o nim sporo dobrego i po raz pierwszy użyłam go przy wykonywania makijażu na osiemnastkę, miał wysoko podniesioną poprzeczkę, ponieważ wtedy akurat panowały upały. Czy sobie poradził? Czy fixer za niespełna 20 zł może okazać się ideałem?


Fixer otrzymujemy w buteleczce o pojemności 120 ml wykonanej z granatowego, półprzeźroczystego plastiku. Bez problemu można zobaczyć ile kosmetyku jest jeszcze środku. Opakowanie wyposażone jest w atomizer, który wydobywa delikatną mgiełkę. Podczas użytkowania nie zacina się, ani nie pluje produktem. Szata graficzna prosta, bez udziwnień, ładnie prezentuje się na toaletce. Na butelce możemy znaleźć informacje na temat produktu, sposób użycia w języku angielskim oraz skład. Na moim egzemplarzu była też naklejka z polskim tłumaczeniem, niestety bardzo szybko wyblakła i teraz ciężko cokolwiek z niej rozczytać.

Spray ma wodnistą konsystencje. Zapach przyjemny, kwiatowy, wyczuwalny jest podczas aplikacji, później się ulatnia. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie to zaskoczyło, ponieważ większość fixerów niestety nie pachnie zbyt ładnie. 



Kosmetyk aplikuje na wykończony makijaż, na jedną aplikacje wystarczają 3-4 pompki. Fixer pięknie scala wszystkie warstwy makijażu, zdejmuje efekt pudrowości. Zapewnia delikatnie świetliste, naturalne wykończone. Produkt bardzo dobrze utrwala makijaż, przedłuża jego trwałość. Przetestowałam go zarówno na co dzień jak i na większe wyjścia, dał radę na osiemnastkę w czasie upałów jak i również na weselu i całonocnej zabawie. Make-up trzymał się bez zarzutu, nic się nie ścierało, jedynie strefa T delikatnie się świeciła, ale u mnie to norma. Warto również wspomnieć, że do tego makijażu nie użyłam jakiś drogich kosmetyków, większość pochodziło z drogerii, czyli łatwo dostępne, niezbyt drogie produkty. Spray nie powoduje uczucia ściągnięcia, ani nie wysusza skóry, nawet przy codziennym stosowaniu. 

Fixer jest bardzo wydajny, z opakowania ubywa powoli. W moim przypadku na pewno wystarczy na kilka miesięcy. Używam go za każdym razem kiedy się maluje, nie jest to jednak codziennie, ponieważ nie czuję potrzeby chodzenia po domu w makijażu. Kosmetyk można kupić za mniej niż 20 zł, więc za taką cenę naprawdę warto wypróbować. Polecam!


Znacie fixer z Golden Rose? Stosujecie tego typu produkty? Macie swojego ulubieńca?

poniedziałek, 7 października 2019

Odżywczy olejek do demakijażu, Nature Queen

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o olejkach do demakijażu byłam nastawiona sceptycznie, jakoś nie wyobrażałam sobie myć twarz czymś tłustym. Myślałam, że skóra będzie słabo oczyszczona, pory będą się zapychać, pojawią się wypryski. Jednak kiedy metoda ta zyskała na popularności postanowiłam, że spróbuję i co? Okazało się, że wszystkie moje obawy były nie potrzebne i od tego czasu sięgam po nie regularnie. 

W ostatnim czasie testuję Odżywczy olejek do demakijażu z Nature Queen o którym mowa będzie właśnie w dzisiejszym wpisie. Osoby, które śledzą mnie dłuższy czas wiedzą, że bardzo lubię tą markę, ich kosmetyki dobrze się u mnie sprawdzają. A jak jest w przypadku olejku? Czy spełnił on moje oczekiwania?


Olejek umieszczony jest w buteleczce wykonanej z przyciemnianego plastiku o pojemności 150 ml. Jest mała, zgrabna, nie zajmuje dużo miejsca, więc spokojnie można zabrać go ze sobą w podróż. Opakowanie wyposażone jest w pompkę, która wydobywa odpowiednią ilość kosmetyku. Niestety co jakiś czas zdarza się jej zaciąć przez co pluje zawartością i zamiast na dłoni może ona wylądować metr dalej. Nie wiem czy trafił mi się jakiś felerny egzemplarz czy one już tak mają, no ale cóż. Szata graficzna prosta, ale mi się podoba, ładnie prezentuje się w łazience. Na etykiecie możemy znaleźć informacje na temat olejku, sposób użycia oraz skład.

Konsystencja rzadka, tłusta, jak to na olejek przystało. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zapach dziwny, typowy do olejów, na szczęście szybko się ulatnia i podczas rozprowadzania na twarzy nie jest już wyczuwalny.


Olejek używam wieczorem, najczęściej w dni kiedy na mojej twarzy gości mocniejszy make-up. 1-2 pompki kosmetyku nakładam na twarz i zaczynam delikatny masaż, najczęściej trwa on dwie/trzy minuty. Następnie opłukuje skórę ciepłą wodą i dla pewności stosuję jeszcze żel lub piankę do mycia twarzy. Wtedy czuję, że moja buźka jest porządnie oczyszczona. Kilka razy zrezygnowałam z tego ostatniego kroku jednak brakowało mi uczucia odświeżenia, miałam wrażenie, że coś jeszcze zostało na skórze.
Produkt bardzo dobrze rozpuszcza zarówno makijaż twarzy jak i oczu, podkład, puder czy tusz do rzęs nie są mu straszne. Olejek radzi sobie również kosmetykami wodoodpornymi. Jest on delikatny, a zarazem skuteczny, nie wymaga pocierania skóry. Produkt nie podrażnia, nie uczula, ani nie wywołuje łzawienia oczu. Skóra po demakijażu jest miękka i delikatna, nie jest wysuszona czy ściągnięta. 


Wydajność produktu jest bardzo dobra, tak jak wspomniałam wcześniej na jedną aplikacje wystarczają 1-2 pompki kosmetyku. Spokojnie wystarczy na 2-3 miesiące, albo i dłużej regularnego stosowania. Kosmetyk należy zużyć w przeciągu 6 miesięcy od otwarcia, ale przy codziennym stosowaniu nie będzie to problemem. 
Koszt tego olejku w sklepie Nature Queen to 40,70 zł. Nie jest to jakaś wysoka kwota patrząc na działanie i wydajność. Jeśli więc lubicie olejki do demakijażu warto się na niego skusić.


Lubicie taką metodę zmywania makijażu? Macie swój ulubiony olejek do demakijażu?