Obserwatorzy

czwartek, 30 listopada 2017

Angel Wings od Yankee Candle

Dzień dobry,
przychodzę dzisiaj do Was z kolejnym woskiem, tym razem coś delikatniejszego. Szczerze mówiąc to po raz pierwszy zapaliłam w kominku wosk w białym kolorze, zwykle sięgałam po te kolorowe, przyciągające oko. Bez zbędnego przedłużania przejdźmy do moich wrażeń na temat wosku Angel Wings, ale o tym przeczytacie niżej.


Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: wata cukrowa, płatki kwiatów oraz kremowa wanilia.


Wosk na sucho pachnie przyjemnie, słodko, muszę przyznać że zapach ciężki do opisania. Do kominka włożyłam jak zwykle 1/3 tarty i zapaliłam. Po kilku minutach dotarł do mnie aromat waty cukrowej ( którą uwielbiam ! ) z dodatkiem wanilii. Mój nos nie wyczuwa tam jednak żadnych kwiatowych nut o których wspomina producent. Zapach jest delikatny, subtelny, na pewno nie wywoła u nikogo bólu głowy. Po zgaszeniu szybko ulatnia się z pomieszczenia. Mimo tego, że jestem fanką mocnych, intensywnych aromatów to ten wosk był dla mnie miłą odskocznią o nich. Myślę, że kiedyś do niego powrócę, na razie jednak przede mną jeszcze sporo innych wariantów do wypróbowania. 


Wosk możecie zakupić na stronie Goodies.pl w cenie 9 zł. [TUTAJ]

Pozdrawiam, Ala.

środa, 29 listopada 2017

Rozgrzewające plastry menstruacyjne, Facelle

Dzień dobry,
bóle menstruacyjne to problem, który dotyka wielu kobiet. Niestety, również ja znajduje się w tym gronie, niby po ciąży miało być lepiej, a w moim przypadku jest jeszcze gorzej. Pierwsze dwa dni okresu to jest dla mnie masakra, jedyne co mnie ratuje to tabletki przeciwbólowe, no ale ile można. Zaczęłam poszukiwać czegoś co chociaż trochę przyniesie mi ulgę i tak oto trafiłam na Rozgrzewające plastry menstruacyjne z firmy Facelle. Jeśli jesteście ciekawi, czy faktycznie pomogły to zapraszam do dalszego czytania.


Facelle plastry rozgrzewające na bóle menstruacyjne. Łagodzą dolegliwości występujące podczas miesiączki. Utrzymują ciepło do 8 godzin. Maksymalna temperatura jest osiągana w ciągu 30 minut. Ciepło aktywowane przez dostęp powietrza, bez dodatków substancji czynnych. Samonagrzewające się, bez dodatków substancji czynnych. Samoprzylepne na skórze lub na wewnętrznej stronie majtek. Substancja klejąca przyjazna dla skóry.


W opakowaniu znajdziemy dwa plastry, każdy z nich zapakowany jest w osobną saszetkę, oraz ulotkę informacyjną. Informacje na kartoniku znajdują się w języku niemieckim, jednak spokojnie, ponieważ na ulotce można znaleźć polskie tłumaczenie. Opakowanie wizualnie bardzo ładne, chociaż nie rzuca się w oczy. Będąc w Rossmannie szukałam ich na regale chyba z 5 minut, już myślałam że ich nie ma, a one po prostu skrywały się na dole. Saszetka z plastrem zajmuje mało miejsca, także bez problemu można włożyć ją do torebki, tak na wszelki wypadek. 


Plaster jest dość spory, dobrze dopasowuje się do podbrzusza. Można go przykleić bezpośrednio na skórę lub od wewnętrznej strony bielizny, ja zdecydowałam się na ten pierwszy sposób.  Dobrze się trzyma, nie rzuca się jakoś szczególnie w oczy, no chyba że zaczniemy paradować w samej bieliźnie. Początkowo nic się nie działo, mijały minuty a tu nadal nic. Z czasem jednak plaster zaczął się rozgrzewać, a po tych 30 minutach o których wspomina producent na podbrzuszu czułam już wyraźne, przyjemne ciepełko.


Ciepło, które wytwarzają plastry działają rozkurczowo na mięśnie podbrzusza, dzięki czemu łagodzą ból i dyskomfort związany z miesiączką. Bądźmy jednak szczerzy, silnego bólu nie zlikwidują całkowicie, jednak sprawiają, że jest on do przeżycia. Dzięki tym plastrom w ciągu najgorszych dwóch dni wzięłam tylko jedną tabletkę, a normalnie byłoby ich dużo więcej, więc jest to dowód na to, że działają. Według producenta ma on dawać efekt ciepła przez około 8 godzin, moim zdaniem jest to nawet i 10, co prawda później jest ono już delikatniejsze, ale nadal rozgrzewa. Ktoś mógłby powiedzieć, że działają one tak samo jak termofor, to fakt, ale raczej nikt go nie będzie brał go ze sobą do pracy, szkoły czy na zakupy. 
Plastry kosztują 8,99 zł za 2 sztuki, jak dla mnie jest to cena korzystna. Opakowanie wystarcza mi na ten najgorszy moment, gdzie właściwie podobną sumę wydałabym na tabletki, a w tym wypadku nie niszczę sobie organizmu od środka. Na pewno będę po nie regularnie sięgać podczas zakupów w Rossmannie, a jeśli pojawi się na nie jakaś promocja to zrobię sobie zapas.


Pozdrawiam, Ala.

wtorek, 28 listopada 2017

Szampon długotrwale oczyszczający Fresh, Garnier Fructis

Dzień dobry,
jak możecie zauważyć obserwując mnie tutaj czy na Instagramie lubię dbać o włosy, jednak włosomaniaczką bym się nie nazwała. Nie jestem osobą, która sprawdza dokładnie każdy skład, ponieważ jeśli jakiś produkt się u mnie sprawdza i robi to co od niego wymagam to nawet jeśli skład nie powala na kolana to będę go używać. Tak samo jest z szamponami, nie przeszkadzają mi w nich SLS-y, nie robią mi krzywdy, więc dlatego miałabym ich nie używać, skoro one najlepiej oczyszczają moje włosy ? Dzisiaj właśnie o jednym z takich szamponów.


Długotrwałe oczyszczenie włosów czynniki oczyszczające + ekstrakt z ogórka
Do włosów normalnych, szybko przetłuszczających się.
Wzmocnione i świeższe włosy na dłużej.
Formuła szamponu wzmacniającego bez silikonów zawiera ekstrakt z ogórka oraz czynniki oczyszczające, aby zredukować sebum i skutecznie oczyścić skórę głowy.
Szampon bez silikonów, bez parabenów.
Nowe formuły Fructis bez parabenów zawierają wzmacniające ekstakty owocowe. Garnier stworzył wyjątkowe połączenie białek z cytryny*, witamin B3 i B6, ekstraktów z owoców i roślin o udowodnionej skuteczności, aby zaoferować Ci widocznie zdrowsze, mocniejsze włosy.
Rezultat
nadmiar sebum jest zredukowany, a włosy wzmocnione i świeższe na dłużej**.


Szampon otrzymujemy w plastikowej buteleczce w kolorze zielonym, jest ona taka półprzeźroczysta, dzięki czemu widać ile produktu zostało jeszcze w opakowaniu. Zamknięcie typu flip-top nie sprawia problemów nawet przy mokrych dłoniach, ale też spokojnie, samo się nie otwiera. Produkt można postawić 'na głowie' dzięki czemu łatwiej można go wydobyć, szczególnie pod koniec. Na opakowaniu znajdują się informacje jakie powinny nas zainteresować, czyli zapewnienia producenta i skład. Butelka jest spora, bo aż 400 ml, ale wygodna w użytkowaniu, dobrze leży w dłoni. 


Konsystencja szamponu średnio gęsta, nie spływa z dłoni, bez problemu łączy się z wodą. Zapach jak na serię Fructis przystało jest cudowny, lekko owocowy. Unosi się podczas mycia w całej łazience. Jeśli po myciu nie nałożę odżywki ( zdarza się to jednak bardzo rzadko ) to aromat przez jakiś czas po wysuszeniu jest jeszcze wyczuwalny. 


W kontakcie z wodą szampon zamienia się w przyjemną pianę, która delikatnie otula włosy i skórę głowy. Bez problemu się spłukuje. Bardzo dobrze oczyszcza włosy, usuwa wszelkiego rodzaju zanieczyszczenia i sebum. Nie są straszne mu oleje, ani inne tego typu mieszanki, które czasem funduje moim kłaczkom przed myciem. Włosy nie są po nim splątane, mogłoby się obyć bez odżywki, ale raczej zawsze staram się ją nakładać. Nie wysusza, ani nie podrażnia skóry głowy. Włosy są po nim zdecydowanie dłużej świeże. Szampon ten jeszcze w poprzedniej wersji gościł w mojej łazience bardzo często, ponieważ nie tylko ja, ale również inni domownicy bardzo go polubili. Producent wspomina o tym, że działa on wzmacniająco, jednak z tym zgodzić się nie mogę, jakoś nie wierzę w tego typu działanie szamponów, od tego są maski czy oleje, które jednak na włosach są zdecydowanie dłużej. 
Szampon kosztuje około 13 zł, co za taką pojemność nie wychodzi drogo. Jest bardzo wydajny, wystarczy niewielka ilość, aby oczyścić moje długie włosy.


Pozdrawiam, Ala.

niedziela, 26 listopada 2017

Passion Fruit Martini od Yankee Candle

Dzień dobry,
muszę przyznać, że palenie wosków to moje nowe uzależnienie. Swoją drogą muszę się przyznać, że piątek z racji tych promocji skusiłam się również na kilka nowych wersji, już nie mogę się doczekać aż do mnie dotrą. Chciałam już zacząć palić zapachy kojarzące się ze świętami Bożego Narodzenia, ale w moje łapki wpadł Passion Fruit Martini, a że lubię takie owocowe zapachy to poszedł on w pierwszej kolejności.


Wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o cudownym zapachowym połączeniu marakui, mango i pomarańczy. Usiądź wygodnie i zrelaksuj się popijając soczysty tropikalno-owocowy koktajl.


Owocowe zapachy uwielbiam od zawsze, w kosmetykach, w perfumach.. również w woskach. Kiedy przeczytałam jego opis już wiedziałam, że musi być mój. Wosk na sucho pachnie przyjemnie, nie jest to jednak mocny zapach, więc do kominka odłamałam 1/3 tarty i odpaliłam. Okazało się, że dopiero po roztopieniu Passion Fruit Martini nabiera na intensywności, już po kilku minutach wypełniał całe pomieszczenie. Zapach jest cudowny, słodki koktajl z dużą ilością marakui i mango. W tle gdzieś pojawia się pomarańcza, ale nie ma jej dużo. Aromat ten bardzo długo uwalnia się z wosku, można cieszyć się nim przez wiele godzin. Na jedno palenie wystarczy użyć go 1/4 tarty, bo wydaje mi się że za pierwszym razem przesadziłam z ilością. Nie spowodował u mnie bólu głowy, jednak nie wiem jak zareagowałyby na niego osoby wrażliwe na zapachy.


Wosk Passion Fruit Martini możecie kupić w cenie 9 zł na stronie Goodies.pl TUTAJ

Pozdrawiam, Ala.

sobota, 25 listopada 2017

ShinyBox Listopad 2017

Dzień dobry,
wczoraj rano pojawił się u mnie kurier z listopadowym pudełeczkiem ShinyBox do którego postanowiłam powrócić po dwóch miesiącach przerwy. Jako tako nie zrezygnowałam z subskrypcji, ale po prostu w ostatnim nie miałam środków na PayPal'u przez co nie mogło pobrać mi pieniążków, a tym samym nie otrzymałam wrześniowego i październikowego pudełka. Muszę przyznać, że byłam go bardzo ciekawa i co chwilę wyglądałam na kuriera. Kiedy już w końcu dotarł pierwsze co pomyślałam po odebraniu paczki, że to chyba nie to, bo coś za duża, ale okazało się że to jednak ShinyBox ;)


Paczka była duża, bo wszystkie kosmetyki nie zmieściły się w standardowym pudełeczku i musieli zapakować je osobno. Pudełko nosi nazwę Love Beauty Fashion by DeeZee, szata graficzna kartonika skromna, ale całkiem ładna. 


Całość zestawu prezentuje się tak, jak widać u mnie przeważają kosmetyki do pielęgnacji włosów, z czego właściwie się cieszę. Tego typu produkty ze względu na długość włosów schodzą u mnie bardzo szybko, a miło przetestować jest coś nowego. Oprócz tego jest coś również z kolorówki, do twarzy i do stóp. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


Pierwsze co rzuca się w oczy po otwarciu paczki to Zestaw kosmetyków do włosów zniszczonych, Jantar Medica, który nie zmieścił się do pudełka i otrzymaliśmy go osobno. W jego skład wchodzi szampon, mgiełka oraz serum, a jego wartość to 22,50 zł.
Ucieszyłam się z tego zestawu, ponieważ od dawna chciałam przetestować te kosmetyki, a zawsze wychodziłam ze sklepu z czymś innym, teraz wreszcie mam okazję. Na pierwszy ogień chyba pójdzie serum, ale jeszcze zobaczę.


Kolejnym kosmetykiem jaki znalazłam to produkt dla 'stałych klientek' ShinyBoxa, mi akurat trafił się Daily Cleanser Skin Balancing [Blue Daisy] którego koszt to 68 zł. Z tego co przeczytałam na stronie ShinyBox jest to produkt do głębokiego oczyszczania skóry jednocześnie działając kojąco. Dziwny, ale swoją drogą ciekawy produkt. Jest to kosmetyk zamienny z Clearance Solution AHA [+] Skin Renewal Glycolic Action lub Micellar Lotion Instant Action [+] Make-up & Impurities Remover.

Glinka Rhassoul w płatkach, Maroko Sklep to dla mnie nowość całkowita, pierwszy raz się z czymś takim spotykam, ale chętnie przetestuje. Jej cena to 5,90 zł za 30g. Można nałożyć ją na twarz, ciało lub włosy, ja chyba zdecyduję się na tą pierwszą opcję. Jak tylko znajdę więcej czasu na domowe spa to się za nią wezmę.

Złuszczająca maska do stóp w postaci skarpet Botanical Choice, Purederm to produkt z którego ucieszyłam się najmniej, szczerze mówiąc tego typu kosmetyki mnie nie przekonują. Jednak już podczas rozpakowywania zainteresowała się nimi moja mama i stwierdziła, że jeśli nie będę chciała ich zakładać to ona chętnie je wypróbuje. Także skarpetki znalazły już swój nowy dom. Ich koszt to 12,95 zł.


W pudełku znaleźć można również miniaturkę Maski do włosów My Curls, Novex której koszt to 45 zł za 1000g. Z racji tego, że opakowanie umieszczone w ShinyBoxie zawiera 100g to wychodzi 4,50 zł. Maska ciekawa, już wylądowała na moich włosach po raz pierwszy wczoraj i muszę przyznać, że jestem zadowolona. Jednak podejrzewam, że to opakowanie wystarczy mi na 3 no może 4 użycia.

Kolejny produkt do włosów jaki mi się trafił to Szampon Tea Tree, Beaver jest to taka wersja podróżna, bo 50 ml i cena takiej buteleczki to 15 zł. Na razie mogę wam powiedzieć tyle, że szampon pachnie pastą do zębów, ale to taką intensywnie ziołowo-miętową. Mam trochę przed nim obawy, ale pewnie prędzej czy później wypróbuję, ale na wszelki wypadek zrobię to w domu, a nie na żadnym wyjeździe. Produkt ten w pudełku występuje zamiennie z Żelem pod prysznic Tea Tree lub Odżywką do włosów Tea Tree


Na koniec kolorówka jaką znalazłam w pudełku, czyli Jedwabny puder wykończeniowy - rozświetlający, Earthnicity. Podejrzewam, że jest to miniaturka, chociaż nigdzie takiej informacji nie ma, na opakowaniu nie ma też gramatury, ale według ulotki 4,5 g kosztuje 84,99 zł, ale to jest za małe na taką pojemność. Trafił mi się odcień Light, jest dość jasny i ma w sobie mnóstwo drobinek... nie odważę się nałożyć go na całą twarz, bo aż takiego efektu błysku to ja nie lubię, ale chętnie spróbuję go jako rozświetlacza. Jest to produkt zamienny 1 z 5, zamiast niego w pudełku można znaleźć : Paletę do brwi Brown Kit, So Chic!; Równoważący żel do mycia twarzy, Naobay; Nutrix Caviar - serum z kawiorem i resveratrolem, Kueshi lub Dwufazowy płyn do demakijażu, Aube. Wiem, że ta pozycja w pudełku spowodowała dość dużą dyskusję na temat sprawiedliwości, ale szczerze mówiąc ja nie mam z tym problemu, dostałam miniaturkę pudru i fajnie, ale cieszę się również z tego że komuś akurat się udało i otrzymał serum za ponad 100 zł. To jest losowanie, nikt nie jest złośliwy.. może następnym razem się poszczęści i otrzymam coś droższego, a jak nie to trudno.

Ostatnim kosmetykiem jest Automatyczna konturówka do oczu Twist Matic Eyes, Miyo Make Up, jej cena to 13,99 zł. Trafił mi się niebieski kolor, więc raczej nie na co dzień, ale jeśli będę miała ochotę na bardziej kolorowe oko to na pewno się sprawdzi. Kredka jest dobrze napigmentowana i nie jest twarda, myślę że bez problemu będzie ze mną współpracować. Konturówka w pudełku występuje w różnych wersjach kolorystycznych.


Do pudełka dołączony jest również kod rabatowy na nowości w Deezee oraz voucher o wartości 30 zł na indywidualny prezent w Katalogu Marzeń. Oprócz tego jak zwykle jest również ulotka z opisem znajdujących się w środku kosmetyków.
Podsumowując pudełko przypadło mi do gustu i to nawet bardzo, chętnie wypróbuję kosmetyki które w nim znalazłam, no oprócz skarpetek. Wiem jednak, że każdy jest inny i nie każdemu będzie się ono podobać. Teraz nie pozostało nic innego niż czekać na grudniowe pudełeczko.

Pozdrawiam, Ala.

piątek, 24 listopada 2017

Maska detoksykująca After Drinking, Holika Holika

Dzień dobry,
przychodzę dzisiaj do Was z opinią na temat Maski detoksykującej w płachcie After Drinking z Holika Holika, muszę się przyznać że długo zabierałam się za to, aby ją użyć. Ostatnio jednak zauważyłam, że jej termin ważności zbliża się ku końcowi, więc najwyższy czas ją zużyć. Myślę, że maska może się przydać, szczególnie w weekend :D


Mask Sheet marki Holika Holika to wyjątkowa seria maseczek w formie bawełnianego płatu, przeznaczona do pielęgnacji każdego typu cery. 
Produkt skutecznie odświeża, oczyszcza i nawilża skórę przesuszoną, zmęczoną i odwodnioną. Doskonale regeneruje i relaksuje skórę zapewniając jej piękny, zdrowy wygląd. Formuła wzbogacona została o ekstrakty: mięty, rumianku, aceroli i czarnych jagód.


Maskę otrzymujemy w saszetce o jasnofioletowym kolorze. Szata graficzna bardzo mi się podoba, kojarzy się z imprezą, no ale w końcu to po niej jest ona polecana. Na tylnej części opakowania znajduje się naklejka z polskim tłumaczeniem zapewnień producenta oraz skład.


Płachta maski jest odpowiedniej wielości, bez problemu dopasowuje się do twarzy. Zawiera bardzo dużo esencji, z tkaniny aż kapie a jeszcze sporo jest w saszetce. Maska ma przyjemny, świeży lekko owocowy zapach który utrzymuje się przez cały czas trzymania jej na twarzy.


Maska po aplikacji przyjemnie chłodzi skórę, uwielbiam taki efekt od razu można poczuć ukojenie. Trzymałam ją na twarzy około 20 min, po ściągnięciu na skórze pozostało jeszcze trochę esencji, która szybko się wchłonęła nie pozostawiają żadnego filmu. Skóra po maseczce jest dobrze nawilżona i odświeżona. Bardzo ładnie usunęła oznaki zmęczenia, które ostatnio bardzo często się u mnie pojawią. Skóra odzyskała blask i zdrowy wygląd. Maseczkę mogę polecić wszystkim, nie tylko jak to mówi producent ''po imprezie'', jestem z niej zadowolona i chętnie kupię ją ponownie. Jej koszt to około 10-12 zł.


Pozdrawiam, Ala.

czwartek, 23 listopada 2017

Olejki zapachowe Pachnąca Szafa : Pomarańcza i Trawa Cytrynowa

Dzień dobry,
przychodzę dzisiaj do Was z wpisem na temat olejków zapachowych, które kupiłam jakiś czas temu w Rossmannie. Miałam ochotę wypróbować coś innego niż woski, które palę na co dzień Mój wybór padł na Pomarańczę oraz Trawę Cytrynową, jeśli jesteście ciekawi co o nich sądzę to zapraszam do dalszego czytania.


Nowe olejki zapachowe nadadzą wybranemu pomieszczeniu wyjątkowy aromat. Kilka kropel olejku dodanych do ceramicznego kominka, kaloryferowego nawilżacza lub na kwiatowy susz napachni wybrane pomieszczenie, pozwalając cieszyć się pięknym zapachem przez wiele godzin. Dostępne zapachy: Róża, Lawenda, Pomarańcza, Grejpfrut, Trawa Cytrynowa, Wanilia, Białe Kwiaty, Cynamon, Lilia Wodna, Polne Kwiaty, Dzika Orchidea, Anti-Tabac.


Olejki są bardzo ładne w użytkowaniu, wystarczy do kominka wypełnionego 10 ml wody dodać 5-10 kropel produktu i podpalić podgrzewacz. Po kilku minutach kiedy woda się podgrzeje pomieszczenie zaczyna wypełniać aromat przyjemny, albo i nie... ale o tym poniżej. 
Olejki umieszczone są w szklanych buteleczkach, pod nakrętką umieszczony jest wygodny kroplomierz, dzięki czemu bez problemu można wydobyć odpowiednią ilość kropel.


Jak pisałam wcześniej skusiłam się na dwie wersję. Pierwszą z nich jest Pomarańcza, olejek ma bardzo ładny, naturalny aromat. Kojarzy mi się trochę ze świętami, pełnym półmiskiem tych owoców na stole. 
Drugi olejek to Trawa Cytrynowa i tu już tak wesoło niestety nie było. Jak dla mnie ten zapach jest straszny, osobiście przypomina mi środek do czyszczenia, ani trochę nie przypomina mi on trawy cytrynowej.
W obu przypadkach zapach jest intensywny, szybko się rozprzestrzenia oraz utrzymuje się dłuższy czas po zgaszeniu.


Przy tego typu produktach trzeba kontrolować poziom wody, bo wiadomo pod wpływem ciepła szybko paruje i osad z olejku lubi się przypalić powodując przy tym przykry zapach. Jest na to jednak sposób, wystarczy produkt zamiast do wody dodać do wypalonego już wosku, który stracił swój aromat.
Chętnie wypalę ten pomarańczowy olejek do końca, jednak nie wiem czy skuszę się na kolejne wersje. Chyba pozostanę jednak przy woskach.


Lubicie olejki zapachowe ? Jakie zapachy królują w Waszych domach ?
Pozdrawiam, Ala.

środa, 22 listopada 2017

Specjalistyczny preparat do higieny intymnej, Perfecta Pharmacy

Dzień dobry,
co tam u Was nowego słychać? Nas niestety łapie jakieś przeziębienie, początkowo ja miałam katar, a kiedy się z nim uporałam pojawił się kaszel, teraz widzę że również mały zaczyna pokasływać. Mam nadzieję, że jednak szybko się z chorobą uporamy. Teraz akurat Igor ma drzemkę, więc stwierdziłam że napiszę nowy wpis, także zapraszam do dalszej lektury.


Unikalne połączenie PROBIOTYKÓW, tj. szczepów bakterii L. casei i L. acidophilus i PREBIOTYKÓW, kwasu mlekowego oraz undecylenianu powoduje, że preparat pomaga przywrócić i utrzymać fizjologiczne pH okolic intymnych, co wzmacnia i odbudowuje naturalną barierę ochronną oraz zapobiega rozwojowi organizmów patogennych. Zmniejsza ryzyko infekcji wywoływanych drobnoustrojami (bakteriami i grzybami). Sprzyja stymulacji i odbudowie dobroczynnej mikroflory ochronnej i redukuje dyskomfort, poczucie swędzenia oraz pieczenia. Utrzymuje naturalną równowagę immunologiczną skóry miejsc intymnych i korzystnie wpływa na błony śluzowe. Regularne stosowanie powoduje sukcesywne zasiedlanie miejsc intymnych bakteriami  probiotycznymi, zapobiegając rozwojowi niepożądanych mikroorganizmów. Dodatkowo D-pantenol łagodzi mikropodrażnienia.

Nie zawiera mydła, barwników, parabenów, SLS i PEG.


Płyn otrzymujemy w butelce wyposażoną w pompkę, dodatkowo umieszczony jest w kartoniku. Szata graficzna produktu skromna, ale przyjemna dla oka. Na opakowaniu znajdziemy wszystkie potrzebne informacje, czyli skład, zapewnienia producenta. Pompka to super sprawa w tego typu produktach, dzięki niej wydobywamy odpowiednią ilość produktu. W tym przypadku działa bez zarzutu, nie pluje produktem, wystarczy jedno naciśnięcie aby dokładnie oczyścić okolice intymne. Pojemność 300 ml.


Płyn ma przyjemny, świeży zapach. Jest on delikatny i szybko się ulatnia, także nikomu nie powinien przeszkadzać. Konsystencja rzadka, jednak nie spływa z dłoni, dobrze łączy się z wodą i tworzy przyjemną piankę. Wiem, że niektórzy wolą niepieniące się produkty, jeśli chodzi o higienę intymną, ale ja mam jakieś dziwne przekonanie, że wtedy nie oczyszcza tak dobrze jak bym chciała.


Płyn kupiłam dosyć dawno temu w Rossmannie, skusiłam się dlatego że byłam ciekawa czy faktycznie tak dobrze sprawdzi się przy wszelkiego rodzaju podrażnieniom jak mówi producent. Wcześniej nie miałam takich problemów, ale niestety po porodzie to się zmieniło i byle co potrafi spowodować u mnie dyskomfort.
Odkąd zaczęłam używać płynu regularnie zauważyłam sporą poprawę w tej kwestii. Preparat bardzo dobrze oczyszcza okolice intymne, odświeża je na długi czas. Bardzo dobrze sprawdza się podczas miesiączki, zawsze w te dni czułam dyskomfort.. odkąd go używam jest dużo lepiej (szkoda, że jeszcze na ból brzucha nie działa :D). Muszę przyznać, że świetnie koi wszelkiego rodzaju podrażnienia, już po pierwszym użyciu wyczuwalna jest różnica.
Płyn jest bardzo wydajny, wystarczy pompka na jedno użycie, używałam go kilka miesięcy i dopiero teraz dobija dna.
Jak dla mnie jest to naprawdę dobry produkt i chętnie do niego powrócę, chociaż teraz skusiłam się na coś innego.


Pozdrawiam, Ala.

wtorek, 21 listopada 2017

Odżywka do włosów Goodbye Damage, Garnier Fructis

Dzień dobry,
u Was też taka szaro bura pogoda ? Mam już dość takiej atmosfery, zdecydowanie wolałabym żeby był już śnieg, byłoby zdecydowanie ładniej.
Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem na temat odżywki do włosów, którą bardzo lubię. Zużyłam już jej kilka opakowań i pewnie wrócę do niej jeszcze nie raz.


Goodbye Damage odżywka wzmacniająca- odbudowa włosów. Odżywka do włosów bardzo zniszczonych.
Nowe formuły Fructis bez parabenów zawierają wzmacniające koncentraty owocowe. Garnier stworzył wyjątkowe połączenie białek z cytryny***, witamin B3 i B6, ekstraktów z owoców i roślin o udowodnionej skuteczności, aby zaoferować Ci widocznie zdrowsze, mocniejsze włosy.
Formuła zawiera ekstrakt z olejku z owoców amii oraz keraphyll, aby naprawić uszkodzenia włosów spowodowane działaniem czynników zewnętrznych.
Rezultat: naprawiony 1 rok zniszczeń włosów po 3 aplikacjach.*
Formuła bez parabenów. Testowana pod kontrolą dermatologiczną. Formuła produktu oferuje skuteczność i natychmiastowe działanie. Produkt odpowiedni do codziennego stosowania.


Odżywkę otrzymujemy w opakowaniu w kolorze intensywnie pomarańczowym, przez rzuca się w oczy z daleka. Wykonana jest z twardego plastiku, przez co jest trochę problem aby wydobyć ją do samego końca. Zamykanie typu flip-top łatwo się otwiera nawet długimi paznokciami, czy mokrymi dłońmi. Na opakowaniu znajdziemy wszystkie potrzebne informacje. Pojemność 200 ml.
Aktualnie szata graficzna produktów Garnier Fructis się zmieniła, ale ta odżywka nadal jest w opakowaniu o takim, ślicznym kolorze.


Jeśli mieliście chociaż jeden produkt z serii Garnier Fructis to pewnie wiecie, że ma ona cudowny, w większości przypadków owocowy, zapach. Tak samo jest w tej odżywce, ma śliczny, owocowy aromat, który zostaje na włosach na długo, uwielbiam! Konsystencja gęsta jak na tego typu produkt, ale bez problemu rozprowadza się na włosach, nie spływa z nich.


Zwykle nakładam ją na około 5 min, po czym dokładnie spłukuje. Muszę przyznać, że lubię jej dużo nałożyć na moje włosy, ale trzeba uważać, bo jeśli się przesadzi to może obciążać. Już podczas jej zmywania można poczuć, że włosy są wygładzone, po wyschnięciu ten efekt nadal się utrzymuje. Moje kłaczki z natury są proste ale czasem niesforne końce się zawijają, po tej odżywce nie mam tego problemu. Produkt ten ułatwia rozczesywanie, szczotka sunie bez zarzutu po mojej fryzurze, aż do kolejnego mycia. Dużym plusem jest fakt, że zapobiega elektryzowaniu się włosów, a niestety szczególnie w tej porze roku mam z tym spory problem. 
Odżywka kosztuje około 10 zł, więc nie jest to duży wydatek, często jednak można kupić ją dużo takiej, już nawet za 6 zł.


Pozdrawiam, Ala.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Black Coconut od Yankee Candle

Dzień dobry,
wiecie co.. znów przychodzę dzisiaj z opinią na temat wosku Yankee Candle, mam nadzieję że jeszcze nie znudziłam Was tym tematem, ale ostatnio non stop coś palę i chcę je na bieżąco opisywać, żeby nie robić sobie zaległości. Dokładnie mowa będzie o Black Coconut, czyli wosku w oryginalnym czarnym kolorze.


Żeby wnętrze orzecha kokosowego mogło wypełnić się charakterystycznym, aromatycznym mleczkiem – cała palma filtruje i dostosowuje do swoich potrzeb dostępną jej wodę. To właśnie dzięki temu słodkie mleczko ma tak specyficzny, uwodzący smak i aromat, który w wosku Black Coconut urozmaicony został nutami drzewa cedrowego i elementami zaczerpniętymi z serca kolorowych, egzotycznych kwiatów. W tym niezwykłym połączeniu znany dobrze kokos pokazuje swoje nowe oblicze – słodkie, ale nie mdłe, uzależniające, ale nie nużące i – przede wszystkim – jeszcze bardziej egzotyczne!


Na wosk ten skusiłam się dlatego, że uwielbiam wszystko co kokosowe i chociaż czytałam o nim opinie, że ten aromat jest prawie niewyczuwalny to i tak zapragnęłam go mieć. 
Na sucho jego zapach jest intensywny, egzotyczny, ale po rozpaleniu jego moc jeszcze wzrasta, dlatego raczej nie należy przesadzać z ilością. Ja na pierwszy raz użyłam 1/4 tarty, ale przy kolejnych wiedziałam już że lepiej włożyć do kominka mniejszy kawałek. Zapach jest dość tajemniczy, za każdym razem mój nos wyczuwał inne nuty. Aromat jest słodki i intensywny, ale nie mylcie tego z duszącym, bo taki nie jest. Główną nutą są egzotyczne kwiaty z drzewem cedrowym, a gdzieś w tle pojawia się dojrzały kokos. Jak dla mnie jest to przepiękny zapach, który w pomieszczeniu utrzymuje się bardzo długo, nawet po zgaszeniu.
Nie jest on raczej dla osób, które nie lubią ciężkich zapachów. Myślę, że jeśli ktoś jest wrażliwy na zapachy mógłby wywołać ból głowy. Na szczęście u mnie nic takiego nie miało miejsca i pokochałam go od pierwszego rozpalenia.


Wosk Black Coconut możecie kupić w cenie 9 zł na stronie Goodies.pl TUTAJ

Pozdrawiam, Ala.

niedziela, 19 listopada 2017

Hawaiian Mud Sheet Mask - Pink Vitality, Skin79

Niedawno podczas wyprzedaży w Skin79 udało mi się dorwać kilka masek w płachcie w korzystnych cenach. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie to tam pokazywałam moje zakupy oraz opisywałam krótko próbki, które otrzymałam jako gratis. Z racji tego, że nie chcę znowu tworzyć nie wiadomo jakich zapasów wzięłam się od razu za testowanie, bo tak pewnie znów zużywałabym je na ostatnią chwilę przed upływem terminu.
Pierwszą z nich jest maska Hawaiian Mud Sheet Mask - Pink Vitality, która na drugim miejscu w składzie ma glinkę. Jesteście jej ciekawi, to zapraszam do lektury.


Innowacyjne wydanie masek w płacie Hawaiian Mud Sheet Mask to połączenie dobroczynnych właściwości glinki naturalnej z koreańską rutyną pielęgnacyjną. Maska w całości pokryta jest specjalną mieszanką glinki i mułu z wulkanicznych okolic Hawajów. To wyjątkowe błoto bogate jest w minerały, które wpływają na skórę kojąco, odmładzająco, wykazują korzystne działanie przy cerze trądzikowej, maska doskonale oczyszcza pory i reguluje wydzielanie sebum. Pink Vitality wzbogacono o wyciąg z hibiskusa, obfitującego w witaminę C,która wzmacnia skórę, uszczelnia naczynia krwionośne, dodaje blasku.


Maska znajduje się w dość dużej saszetce na której w języku polskim znajdziemy tylko małą naklejkę w tylnej części. Szata graficzna bardzo skromna, szczerze mówiąc trochę nudna i pewnie widząc ją w drogerii nie zwróciłabym na nią uwagi. Największy szok przeżyłam po otwarciu i szczerze mówiąc żałuje, że robiłam ją wieczorem kiedy nie było już odpowiedniego światła do zdjęć. Maska składa się z dwóch części tak jak widać na saszetce, ale każda z nich jest dokładnie zabezpieczona folią z obu stron, także aby nałożyć ją na twarz trzeba się chwilę pobawić z odklejaniem.


Maska ma dziwny, błotny zapach, który na szczęście nie jest zbyt intensywny i nie przeszkadza aż tak bardzo. Płachta jest intensywnie nasączona beżową substancją, przez co trzeba uważać, żeby nie pobrudzić wszystkiego dookoła. 
Maskę należy trzymać na twarzy około pół godziny i tak też zrobiłam. W tym czasie płachta bardzo ładnie trzymała się na twarzy, nic się nie zsuwało. Po 30 minutach była ona już prawie całkowicie sucha i bez problemu mogłam ją zdjąć. Okazało się, że moja buzia jest cała beżowa w glince, czego w sumie mogłam się spodziewać. ( Pisząc ten wpis znalazłam w internecie, że po zdjęciu należy umyć, stonizować oraz użyć odpowiedniego dla nas kremu, szkoda jednak że na saszetce nie ma instrukcji w języku polskim).


Po zmyciu resztek maski spojrzałam w lustro i byłam w szoku, moja twarz była świetnie oczyszczona i rozjaśniona. Efekt ten był zauważalny gołym okiem, dużo lepszy niż w przypadku moich ulubionych oczyszczających masek glinkowych. Skóra nie jest po niej przesuszona, ale na duże nawilżenie też nie ma co liczyć. Ładnie zmatowiła moją cerę, jeszcze kolejnego dnia nie świeciła się ona nadmiernie.


Muszę przyznać, że pierwszy raz spotykam się z taką formą maski z glinką, ale moim zdaniem to świetny pomysł, działanie jest dużo silniejsze i nie zasycha na skorupę. Wiem, że niektórzy lubię maski w płachcie, bo nie trzeba już po nich nic zmywać, w tym przypadku bez tego się nie obędzie.
Maska w regularnej cenie kosztuje około 20 zł, mi akurat udało się ją dorwać za 2,90 zł (tak, dobrze widzisz 2,90 zł), ponieważ jej termin ważności wychodzi w grudniu, ale myślę że warto kupić ją w normalnej cenie.

Pozdrawiam, Ala.